Strona 1 z 2 12 OstatniOstatni
Pokaż wyniki od 1 do 10 z 11

Wątek: Twórczość Galzaga

  1. #1
    Wojski Awatar Galzag
    Dołączył
    Oct 2017
    Lokalizacja
    Lubelskie
    Postów
    55
    Tournaments Joined
    0
    Tournaments Won
    0
    Podziękował
    0
    Otrzymał 16 podziękowań w 11 postach

    Twórczość Galzaga

    Czołem!

    To mój pierwszy post na forum, ale właśnie tak chciałbym się przywitać - prezentując Wam przy okazji trochę mojej osobistej twórczości. Po pierwsze: od niedawna nagrywam gamingowe filmy na YT. Zachęcam Was do zapoznania się z moim kanałem: GalzagGaming. Tworzę klasyczny gameplay (również z serii Total War), ale także epickie lub zabawne montaże. Zapraszam serdecznie!
    https://www.youtube.com/channel/UC_S...MiD-h_iBU0UkkQ

    Dodam tylko, że o forum dowiedziałem się właśnie za pośrednictwem kanału. Jeden z Was w komentarzu zaprosił mnie właśnie na to forum, za co jestem bardzo wdzięczny


    Poza tym zajmuję się pisaniem. Piszę właściwie zawodowo, ale głównie jako ghost writer. Mam spore doświadczenie w tym zakresie, wygrywałem konkursy literackie, publikowałem artykuły na łamach różnych czasopism i portali. Mniejsza z tym! Niniejszym podrzucam również jeden z moich starszych tekstów. W średniowiecznych klimatach, żeby pasowało do tematyki forum. Miłego czytania!







    Kanonik Bartal Vincze przekroczył próg, spoglądając na plecy prowadzącego go sługi. Ten zwolnił kroku i wygiął szczupłe ciało w ukłonie.
    – Dziękuje, Piotrze – rzekł biskup, odwracając się od okna. – Możesz odejść. Dopilnuj, by nam nie przeszkadzano.
    – Tak, ekscelencjo.
    Chłopak skłonił głowę i szybkim krokiem wymaszerował z komnaty, pozostawiając duchownych samych. Kanonik dopiero teraz spojrzał na swego gospodarza.
    Biskup Ivan Jovanowic już prawie od dziesięciu lat sprawował swoją posługę. Zdradzał to nie tylko sposobem mówienia, a także wyniosłą postawą. Bartal Vincze miał wystarczające doświadczenie w obcowaniu z duchownymi, by dostrzec te szczegóły.
    – Witaj, ojcze biskupie – powiedział, kłaniając się. – Niezmiernie cieszy mnie, że możemy znów się zobaczyć. Minęło sporo czasu.
    – Doprawdy? – Biskup zmarszczył brwi w zamyśleniu. – Rzeczywiście masz rację, kanoniku. Jednak musisz przyznać, że w czasie wytężonej pracy trudno jest o choćby chwilę, którą można by poświęcić wspominaniu starych przyjaciół.
    – Prawda, ojcze... chociaż wcale mnie to nie cieszy – odparł Vincze, lustrując wzrokiem wystawną porcelanę zdobiącą gabinet biskupa.
    – Usiądź, kanoniku – rzekł biskup, wskazując fotel stojący naprzeciwko biurka. – Wyczerpała cię pewnie długa podróż.
    Vincze podziękował biskupowi i posłusznie wykonał polecenie.
    – Podróż wcale nie była tak ciężka, ojcze – oznajmił, przyglądając się, jak starszy duchowny zajmuje miejsce naprzeciwko swego gościa. – Minęło wprawdzie dużo czasu zanim tu dotarłem, ale nie mogę narzekać na brak wygód. Niewiele mówi się o waszej Serbii, mimo tego muszę przyznać, że to niezwykle piękny kraj.
    Biskup wzruszył ramionami.
    – Dziś jeszcze piękny – skomentował ze smutkiem. – Kto jednak wie, co będzie się tu działo za dziesięciolecia? A może nawet za rok... sam dobrze mnie rozumiesz, kanoniku. Muzułmańscy heretycy już od jakiegoś czasu grożą nam inwazją. Odległość dzieli nas wielka, a pośród ludu i tak gości strach. Boże dopomóż, by groźba nigdy nie została spełniona.
    Biskup pokiwał głową i znieruchomiał na chwilę, jakby rozmyślając nad słowami, które przed chwilą wypowiedział.
    – Tak – przemówił. – Lecz nie o tym nam rozprawiać. Jesteśmy pasterzami Kościoła, a nie jego żołnierzami.
    – Zgadza się – przytaknął kanonik.
    – Powiedz mi więc, jak podoba ci się moje miasto? – zmienił temat biskup Jovanowic, opierając się o drewniany blat.
    Kanonik wyjrzał przez okno zatrzymując oczy na kościelnej dzwonnicy i nieco od niej wyższej wieży ratusza.
    – Trudno powiedzieć, bo ledwo rzuciłem okiem na okolicę – stwierdził, nie odrywając głowy od imponującego widoku. – Przyznam tylko, że twoje miasteczko wydaje się niezwykle spokojne. Czyściej tu na ulicach, niźli w niejednej metropolii. Kiedy przyglądałem się ludziom, nie napotkałem żadnej zbrojnej straży, chociaż wydaje się, że przestępców również wam nie zbywa. Oczywiście to były zaledwie pobieżne oględziny człowieka, który przecież nie posiada zbyt bystrego spojrzenia.
    Biskup roześmiał się raczej z grzeczności, niźli rzeczywistego rozbawienia.
    – Wbrew temu, co o sobie mówisz, słusznie zauważyłeś, kanoniku – potwierdził, uśmiechając się. – Rzeczywiście przestępców tu nie mamy, a dzięki temu i straży nam nie potrzeba. Muszę przyznać, że administracja miejska dobrze się sprawuje... choć to tylko i wyłącznie dzięki pomocy tutejszych przedstawicieli Kościoła.
    Kanonik pokiwał głową zgadując, kogo pyszny biskup ma konkretnie na myśli.
    – Bez Boga żadna władza nie będzie trwała – skomentował, co biskup skwitował jedynie delikatnym skinieniem. – Muszę jednak przyznać, że doszły mnie słuchy o dość nieprzyjemnym wydarzeniu. Na targu rozprawiał o tym dość spory tłum i nie umknęło to mojej uwadze.
    – Co słyszałeś? – ponaglił biskup, ponownie opierając łokcie na blacie.
    Kanonik zmrużył powieki, dokładnie przypominając sobie rozmowę gawiedzi.
    – Ludzie mówili między sobą o jakiejś zbrodni – wyjaśnił, przyglądając się starszemu duchownemu. – Oczywiście nie wiem, czy dobrze wszystko zrozumiałem... wydaje mi się, że wspominali coś o śmierci trzech rycerzy. Słyszałem, jakoby dobrzy woje z nich byli, lecz padli od jednego, tego samego miecza. Jakże to może być? Czym co może źle dosłyszał, ojcze? Do ciebie na pewno takie wieści już dotarły.
    Biskup westchnął cicho.
    – Ano dobrzeście usłyszeli, kanoniku – stwierdził, masując skronie. – Toć zaledwie przed dwoma dniami dokonano tej zbrodni.
    – Zaledwie? – zdziwił się Vincze. – Przecież skoro w mieście rozegrały się owe wydarzenia, straż winna ująć zabójcę.
    – Może i winna – odparł biskup – ale nie ujęła. Chytry zabijaka, niczym lis! Mało że straż biskupia ściga go, to jeszcze przyłączyli się żołnierze z ratusza, przysłani od zarządcy miasta. I nie zdołali pochwycić heretyka! Za miasto i tak uciec nie zdoła, bośmy straże zdwoili. Nikt bez dokumentów wyjechać nie może, póki szatański sługa w pęta nie weźmiemy, w lochu nie osadzimy. Zbrodnia zostanie pokarana.
    – Słusznie mówicie i czynicie zapewne też, ojcze – zgodził się Vincze. – Tylko jeno nie wiem, czegoście zabójcę od razu heretykiem przezwali? Czyżby świętość jaką skalał słowem lub czynem? I nie chodzi mi tu o ludzkie życie...
    – A toście nie słyszeli, kanoniku? – zdziwił się biskup. – Kacerz ten w obronie poganina nastawał. Za niego bił się i trzech prawych rycerzy zaszlachtował. W imię poganina, toć jak w imię diabła! Heretyk i tyle.
    Kanonik pokręcił głową. Sam nieraz napotykał różne wykroczenia zarówno przeciw władzy świeckiej, jak i Kościołowi, a jednak nie widział, ani nie słyszał, by kto własne życie w obronie heretyka oddał.
    – A kimże jest ten zbrodniarz? – zapytał, spoglądając na biskupa. – Może on z tym poganinem oskarżonym w jakiej zmowie?
    – Może i tak... lecz ludzie powiadają, że zabójca krzyż miał na piersi. Pojmujesz, kanoniku?! Heretyk, zbój i morderca symbol Chrystusa Zbawiciela na szyi nosi! To dopiero bluźnierstwo!
    – Zgadza się – potwierdził kanonik, energicznie kiwając głową. – Jeno niezrozumiałe dla mnie. Jak to się godzi? Krzyż nosić i pogan bronić przed sługami Pana naszego? Zupełna sprzeczność!
    – Prawdę rzeczesz, kanoniku – zgodził się biskup. – Ale szatan swą sztukę zna i przekabacić nawet prawego woja może na swą stronę.
    Kanonik nic na to nie odpowiedzieć, bo zaprzeczyć nie mógł i nie zamierzał. Zapadło milczenie, przerywane tylko stłumionymi odgłosami dochodzącymi zza okna rezydencji.
    – Wybacz mi, kanoniku – odezwał się w końcu starszy duchowny – lecz będę musiał cię opuścić. Dzisiaj dzień spowiedzi, to i ja muszę wspomóc braci mych w trudzie, jakim jest sakrament pokuty. Jeżeli byłbyś łaskaw możesz i ty dopomóc. Rozumiem, że podróż musiała cię zmęczyć, więc nie będę nalegał.
    Kanonik pokiwał głową.
    – Dziękuję, ojcze – rzekł wstając. – Rzeczywiście wypoczynek dobrze mi zrobi.
    Biskup uśmiechnął się i ruszył do drzwi. Bartal Vincze szedł tuż za nim ciesząc się w duchu, że nie będzie musiał wysłuchiwać żali i skarg ludzi małej wiary. Nienawidził odprawiać spowiedzi, bo i nienawidził tych, którzy grzeszyli przeciw Bogu. Oni zasługiwali jedynie na karę.

