Vito
To są magowie, gdyby chcieli to pewnie tak czy tak dowiedzieliby się gdzie jesteśmy. A teraz chodźmy.
Wersja do druku
Vito
To są magowie, gdyby chcieli to pewnie tak czy tak dowiedzieliby się gdzie jesteśmy. A teraz chodźmy.
Vito:
Być może. Dobra, chodźmy lepiej zanim zostaniemy obrzuceni kulami ognia czy czymś takim.
Ruszyliście w stronę kotliny. Widzicie w oddali, że jest tu jakieś obozowisko. Znajduje się tam namiot, wypalone ognisko i masa porąbanych i ściętych drzew. Jednak po samym mieszkańcu jak na razie ani śladu. Zbliżyliście się ostrożnie obozu i jeden z żołnierzy zaglądnął do namiotu - pusto. Po szybkim przeszukaniu tego miejsca niczego nie znaleźliście poza starymi narzędziami i resztkami zapasów jedzenia. Najwyraźniej ten, kto tutaj mieszkał opuścił to miejsce, albo udał się w jakieś inne miejsce...
Idąc dalej weszliście do kotliny. Jest tu kilkanaście drzew, pełno krzaków, a w oddali widać... pieprzone trolle. Dowódca nakazał wam kucnąć i po cichu wycofywać się, by nie rozdrażnić bestii...
Dan:
Kate odwzajemniła uścisk i odpowiedziała - Hej... Tak, wiem. Ojciec wspominał mi o tym. No nic, chodźmy w jakieś zaciszne miejsce. Randolph się o Ciebie pytał, Dan. Pójdź zobaczyć co tam chce, a my sobie spokojnie porozmawiamy.
Dan
Ehh,no dobrze....,a zaciszne miejsce to gdzie konkretnie? - dopytał z szerokim uśmiechem
Dan:
Hmm... Na tym wzgórzu, niedaleko młynu. No nic, chodźmy - Sophie uśmiechnęła się do Ciebie i poszła za matką Dana.
Vito:
Cofnąłeś się kilka kroków do tyłu i odwróciłeś. Serce stanęło ci w gardle... Kilka metrów przed Tobą nagle pojawił się czarny mag. Jego szata była czarna, ozdobiona czerwonymi ornamentami, niekiedy przypominającymi jakieś litery, a na ramionach nosił żelazne naramienniki. Twarz miał zaś przysłoniętą długą, czerwoną maską z kilkoma wyżłobieniami. Jest on jednak bardzo wysoki... i to zbyt jak na zwykłego śmiertelnika.
Wszyscy zatrzymaliście się, a on przemówił do was ciężkim, a zarazem ostrym głosem - Ah... Wy ludzie. Jakimi wy potraficie być głupcami. Wchodzić prosto do paszczy lwa...
Vito
Przełknął ślinę, otrząsnął się jednak zaraz, dobył miecza i krzyknął No bierzcie tego skurwiela, napierdalać tym lodem, czy co tam macie!!
Dan
Odwzajemnił uśmiech i odprowadzał je jeszcze przez chwilę wzrokiem po czym otrząsnął się i zaczął szukać Randolpha starając się jak najszybciej dołączyć do rozmowy.
Dan:
Randolph pracował akurat przy polu. Nie czekając na pytania najemnika przeszedł od razu do rzeczy - Te, co się tutaj wyprawia na tej wyspie? Normalnie przelewają się tutaj armie pieprzonych strażników i wojskowych...
Vito:
Strażnicy i żołnierze zaatakowali tym, czym mieli przy sobie, lecz nekromanta najwyżej nic sobie z tego nie robił i zaczął rzucać jakieś zaklęcie. Chwilę potem w okół niego pojawiło się kilka nieboszczyków - szkielety odziane w stare pancerze i miecze dwuręczne, które runęły na was niczym lawina na rozkaz swego pana. Walka była bardzo ciężka i zacięta, podczas której niemalże zginęliście, jednak daliście radę i pokonaliście mroczne sługi.
Czarny mag w tym czasie stał na uboczu i przyglądał się temu wszystkiemu. Widząc furie i ból w waszych oczach, ale także wasze zwycięstwo zaklaskał w dłonie i zaśmiał się demonicznie - Nieźle. Naprawdę nieźle jak na knechtów i strażników miejskich. Ale czy podołacie MI? Chyba, że już macie dosyć i dobrowolnie poddacie się mi...
Techniczny:
Vito -72 HP.
Dan
To chyba dobrze,prawda?Wyobraź sobie co by było bez nich, nie narzekaj tylko miej oczy szeroko otwarte a co się tu dzieje sam do końca nie wiem.... - odparł mu ledwo kryjąc poirytowanie że zawraca mu głowę taką sprawą....- Skoro to wszystko to idę.....
Vito
Rozejrzał się wokół, widząc że trzech z nich jako tako jeszcze się trzyma krzyknął trzymając się za bok No bierzcie go zanim was rozwali jakimś zaklęciem, jazda! Sam także próbuje atakować maga, ale stara się zachować ostrożność i trzyma się za trzema sprawnymi wojownikami.
Dan:
Taaa, na razie - odpowiedział niezbyt entuzjastycznie, machnął na to ręką i poszedł dalej pracować.
Vito:
Głupcy - mag wystrzelił trzema kulami ognia w twoich towarzyszy. Dwóch padło osmolonych na ziemię, wijąc się z bólu, trzeci zaś trafił mieczem nekromantę. Niestety twój atak się nie powiódł. Dowódca twego oddziału zadał jeszcze dwa celne ciosy i dosyć dotkliwie zranił przeciwnika, lecz do czasu, dopóki ten nie złapał go w swe ręce. To coś, co skrywało się za maską uniosło go do góry i cisnęło z impetem na ziemię, a następnie w Ciebie. Na twoje szczęście nie zostałeś trafiony, choć teraz musisz się martwić tym co jeszcze ten mag ci zaprezentuje. Na razie podąża wolnym krokiem w Twoim kierunku...