-
Agnes oniemiała wręcz z wrażenia, wpatrywała się przez dłuższą chwilę w oczy Bertranda, nie mogąc nic rzec. W międzyczasie delikatnie dłonią głaskała konia rycerza po szyi. W końcu zdobyła się na odwagę i powiedziała - Bertrandzie... Ja... Cię bardzo lubię, jesteś dobrym i zabawnym kompanem, ale... Zrozum... Nie jest to miłość, kocham Boemunda... A miłość między nami... Może pewnego dnia umiłuję cię jak brata, jeśli dalej będziesz mi towarzyszył. W przyszłości... Może... Eh...
-
Bertrand po francusku
Ach tak, Boemund... Zapomniałem że masz już swego wybranka... Po com w ogóle zaczynał tę rozmowę... rzucił przygnębiony, po czym ruszył w stronę obozu. Guillaume z kolei został przy Agnes i znów pyskiem ją trącił, teraz trochę mocniej, lecz wciąż delikatnie, coby jej krzywdy nie zrobić.
-
Nie smuć się Bertrandzie, Bóg da ci jeszcze upragnione szczęście, tutaj, czy w swym królestwie. Zaufaj mi - Agnes się uśmiechnęła serdecznie, obejmując za szyję Guillaume'a.
-
Bertrand po francusku
Teraz najbardziej bym się cieszył, gdyby mi jakowyś miecz saraceński zesłał, coby mi do piekła drogę otworzył. Chodź Guillaume. Rzekł jeszcze na odchodne. Wierzchowiec popatrzył na Agnes i niechętnie wyrwał się z jej uścisku udając się za swym panem.
-
Agnes wróciła do obozu zaraz za Bertrandem. Wasze konie są już gotowe do drogi, możecie wyruszać wreszcie ku Jerozolimie... Pani de Montmirail dosiadła swego rumaka i podjechała do Bertranda ze smutnym obliczem, gładząc delikatnie palcami grzywę Guillaume'a.
-
Bertrand
Czemu posmutniałaś? spytał po francusku, a troskę dało się w jego słowach wyczuć. Wierzchowiec poczuwszy dłoń niewiasty znów parsknął szczęśliwie, podobały mu się jej pieszczoty.
-
Wiesz przecież... Odparła w tym samym języku, przez chwilę jeszcze gładząc grzywę wierzchowca Bertranda. Zaraz jednak pokręciła głową i galopem ruszyła przed siebie wykrzykując po łacinie - z Bogiem, naprzód! Charlotte i Godwyn ruszyli za nią.
-
Robert
Przez cały czas stał oparty o bok swego wierzchowca pogrążając się w myślach o tym czy jego związek z Charlotte w ogóle jest możliwy oraz.....czy na pewno sam tego chce i jest gotowy na związek z kolejną kobietą - Nie zasłużyła na to by ją ranić a czy którąkolwiek kobietę na ziemi mogę pokochać równie mocno co Julię? I czy którakolwiek może ją zastąpić? - z zamyślenia wyrwał go głos Agnes, dosiadł Boemunda i natychmiast popędził go do galopu by zbytnio nie zostać za resztą.
-
Bertrand
Westchnął ciężko i nachylił się nad uchem Guillaume'a, by szepnąć mu po francusku Widzę że i Tobie się spodobała... Lecz patrząc w drugą stronę Ty jej także, a niestety ja... Jeszcze w smutek żem ją na dodatek wtrącił. Guillaume zarżał dosyć głośno, jakby powiedzieć coś chciał. Lecz nie było to rżenie nerwowe, smutne czy obrażone, lecz wesołe, podnoszące na duchu, jakby chciał powiedzieć "Próbuj dalej Bertrandzie i nie troskaj się!". Rycerz pognał go w stronę odjeżdżających.
-
Podążyliście dalej, jadąc niestrudzenie galopem przez równiny Outremer. Po około godzinie drogi, przed sobą ujrzeliście w oddali dziesięciu rycerzy na koniach. Na długich kolczugach mają białe tuniki z zielonymi krzyżami, w takich samych barwach piękne płaszcze oraz kropierze. Stoją w kręgu, w środku którego coś jest... Nie możecie dostrzec co. Takoż nie widzicie twarzy tych rycerzy. Agnes zatrzymała się i jak zaczarowana poczęła spoglądać na wojowników...