    – ... jeno ciężko powstrzymać się, ojcze – szepnął cicho mężczyzna przez kraty konfesjonału. – I wzrok i myśli mi grzeszą, alem nie to za najgorsze uważał. Boję się czynu, który mogę popełnić. Toż cudzołóstwo jest zbrodnią przeciw przykazaniom, a ja Boga się boję i ni jak nie chcę mu naprzeciw stawać. Dlatego rady od ojca oczekuję, jak czynić winienem, by w pokusę nie popaść.
    Biskup Ivan Jovanowic podrapał się w podbródek, zamykając oczy. Już prawie godzinę spędził na twardej desce wyścielonej jakąś starą derką i ledwo mógł się skupić, tak potwornie bolały go zgarbione plecy. Mimo wszystko trwał w swej posłudze, a grzechy których wysłuchiwał pobrzmiewały te same z różnych ust. Miał już dość ciągłego słuchania o cudzołóstwie i przekleństwach przeciwko braciom.
    – Tu modlitwy trzeba, synu – odparł tak cicho, że sam ledwo usłyszał własne słowa. – Tylko modlitwa może uwolnić cię od pokus. Ażeby łatwiej było staraj się unikać kobiety, która pożądanie wywołuje. Tak bezpieczniej będzie i pozwoli ci wedle woli Boga czynić, synu. Pokutę jeno odpraw, a to coś zrobił, będzie ci puszczone w niepamięć. Módl się za zmarłych i do Najświętszej Maryi Panny.
    – Dziękuję, ojcze – odparł mężczyzna, wsłuchując się w słowa ostatniego błogosławieństwa. Potem wstał z klęczek i odszedł. Biskup westchnął ciężko mając nadzieję, że kolejny wierny będzie jednocześnie ostatnim.
    – Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – rozległ się chrapliwy szept, gdy następny grzesznik ciężko opadł na kolana.
    – Na wieki wieków – odparł biskup, oczekując wyznania.
    – Zgrzeszyłem, ojcze – wychrypiał mężczyzna. Cisza zadzwoniła w uszach.
    – Mów dalej, synu – rzekł z irytacją biskup. – Muszę znać twe grzechy, by rozgrzeszenia udzielić.
    Jednak skarcony przybysz długo nie odpowiadał. Dał się słyszeć tylko jego wolny i niezwykle spokojny oddech. Biskup czekał, licząc kolejne uderzenia serca. Na twarz wystąpił mu grymas. W końcu mężczyzna się odezwał.
    – Dokonałem ciężkiej zbrodni – szepnął. – Zabiłem człowieka...
    Biskup aż drgnął zaskoczony wyznaniem. Nie spodziewał się na zakończenie dnia spowiedzi usłyszeć takich słów. Dopiero po chwili dotarł do niego ich pełny sens. Spowiednik milczał długo, nim ochłonął z pierwszego zaskoczenia. Kropelki potu wystąpiły na kark. Jovanowic z trudem zmusił się do mówienia.
    – Jak... – zaczął, lecz ślina zaschła mu w gardle. Przełknął. – Jak to się stało? Kogo zabiłeś?
    – Ludzi... – odparł mężczyzna.
    – Ludzi? – Biskup znów drgnął. – Przecie chwilę wcześniej powiedziałeś, żeś człowieka zabił. A teraz... ilu ludzi?
    – Trzech.
    – Sam? W pojedynkę?
    – Sam.
    Biskup poczuł, jak przez jego ciało przechodzi dreszcz. Nagle zdał sobie sprawę, kto ostatnio dokonał podobnej zbrodni. Ów mężczyzna, heretyk, który w imię jakiegoś poganina zaszlachtował prawych rycerzy. Czy mógł to być ten właśnie człowiek? Nie, to niemożliwe. Tak wprawny i chytry zabójca, jak tamten, na pewno nie popełniłby podobnego błędu. Biskup odetchnął głośno próbując opanować emocje.
    – Dlaczego to zrobiłeś? – zapytał, starając się zapanować nad drżącym głosem.
    – Bom kogoś ocalić musiał – odparł mężczyzna. W kratkach konfesjonału błysnęły jego oczy. – Sprzeciwiłem się niesprawiedliwości.
    – Ale czyż sam sprawiedliwie postąpiłeś? – zapytał biskup, mając coraz więcej pewności, że przyszedł do niego ów heretyk, o którym mówił ostatnio z kanonikiem Vinczem.
    – Nie wiem, ojcze... zrobiłem tak, jak nakazywało mi własne sumienie. Mam nadzieję, że to nie były podszepty złego. On chce mojej porażki...
    – I rzeczywiście tego się doczekał! – niemal warknął biskup. – Bracie, zabiłeś trzech rycerzy w obronie kacerza! Jakże to może uchodzić za sprawiedliwość. Jeno Zły tak czyni!
    Zapadła głucha cisza. Mężczyzna spuścił wzrok wpatrując się we własne dłonie.
    – Może... – wyszeptał. – Jednak nie mówiłem, ojcze, że zabiłem rycerzy i do tego w obronie heretyka... nie mówiłem.
    Biskup zadrżał słysząc, jak mężczyzna powoli wstaje od konfesjonału.
    – Zaczekaj! – syknął za nim. – Zatrzymaj się! Poczekaj! Nie chcesz dostać rozgrzeszenia? Przecie widzę, że grzech twój ciąży ci niczym głaz.
    Mężczyzna zatrzymał się.
    – Rozgrzeszenia potrzebuję, ale nie kary – odparł. – Tą Bóg mi już wymierzył...
    – Kary?– dopytywał się biskup, starając się za wszelką cenę podtrzymać rozmowę. Musiał zatrzymać tego człowieka, by wreszcie dostał się w sprawiedliwe ręce. Tylko jak to uczynić? W kościele ani jednego strażnika, a do pobliskiego garnizonu było stanowczo zbyt daleko. – My ludzie, nie jesteśmy od wymierzania kar...
    – Więc dlaczego to robicie?
    Biskup otarł dłonią spocone czoło.
    – Posłuchaj – szepnął, z trudem zbierając myśli. – Spotkajmy się... właśnie! Teraz nie mogę ci pomóc, ale uwierz mi, że bardzo tego pragnę. Chcę ci pomóc, bo zbłądziłeś, co nie znaczy, że zaprzedałeś duszę diabłu. Lecz zrozum, że teraz nie wiem, co winienem zrobić. Daj mi się zastanowić. Przyjdź jutro. W to samo miejsce. Porozmawiamy...
    – Nie potrzebuję rad – wychrypiał przybysz, wstając w klęczek. – Potrzebuję tylko rozgrzeszenia. Chcę, by Bóg mi przebaczył. Tylko tyle... otrzymam je?
    – Jutro...
    Lecz biskup nie zdołał dokończyć, bo przybysz zerwał się na równe nogi. W kościele zabrzmiały jego ciężkie kroki. I ucichły.

