-
Robert
Ze zdziwieniem popatrzył na reakcję przyjaciółki - A cóż jej się znów stało? Może kolejna wizja ją dręczy......, jak ja dobrze ją rozumiem.... - pomyślał po czym minął ją i począł jechać w stronę rycerzy przynależących najwyraźniej do któregoś z miejscowych zakonów.
-
Bertrand
Tacy jak w mym śnie... pomyślał, po czym także do zakonników podjechał.
-
Dojechaliście do rycerzy we czwórkę z Godwynem. Kobiety pozostały z tyłu, Agnes spłynęły łzy po policzkach, Charlotte chwyciła ją za dłoń by dodać jej otuchy. Wnet jeden z rycerzy obrócił się ku wam, ukazując wam swe straszliwe oblicze. Nie ma na głowie hełmu, włosy jego długie ale niezbyt gęste. Na licu ma wiele ran - jedna tuż pod nosem, zapuchnięta i ropiejąca, druga na policzku, pod oczami również nieznacznie popuchnięta jego skóra, kolejna na pomarszczonym czole. Jeszcze następna ciągnie się od brody aż po szyję. Cera jego dość ciemna, zapewne nie przez opaleniznę, bowiem w niektórych miejscach wokół ran pobladła. Minę ma ponurą, takoż i oczy, wydaje wam się że oto sama śmierć na was nimi spogląda. Rycerz dosiada siwego rumaka, noszącego zakrwawiony, biały kropierz z zielonym krzyżem.
Reszta z rycerzy takoż spojrzała ku wam, ich oblicza są równie ponure ale większość ma bandaże na twarzach, wszyscy zaś hełmy, niektórzy garnczkowe. Milczą... Zebrani zaś są wokół stosu trupów, to martwi saraceni.
-
Robert
W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, w życiu nie widziałem tak okropnych twarzy, jakąż trwogę muszą wzbudzać w sercach nieprzyjaciół samym swoim wyglądem, szarżująca śmierć niejednemu by odwagę mogła odebrać......, zaiste straszny los ich spotkał,ciekawym czym sobie zasłużyli że tak ich los okrutnie pokarał...... - pomyślał po czym zmierzył wzrokiem stos trupów i dodał znów w myślach - ale choroba im umiejętności nie odebrała,ładnie się z tymi saracenami sprawili
-
Bertrand
Niech Bóg zmiłuje się nad tymi grzesznymi duszami, które się od niego odwróciły, a z którymi się roprawiliście... zdołał z siebie jedynie wykrztusić, ujrzawszy stos ciał i okropne twarze rycerzy.
-
Jeden z rycerzy rzucił pochodnie w stos ciał, tak że te zaczęły płonąć. Niechaj płoną w ogniu Bożym... Rzekł rycerz, którego twarz was przeraziła, po łacinie, dodając zaraz - kim jesteście i czemu wędrujecie po kraju wojną ogarniętym tak nieliczna grupą? Głos jego przejawia zmęczenie, cierpienie, ale także hardość.
-
Robert
Jesteśmy rycerzami przybyłymi do ziemi świętej z....... różnych powodów - odparł bez cienia strachu po chwili dodając - a zmierzamy właśnie do Jerozolimy,pod zamek Belvoir podeszli saraceni w wielkiej sile a na dodatek w Trypolisie wybuchła wojna domowa przeciwko hrabiemu Rajmundowi, trzeba zdać o tym relację królowi.
-
Bertrand
Gdyby moje powody znali to bym skończył na tym stosie razem z poganami...
-
Wojna domowa w Trypolisie? Zdziwił się rycerz. Nieważne, i tak zgubieni jesteśmy, naszą teraz powinnością odesłać jak najwiecej saracenów do piekła by Bogu miłym być... Widzę, iż z wami podróżuje też była żona oraz siostra naszego konstabla... Rzekł po łacinie.
-
Robert
Tak to prawda, a my niejako za eskortę owych cnych dam na tej niegościnnej ziemi robimy......, zaś skoro chcecie walczyć z saracenami szlachetni rycerze może wyruszcie z nami do Jerozolimy? Jestem pewien że król w tej czarnej godzinie każdego miecza będzie potrzebował a Wy widzę że zaprawieni i wprawni w boju jesteście.