    – Boże miłosierny! – zawołał kanonik Vincze, zakrywając usta dłonią. – Nie wierzę...
    – To uwierz. – Biskup zamknął oczy, opierając głowę na oparciu fotela. Przed kilkoma minutami wrócił do swojego gabinetu i od razu posłał po kanonika. Ten był jedynym człowiekiem prawdziwie godnym zaufania. W tej sytuacji biskup nie mógł ufać nikomu. Bóg na szczęście sprawił, że niedawno przybył Bartal Vincze – jedyny człowiek, z którym mógł być szczery.
    – Ależ to nieprawdopodobne! – sapnął kanonik. – Ten przeklęty heretyk i morderca ot tak przyszedł do spowiedzi? Wybacz, ojcze, ale naprawdę trudno w to uwierzyć.
    – Rozumiem cię. – Biskup pochylił się nad blatem. – To, do czego doszło jest oczywistym faktem. I nie ma się co nad tym zastanawiać. Trzeba podjąć jakieś konkretne kroki...
    – Kroki? – zdziwił się Vincze. – Chyba nie sądzisz, ojcze, że kacerz przyjdzie jutro prosto w nasze szpony. Chyba nie jest tak głupi.
    – Nie wiem, ale spróbować i tak należy – wyjaśnił biskup. – Wydawał się bardzo zrozpaczony... chociaż nie, to złe słowo. Po prostu przygniatał go ten czyn. Zanim odszedł powiedział, że potrzebuje rozgrzeszenia. Grzech całkowicie nim zawładną. On chce by Bóg mu przebaczył nawet za cenę życia.
    – Takie poświęcenie?
    – Jakież znowu poświęcenie, kanoniku? – Biskup pokręcił głową. – To szaleniec. Padł ofiarą szatana i jest przezeń zniewolony. Poza tym i tak musi zostać wymierzona odpowiednia kara. Jeśli nie przez Kościół, to przez władze świeckie. A jeżeli ten morderca jutro się pojawi, musimy go pochwycić.
    – Więc winniśmy zawiadomić zarządcę...
    – Cóż znowu?!– zawołał z gniewem biskup. – Toć zaraz plotki się poniosą, że obławę w kościele organizujemy. Wszystko musi odbyć się w ciszy, bo człowiek ów – nawet jeśli opętany – wciąż przebiegłości i chytrości zapewne mu nie brakuje. Nie, kanoniku. Nie możemy skorzystać z pomocy miejskiej straży. Jedynie biskupie wojsko mamy pod rozkazami. Zbierzemy zbrojnych i będziemy czekać. Może ten sługa piekielny zabił i trzech wojów, ale z dziesięcioma rady nie da.
    Kanonik pokiwał głową.
    – To pewne – stwierdził. – Jeno czy przyjdzie?
    – Zobaczymy... zobaczymy.

    Nad miastem zapadał już zmrok.
    Kanonik Bartal Vincze lustrował wzrokiem otwarte wrota kościoła. Przez nie właśnie miał przejść morderca, na którego w środku czyhali już żołnierze. Biskup sam udał się do bożego domu, by również czuwać ze swymi ludźmi i wydać im stosowne rozkazy w odpowiednim momencie. Vincze widział strach w oczach starszego duchownego, jednak mimo wszystko przerażenie zostało przezwyciężone przez zawziętość. Żołnierze i ich przywódca ulokowali się na miejscu jeszcze przed wschodem słońca, by nie ściągać na siebie uwagi. Minęło już prawie dwanaście godzin, a przybysz wciąż się nie pojawiał.
    Kanonik ziewnął przeciągle, opierając się o marmurowy parapet. Jego zadanie było proste. Miał tylko siedzieć przy oknie i czuwać. Gdyby heretyk się zjawił, to właśnie Vincze musiał wydać rozkazy pozostałej straży biskupiej, by ruszyła na odsiecz tym kryjącym się w kościele. W ten sposób odcięliby kacerzowi jedyną drogę ucieczki. Plan dopracowano w najdrobniejszych szczegółach. Brakowało tylko celu przedsięwzięcia.
    Słońce błysnęło między domami, zniżając się ku linii horyzontu. Kanonik zakrył oczy, by osłonić je przed jasnymi promieniami. Złocista tarcza po chwili zniknęła za dzwonnicą kościoła. Vincze rzucił spojrzenie w stronę wrót...
    – Jest! – zawołał zaskoczony. – Przyszedł!
    Od tłumu zgromadzonego na ulicy odłączył się samotny wędrowiec. Widoczna była jedynie jego twarz i brudne, czarne włosy sięgające ramion. Wszystko inne zakrywał ciemny płaszcz.
    – Przybył! – wykrzyknął kanonik, ruszając biegiem w stronę wyjścia z komnaty. Nareszcie nastał moment działania.

    W kościele zabrzmiał głośny odgłos kroków.
    Biskup Ivan Jovanovic drgnął, słysząc dźwięk, którego wyczekiwał przez cały dzień. Odetchnął głęboko starając się uspokoić emocje. Powoli wstał z twardej deski konfesjonału i wyszedł na zewnątrz. Dostrzegł samotnego człowieka okrytego czarnym płaszczem, który przyklęknął na jedno kolano czyniąc znak krzyża. Przybysz powoli wstał zwracając wzrok w stronę biskupa.
    – Witaj, ojcze – przemówił swym chrapliwym głosem. – Kazałeś mi przyjść, więc oto jestem.
    Biskup nic nie odpowiedział. Stał nieruchomo, niczym kamienny posąg, rzucając ukradkowe spojrzenia w stronę pozostałych konfesjonałów i zakrystii, gdzie kryli się jego żołnierze, gotowi na rozkaz pojmać mordercę.
    – Ojcze? – zapytał przybysz. – Dlaczego milczysz? Mówiłeś, że dzisiaj udzielisz mi rozgrzeszenia. Zrobisz to?
    Biskup powoli pokręcił głową.
    – Wybacz mi synu, ale niektórych grzechów nie można wybaczyć – odparł. – Bóg jest miłosierny, lecz jego miłość również ma granice.
    – Miłość? – zdziwił się przybysz. – A ja sądziłem, że Bóg jest nieskończenie miłosierny, tak samo, jak jest i wieczny. Czyżbym się mylił?
    – Niestety...
    Mężczyzna uśmiechnął się.
    – Smutne... – wyszeptał. – Dlaczego jednak nie przebaczy mi, skoro tako przebaczył swoim oprawcom, patrząc na nich z krzyża? Toć oni nie prosili, ani nie żałowali, a ja i proszę, i żałuje... żałuję bardzo, choć teraz okazać tego nie mogę.
    – Cóż to za żal, którego nie okazujemy? – zapytał biskup, czując jak po plecach spływają mu kropelki potu. Sam nie wiedział dlaczego czuł się tak niezręcznie w rozmowie z tajemniczym przybyszem. Jego spojrzenie wydawało się przebijać duszę na wylot.
    – A cóż to za rozgrzeszenie? – odparł po chwili mężczyzna.
    Biskup przez chwilę zastanawiał się nad sensem wypowiedzi, lecz gdy wreszcie zrozumiał przeszedł go dreszcz. On wiedział...
    – Brać go! – zawołał nagle, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów. – Brać!
    W mgnieniu oka wszędzie wokół zaroiło się od biskupiej straży. Zatańczyły tuniki w zielono–białych barwach. Rycerze natychmiast dobyli mieczy ruszając na przybysza.
    – Taka jest wasza sprawiedliwość?! – zawołał odziany w czerń mężczyzna, odrzucając płaszcz. – Zadać karę bez pytań, czy dowodów?
    Świsnęła klinga, gdy gwałtownie wysunęła się z pochwy. Biskup tylko patrzył, jak pierwszy z jego żołnierzy – ten który na czele ruszył do ataku – pada z rozrąbaną czaszką, brocząc krwią. Pozostali zawahali się. Większego błędu popełnić nie mogli. Przybysz bowiem przyskoczył do kolejnego, samotnego rycerza i jego również szybko obalił na ziemię, rozbryzgując wokół purpurową posokę. Kolejny nie musiał długo czekać, bo odziany w czerń mężczyzna nie zwolnił ani trochę. Mimo przeważającej liczby przeciwników, parł naprzód wywijając żelazem nad głową.
    Biskup Ivan Jovanovic pierwszy raz w życiu widział, by ktokolwiek tak sprawnie posługiwał się ostrzem. Kiedy czwarty z jego ludzi padł na ziemię z rozpłataną ręką, duchowny ojciec nie wytrzymał. Wymiociny poleciały na białą posadzkę. Chciał wstać, podnieść się, jak najszybciej opuścić miejsce kaźni, lecz silna ręka chwyciła go gwałtownie za gardło. Szczupłe ciało łupnęło plecami o ścianę.
    – Ani drgnijcie! – wykrzyknął mężczyzna, przystawiając klingę pokrwawionego miecza do gardła biskupa. Strażnicy zatrzymali się. – Wybacz mi, ojcze, bom popełnił właśnie straszną zbrodnię. Przelałem krew w świętym miejscu... wybacz mi. Jeden z twoich ludzi na pewno już nie żyje, pokój jego duszy. Pozostali jedynie ran doznali.
    Mężczyzna zamilkł, zamykając oczy.
    – Dokonałem zbrodni i za to spotka mnie kara – ciągnął dalej. – Nie od ludzi jednak, nie od ludzi. Bom musiał to uczynić, żeby życie swoje ratować.
    – Nie byłoby zagrożone, gdybyś w obronie poganina nie stanął! – syknął biskup w chwili uniesienia.
    Przybysz pokiwał głową.
    – Prawdę rzeczesz, ekscelencjo – odparł. – Mogłem zostawić go na śmierć, bo przecie rycerze – prawi, jak na nich mówicie – zaszlachtować go chcieli. Mogłem ostawić... lecz przysięga rycerska zmusiła mnie do działania. Bezbronnych bronić. Czy nie pojmujesz tego, sługo Boga? Przecież Jezus Chrystus także stanął w obronie nierządnicy, którą żydzi ukamienować chcieli.
    – Ale on nie stanął z mieczem, jak zbój!
    Przybysz spuścił wzrok.
    – Prawda to – szepnął. – Żałuję, że nie mam dość mądrości. Za to dostanę swą karę, jestem pewien. Nie wam, niesprawiedliwi, mi ją jednak wymierzyć.
    Mężczyzna powolnym ruchem sięgnął po dłoń biskupa. Zsunął z niej pierścień opatrzony pieczęcią.
    – Wyjadę z miasta i odkupię swe winy... każdy ma prawo do drugiej szansy – szepnął, ruszając ku wyjściu.
    Gdy zniknął przy drzwiach rozbrzmiały głośne okrzyki. Żołnierze straży biskupiej ruszyli za nim.
    – Zostawcie go! – zawołał za nimi Ivan Jovanowic, opadając ciężko na ławę. – Niech odejdzie...
    Zapraszam na mój kanał na YT! GalzagGaming - gramy od poniedziałku do piątku!
    https://www.youtube.com/channel/UC_S...0UkkQ/featured

  2. Następujących 3 użytkowników podziękowało Galzag za ten post:


  3. #2
    Cześnik Awatar Hadvar
    Dołączył
    Feb 2017
    Lokalizacja
    Ciechanów
    Postów
    230
    Tournaments Joined
    0
    Tournaments Won
    0
    Podziękował
    252
    Otrzymał 32 podziękowań w 24 postach
    Powodzenia na YT

  4. #3
    Szambelan Awatar Araven
    Dołączył
    Jan 2011
    Postów
    11 995
    Tournaments Joined
    2
    Tournaments Won
    0
    Podziękował
    379
    Otrzymał 269 podziękowań w 228 postach
    Powyższy tekst całkiem udany i dobrze napisany. Powodzenia.

  5. #4
    Wojski Awatar Galzag
    Dołączył
    Oct 2017
    Lokalizacja
    Lubelskie
    Postów
    55
    Tournaments Joined
    0
    Tournaments Won
    0
    Podziękował
    0
    Otrzymał 16 podziękowań w 11 postach
    Dzięki serdeczne! Na YT wkrótce zacznę chyba serię z Medieval'a II, bo po graniu w Total War: Arena naszły mnie trochę nostalgiczne nastroje i marzy mi się mały powrót

    A jeśli chodzi o teksty, to na pewno będę wrzucał kolejne. Mam nadzieję, że przypadną Wam do gustu
    Zapraszam na mój kanał na YT! GalzagGaming - gramy od poniedziałku do piątku!
    https://www.youtube.com/channel/UC_S...0UkkQ/featured

  6. Użytkownicy którzy uznali post Galzag za przydatny:


  7. #5
    Szambelan Awatar Il Duce
    Dołączył
    Jul 2012
    Postów
    7 625
    Tournaments Joined
    0
    Tournaments Won
    0
    Podziękował
    79
    Otrzymał 335 podziękowań w 223 postach
    Bardzo dobry tekst,czekam z niecierpliwością na więcej,może i ja sam coś skrobnę w najbliższym czasie,choć nie sądzę żebym dorównał poziomem . Jedyne do czego mogę się przyczepić na upartego to brak roku i miejsca akcji,całość byłaby jeszcze lepsza gdybyśmy znali jej kontekst.
    Keep your friends rich and your enemies rich and wait to find out which is which.

  8. #6
    Wojski Awatar Galzag
    Dołączył
    Oct 2017
    Lokalizacja
    Lubelskie
    Postów
    55
    Tournaments Joined
    0
    Tournaments Won
    0
    Podziękował
    0
    Otrzymał 16 podziękowań w 11 postach
    Dzięki! Cieszę się, że tekst przypadł do gustu. Okres to XIV wiek... ale sam nie dam głowy, kiedy konkretnie. Rzeczywiście mogłem to jakoś lepiej określić


    Skoro są chętni na nowy tekst, to proszę uprzejmie. Tym bardziej z okresu Wielkiej Rzeczypospolitej.


    Deszcz zacinał ostro. Słychać było wyraźnie jego dziką kanonadę na ścianach gospody, brzmiącą ponad rozgardiaszem, który dopiero zaczynał przycichać. Panowie szlachta przegrali, co było do przegrania (wygranych zaś zwyczajowo nie sposób było zastać, bo ci znikali szybko, często bez niczyjej wiedzy), wypili, co było do wypicia, wyklęli po stokroć tych, których należało wykląć, więc i dobre humory z wolna poczynały uchodzić gdzieś poza zgromadzenie. Gdy przyszło podnosić się z miejsc, ponownie wybuchło nie lada zamieszanie, lecz ucichło ono wraz z wyjściem ostatniej sporej grupy towarzystwa. Nad izbą zapadła grobowa wręcz cisza.
    Jan Jakub Wolski wychylił kolejny haust gorzałki. Zdał sobie sprawę, że ohydny trunek wreszcie, po długotrwałym testowaniu, stracił smak. Wystarczyło zatem okazać resztki silnej woli i zmusić rękę do wychylenia jeszcze kilku kolejek. Wówczas – może, bo nic wszak nie stanowiło pewności – wspomnienia czarnych chwil hazardowego uniesienia winny zniknąć w przepaściach zatrutej świadomości. Szlachcic co do jednego miał absolutną pewność – miało sensu zachowywać tych wspomnień.
    Wbrew temu myśli jakby same cisnęły się do głowy. Ilekroć przychodziła nadzieja na zapomnienie, tylekroć znów rzucał okiem na fragment pojedynczego ogniwa od niewątpliwie drogiego łańcucha, który przyszło mu przegrać jako ostatni. Innym razem roztrzęsiona dłoń nieumyślnie zaczepiała o drewniany, misternie zdobiony kubek z pięcioma podobnie uczynionymi kośćmi do gry. Przynajmniej tyś mi się ostał – wzdychał w zamyśleniu Wolski. A kubek wydawał się śmiać z niedoli swego właściciela, niczym czarownik, będący rad z efektów działania swoich czarów.
    - Jeszcze się policzymy – warknął Jan, łykając gorzałkę po raz wtóry.
    Zadrżał, kiedy drzwi wejściowe otwarły się, wpuszczając do izby lodowaty podmuch.
    - Psia wasza mać! - zaklął pod nosem, zerkając w stronę wejście. - Siedzieć na dupach, waszmościowie, nie będziecie przez próg łazić, czort wie po cóż.
    Karczma wydawała się pustoszeć. Ba! Szlachcic przez chwilę zastanawiał się, czy przypadkiem nie został tu zupełnie sam. Popatrzył przed się... i struchlał.
    - Bądźcie pozdrowieni Janie, synu Michała, syna Władysława. - Przybysz ułożył kościste dłonie na blacie. Wsparł coś na ramieniu.
    - Nie może być! - sapnął Jan, zamaszystym gestem odsuwając od siebie na wpół pełen gąsiorek. - Jezus Maria...
    Przez chwilę widział trupa. Miał absolutną pewność, że spod czarnej kapoty przybysza – powycieranej, brudnej, oblepionej diabli wiedzieli czym – wystawały kontury białej czaszki. Moment słabości minął jednak natychmiast i mimo wyraźnego łomotania pod czerepem, Jan Wolski zdołał wytężyć wzrok.
    - Waszmość... - wybełkotał, kiwając się to wprzód, to w tył. - Z początku myślałem, żeście... żeście... ktoście jest w ogóle?
    - A o kimże z początku myśleliście, jako rozważacie? - zagadnął przybysz, nie podnosząc nawet wzroku na swego rozmówcę.
    - Wierzcie lub nie, alem was wziął za licho jakie. - Jan przejechał dłonią po niemal zupełnie łysej głowie. - Czarta czy co innego...
    Szlachcic roześmiał się. Przybysz zawtórował. Pomiędzy rozmówcami zapadło milczenie. Wolski robił co mógł, by dostroić choć odrobinę spojrzenie, które z każdą chwilą zakrywała coraz gęstsza mgła. Nagle nastał przebłysk. Cień pokrywający oczy zniknął zupełnie. Jan, nazwany przed chwilą synem Michała, w końcu zdał sobie sprawę z powagi sytuacji.
    Naprzeciwko siedziała Śmierć.
    - Czasu mi braknie – przemówiła lodowatym tonem, poruszając w jakiś nienaturalny sposób białymi, kościstymi palcami. - Nie dość mi go, by z wami żarty uprawiać, mości Janie. Poznajecie mnie z pewnością, bo jakżeby inaczej.
    Wolski siedział niczym skamieniały. Wzrok utkwił w rękach przybysza, nie mogąc zmusić się do choćby rzucenie spojrzenia w otchłań czarnego kaptura i skrytą pod nim czaszkę. Dosłyszał miarodajny świst, będący z pewnością trupim oddechem cuchnącego wonią zmarłych przybysza.
    - Po duszę przybywam – syknęła spokojnie Śmierć, potrząsając spoczywającą na ramieniu kosą. - Tym oto narzędziem chłopskiego rzemiosła odrąbię ją od waszego ciała, mości Janie. Boleć nie winno, bylebyście się nie szarpali.
    Jan wreszcie odważył się popatrzeć w górę. W pustych oczodołach czaszki lśniły biało-błękitne ognie.
    - Kto mi wyrok zapisał? - wybełkotał, zdając sobie sprawę, że jego drżący głos nie jest spowodowany upojeniem alkoholowym.
    - Cóż mi do tego? - parsknęła Śmierć. - Niektóre tajemnice są nie tylko przed wami zakryte, ale i przede mną. Wiem jeno, żeście się sami na śmierć schlali, a mnie przychodzi dokonać wyroku.
    - Boże Wszechmocny – jęknął Jan, wpijając dłonie w blat ławy.
    - Za późno, mości panie. Winniście imienia Boga wcześniej przyzywać, miast przesiadywać w gospodach i żłopać gorzałę. Dość! Czas nagli, tyle trupów do obsłużenia jeszcze, tyle dusz do zabrania. Jako radzę: nie próbujcie się szamotać, to bezboleśnie pójdzie. A! Znowuż ręce nazbyt mnie świerzbią, pamięć zwodzi. Prawo macie, śmiertelniku, do ostatniego życzenia. Bylebyście się pospieszyli – czas nagli!
    Jan trząsł się na całym ciele. Dreszcze przechodziły mu wzdłuż kręgosłupa. Ostatnie życzenie, ostatnie życzenie – powtarzał w myślach, choć nie bardzo mógł skupić świadomości na tym ostatecznym danym mu prawie. Umysł jakoś mimowolnie badał emocje swego pana, próbując doszukać się jakiekolwiek sensownej odpowiedzi.
    - Słyszeliście? - parsknęła gniewnie Śmierć. - Mieliście się nie ociągać, waszmość!
    Jan Wolski zupełnie stracił nadzieję. Strach go przejmował na myśl o tej ostatniej podróży i tym, co tak właściwie może go spotkać po drugiej stronie granicy światów. Spuścił głowę. Oczy spoczęły na blacie ławy.
    - Czas się zakończył, mości Janie. Pójdziecie...
    - Zaraz, zaraz! - Wolski wyciągnął rękę, jednym chwytem uniósł przed lśniące oczodoły nieproszonego gościa kubek z kośćmi. - Oto moje ostatnie życzenie.
    Śmierć popatrzyła nań zaciekawiona. Podrzuciła na ramieniu kosę, przekrzywiła czaszkę.
    - Szaleni jesteście i marni, ludzie, skoro w dniu ostatecznym na takież lichoty chęci macie – syknął przybysz. - Ostatnia wola wymaga spełnienia mimo to. Rzeknijcie mi jeno, jak grać, bo nigdy szansa się nie nadarzyła.
    - Zasady będą moje – rzekł twardo Jan. - Rzucam ja, rzucacie wy, kamracie. Kto więcej oczek wyrzuci, temu wygrana przypada. Pamiętajcie jeno, że po rzucie poprawki możecie dwie wykonać, dowolnymi kośćmi rzut ponawiając. Pojmujecie? Śmierć przytaknęła bez słowa.
    - Ruszamy! Dajcie dzień z mego życia do puli, a ja wam dam... - Jan zamyślił się głęboko. Skoro przychodziło mu utracić to, co najcenniejsze, nie bardzo miał jakiekolwiek wadium do wyłożenia. Nic przy sobie prócz kubka i kości. - To, co ściskam w dłoniach.
    - Po cóż mi, waszmość, wasza igraszka? - Wolski wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Hazard znów wrócił mu pewność siebie. Wystarczyło grać. Wszak nie miał nic do stracenia.
    - Jeśli przyjdzie wam spełniać ostatnie życzenie człekowi podobnemu mnie, do szczętu przegranego jegomościa, to pamiętajcie, że ostatniej rzeczy, którą będzie posiadał – kubka i kości – oddać wam nie odda, bo będziecie o to bogaci. Jeśli zaś niczego innego mieć nie będzie, to bez gry jego duszę zabierzecie. Mówiliście przeto sami, że czas was wciąż nagli...
    - Śmiertelnicy – westchnęła Śmierć, gestem dając znak, by przeciwnik wykonał rzut.
    Kości zagrzechotały w kubku. Jan zamaszystym gestem ustawił przedmiot dnem do góry i uniósł go, ukazując wynik. Cztery jedynki, jedna piątka.
    - Dziewięć! - Śmierć wyszczerzyła pożółkłe zęby. - Poprawki, waszmość, poprawki. Chyba nie sądzicie ograć mnie takimi liczbami.
    Szlachcic bez słowa zgarnął wszystkie jedynki i rzucił po raz drugi. Wynik wcale nie był lepszy. Trójka, czwórka oraz dwie dwójki. Ostatni rzut zmienił dwie ostatnie na czwórkę i jedynkę.
    - Siedemnaście. - Jan pokiwał spokojnie głową. - Wasza kolej, mości Śmierci. Pokażcie waszą wyższość nad śmiertelnymi istotami.
    Śmierć zgrzytnęła zębami. Kości zagrzechotały, kubek trzasnął o blat.
    - Czternaście – sapnął Wolski, przyglądając się piątce, czwórce, jedynce i dwóm dwójkom. Dłonie same zacisnęły mu się w pięści, a na czole sperliły kropelki potu.
    Odziany w czerń szkielet poprawił dwójki. Sześć i cztery.
    - Wszystko wskazuje na to, mości Janie, że wasz skarb trafi pod moją pazuchę. - Śmierć zarechotała złośliwie. - Dusza wasza zaś przed boskim sądem stanie. Pamiętajcie, co wam rzekłem. Poddajcie się, a przyjdzie wam odejść bez bólu.
    - Zaczekajcie, kamracie! - Jan robił co mógł, by stłumić drżenie głosu, lecz dało to bardzo marny efekt. - Samiście mówili, że nie przyszło wam jeszcze ni razu grać. Nie znacie zatem zasad, a te mówią, że prawo mam się na was odegrać.
    Śmierć fuknęła gniewnie. Lodowate oczy zabłysły błękitem, wpijając się w siedzącego po drugiej stronie ławy szlachcica.
    - Waszmość drwisz ze mnie?
    - Jakżebym śmiał! Zrzućcie kapotę, ukażcie swą postać zebranym i zapytajcie.
    - Nawet jeśli dać wam wiarę, to... cóż postawicie za swój jeden dzień życia? Nie macie przy sobie nic wartościowego.
    Jan podniósł się gwałtownie z miejsca, sięgnął do rapci, dobywając szabli. Żelazo strzeliło o blat. Szlachcic popatrzył wokoło, ale zdał sobie sprawę, że zupełnie nikt nań nie patrzy. Czar płaszcza Śmierci widocznie roztaczać musiał jakąś niesamowitą aurę, która kryła ów nieziemski hazard przed oczyma zebranych.
    - Na cóż mi szabla? - prychnął przybysz z zaświatów, wzruszając kościstymi ramionami.
    - Do tego samego wam potrzebna, do czego kości – wyjaśnił Jan. - Szlachcic, nawet ubogi jako ja, swej szabli do puli ot tak nie doda. Chyba że o jego życie idzie...
    - … jako u was – dokończyła Śmierć.
    - A skoro szablę mieć będziecie...
    Rozmówcy zmierzyli się spojrzeniami. Chwilę trwali tak bez ruchu, lecz Wolski odstąpił zaraz od niemego starcia. Zaglądanie za te zimne, martwe oczy nie wróżyło niczego dobrego.
    - Niech wam będzie – odezwał się niespodziewanie przybysz z zaświatów. - Rzucajcie po raz ostatni. Dzień waszego życia za szablę.
    Szlachcic zgarnął pięć kości z powrotem do kubka. Palce samoistnie zacisnęły się mocniej wokół drewnianego przedmiotu. Możliwe, że przychodziło im to po raz ostatni.
    Kości zagrzechotały, zabębniły po blacie. Śmierć wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu.
    - Los nie po waszmości stronie stoi tego dnia – parsknęła. - Winniście oddać mi jeno wasz marny żywot, a szablę zostawić w spadku. Szesnaście.
    - Szesnaście – powtórzył niczym echo Jan bez choćby cienia nadziei. Rzucił raz jeszcze.
    I wówczas sytuacja zmieniła się diametralnie. Zamienił wszystkie kości i to nie na byle co. Trzy szóstki same dawały osiemnaście, zaś czwórka z dwiema trójkami dopełniały dzieła, uzyskując wynik równy dwudziestu ośmiu oczkom. Uśmiech zniknął z kościstego oblicza Śmierci.
    - Hazard – sapnął Wolski, kiwając głową. - Wyrok i wybawienie. Rzucajcie, waść, wasza kolej.
    Białe dłonie odtrąciły misternie zdobiony kubek, chwytając od razu pięć kości. Brzęknęły o blat.
    - Dwanaście – podliczył błyskawicznie Jan, któremu widocznie wracała nadzieja. - Za mało to na mnie...
    Śmierć nic nie odrzekła. Złapała trzy dwójki i powtórzyła rzut.
    Dziewiętnaście.
    Zimne oczy spoczęły na rozradowanym licu waszmość pana Jana Jakuba Wolskiego. Nagle to nie nad owym śmiertelnikiem zaczął wisieć wyrok, a właśnie nad nią – Śmiercią – odwieczną ręką sprawiedliwości. Niebiańskiego wyroku śmierci nie mógł cofnąć nikt, tymczasem wychodziło na to, iż samotny szlachcic właśnie zyskał dodatkowy dzień życia.
    Trupia dłoń gruchnęła o blat ławy.
    - Waszmość nie możecie trwać na tym świecie ni chwili dłużej – wymamrotały martwe usta.
    - Jest na to tylko jedna rada – szedł za ciosem Wolski. - Grajcie raz jeszcze i odbierzcie mi to, com właśnie ugrał.
    - Szabla za dzień, waszmość.
    - Zgoda.
    Kubek szybko wylądował na podłodze, a kości leciały już bezpośrednio z dłoni. Piętnaście. Poprawka na dwadzieścia, więc Jan z w miarę spokojnym duchem obserwował rzuty oponenta. Dziewiętnaście i... osiemnaście.
    Wolski nie posiadał się z radości. Zyskał dzień życia. Zaledwie jeden dzień. Janowi nie chodziło jednak wyłącznie o zyskanie czasu. Musiał trzymać w szachu Śmierć, by ta grała dalej.
    Rzucili ponownie. Znów walka na korzyść Wolskiego. Do puli swojej wygranej dodał kolejny dzień więcej. Dwie następne rundy o dziwo nie przyniosły rozstrzygnięcia. Nadeszła trzecia. I raz jeszcze zatryumfował Jan Wolski. Gra trwała dalej. Kolejka za kolejką, rzut za rzutem. Pula rosła, a za oknami tężały ciemności, którym powoli również doskonały wzrok nieżywego przybysza zaczynał ustępować.
    Partia trwała.
    - Dziesięć dni życia dla mnie aż nadto – westchnął Jan, ściskając w dłoniach parę kości. - Oddam wszystkie za dziesięć następnych.
    Śmierć przystała. Ku swojej własnej zgubie.
    - Dość! - Trupia dłoń wyrżnęła o blat już nie pierwszy raz. Lodowate powietrze zmroziło spróchniałe drewno. - Dość. Podstępem mnie podeszliście, Janie synu Michała. Podstępem, który winien na kartach ksiąg gościć. Mówię wam zaś ja, Śmierć, że dosyć mam tego. Przybyłam z wyraźnym nakazem zabrania waszej duszy i nakaz ten wypełnię.
    - Cóż to znaczy? - warknął rozeźlony Jan. - Zamierzacie zaprzedać niezbywalną tradycję? Ostatnim życzeniem moim było, by z szacowną Śmiercią zagrać. Spełniliście. Nie kazałem wam ku dalszej niewoli hazardu się skłaniać. Samiście się zamierzyli odebrać mi uczciwie zdobyty dzień życia.
    - Umarliście, mości Janie. Jesteście martwi. Po cóż wam ta rozgrywka?
    - Dwadzieścia dni życia wygrałem – fuknął Wolski. - Nie odbierzecie mi tego, wiem doskonale. Staniecie przed Niebieskim Trybunałem za taką zbrodnię. Wyjścia nie macie, przyjacielu: albo grajcie ze mną dalej, albo wynoście się.
    Tym razem milczenie trwało krótko.
    - Kosę moją za wszystkie dni waszego życia.
    Kości brzęknęły.
    - A jakże! - krzyknęła Śmierć, przeliczając równo dwadzieścia jeden oczek. - Jedynkę przerzucę jeno...
    Wypadła szóstka. W sumie dwadzieścia siedem. Szlachcic pobladł. Mimo to nie odczuwał strachu. Porażkę zupełnie wyrzucił z głowy. Dobra passa trwała... oby jeszcze przez chwilę.
    Siedemnaście. Zabrakło równej dziesiątki do remisu. Wystarczyło zmienić dwie jedynki na dwie piątki. Ryzyko było realne. Wolski wyrzucił kości w powietrze. Zdawało mu się, że misternie zdobione sześciany opadają w spowolnionym tempie. Obserwował, patrzył... przedmioty stuknęły o blat. Pięć i... sześć.
    - Jezus Maria! - ryknęła Śmierć, łapiąc się za czaszkę.
    Wolski nie czekał ani chwili. Jednym susem wskoczył na ławę, chwycił kosę i już biegł przed się w stronę drzwi.
    - Zaraz, czekajcie! - krzyczał za nim przybysz z zaświatów. - Dajcie się odegrać, waść. To wszak nie koniec!
    - Dla mnie owszem, koniec – odparł w biegu Jan syn Michała i otwarł na oścież drzwi. Dmuchnęło mroźnym powietrzem.
    Szlachcic zniknął. Śmierć wstała z miejsca, zrobiła kilka chwiejnych kroków, lecz zaraz padła zdjęta dziwną słabością naprzeciw grupki opitych waszmościów.
    - Marny mój los – jęknęła. - Jeśli tylko do Niebios dotrze wieść o mojej niekompetencji, czeka mnie spotkanie z Michałem Archaniołem.
    Śmierć niczego tak się nie obawiała, jak tegoż boskiego wysłannika, z którego dłoni od miliardów ziemskich lat nie wychodził ognisty miecz – źródła bólu dla wszelkiego zła, wszelkiej niesprawiedliwości oraz wszelkiego sprzeciwu. A dobrowolne darowanie życia śmiertelnikowi należało do tej ostatniej kategorii.
    Pozostawała jedyna szansa. Wygrać szablę. Jakąkolwiek. Potem ruszyć w pościg za uciekinierem i wykonać ostateczny wyrok. O ile oczywiście Michał Archanioł nie przybędzie wcześniej.
    Ziejące lodowatym światłem oczy pobiegły po twarzach siedzących naprzeciwko jegomościów. Wszyscy byli pijani w sztok - prócz jednego. Ten ostatni w ogóle odbijał wyglądem od pozostałych. Nieskazitelnie jasne oblicze, błyszczące oczy, a do tego... skrzydła?
    - Michał Archanioł! - sapnęła Śmierć, jednak szybko zorientowała się, że coś jest nie tak. - Panie Najjaśniejszy... gdzie wasz miecz?
    Michał zgromił ją spojrzeniem.
    - Ani słowa – parsknął gniewnie.
    Zaś Śmierć pojęła natychmiast, spoglądając na blat ławy i rozłożone na niej kości do gry. Pożółkła szczęka wygięła się w szerokim uśmiechu.
    Zapraszam na mój kanał na YT! GalzagGaming - gramy od poniedziałku do piątku!
    https://www.youtube.com/channel/UC_S...0UkkQ/featured

  9. Następujących 2 użytkowników podziękowało Galzag za ten post:


  10. #7
    Łowczy Awatar Jutrzenka
    Dołączył
    Oct 2017
    Postów
    147
    Tournaments Joined
    0
    Tournaments Won
    0
    Podziękował
    92
    Otrzymał 31 podziękowań w 16 postach
    Świetny tekst, jedynym zgrzytem dla mnie było to zdanie:
    Cytat Zamieszczone przez Galzag Zobacz posta
    Szlachcic co do jednego miał absolutną pewność – miało sensu zachowywać tych wspomnień.
    Pewno zjadło Ci "nie".

  11. #8
    Szambelan Awatar Il Duce
    Dołączył
    Jul 2012
    Postów
    7 625
    Tournaments Joined
    0
    Tournaments Won
    0
    Podziękował
    79
    Otrzymał 335 podziękowań w 223 postach
    Haha,bardzo fajna historia,dobrze się to czytało, oddałeś szlacheckiego ducha tamtych czasów .
    Keep your friends rich and your enemies rich and wait to find out which is which.

  12. #9
    Wojski Awatar Galzag
    Dołączył
    Oct 2017
    Lokalizacja
    Lubelskie
    Postów
    55
    Tournaments Joined
    0
    Tournaments Won
    0
    Podziękował
    0
    Otrzymał 16 podziękowań w 11 postach
    Pewno zjadło Ci "nie".
    Ano zjadło, dzięki


    Haha,bardzo fajna historia,dobrze się to czytało, oddałeś szlacheckiego ducha tamtych czasów .
    Dzięki, dzięki. Fajnie, że się podobało
    Zapraszam na mój kanał na YT! GalzagGaming - gramy od poniedziałku do piątku!
    https://www.youtube.com/channel/UC_S...0UkkQ/featured

  13. #10
    Chłop
    Dołączył
    Jan 2018
    Postów
    1
    Tournaments Joined
    0
    Tournaments Won
    0
    Podziękował
    0
    Otrzymał 0 podziękowań w 0 postach
    o człowieku, znam Twój kanal, pelny szacun https://zdrowadieta.com.pl/postaw-wy...szarki-wlosow/
    Ostatnio edytowane przez tomasz10 ; 02-03-2018 o 12:10

Strona 1 z 2 12 OstatniOstatni

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •