-
Bertrand:
Nie widzisz nic nowego, może poza tym, że Robert wbrew temu co mówił całkiem nieźle sobie radzi, ale widocznie to dzięki Agnes która wydaje się go odpowiednio pouczać. Ona sama porusza się z niemałym bólem czasem nieco uginając nogę. Może by spróbować raz jeszcze? Przeszła Ci przez głowę myśl.
Adriano:
Niestety nie ma żadnej innej damy, lecz Svenja po chwili podeszła do Ciebie i spytała - nie chcesz może zatańczyć, panie? Głos ma bardzo przyjemny dla ucha, a w jej oczach widać dobroć oraz szlachetność.
Robert:
Zatonąłeś na czas jakiś we wspomnieniach chwil spędzonych ze swą cudowną żoną, jednakoż w końcu zbudziłeś się i znów masz przed oczami swoją partnerkę tańca, która choć boso i z wielkim bólem, to z całych sił stara się jednocześnie dobrze Cię poprowadzić oraz przy okazji strzec hrabiego. W porządku Robercie? Wydajesz się nieobecny - rzekła cicho. Podsłuchałam rozmowę, Gawain wręczy sztylet hrabiemu gdy tylko taniec dobiegnie końca.
Gunter:
Samobójstwo wiecznym potępieniem... Jakże nierycerska to śmierć, jakże haniebna. Czy Bóg Ci przebaczy? On sam to wie... Godwynie ratunku! Usłyszałeś jeszcze przed samą śmiercią...
Techniczny
Dziękuję Rhaegrimowi za grę.
-
Bertrand
Nieee, lepiej nie, bo znowu orła grzmotnę. A tu by człowiek chciał co innego, a raczej kogo innego grzmotnąć hehehe uśmiechnął się nieznacznie pod wąsem.
-
Robert
Wyraźnie posmutniał, i powiedział - Wybacz droga Agnes,ożywiłaś wspomnienie o kimś bardzo mi bliskim, o kimś kto został niesprawiedliwie zabrany z tego świata - po chwili dodał szczerze siląc się na wesołość - przy Tobie nawet taki niezdara jak ja na dobrego tancerza wychodzi,świetnie sobie radzisz mimo rany - i dodał już szeptem - a co do Gawaina to mi wciąż trudno uwierzyć że to on jest zamachowcem,ale i tak musimy być w pobliżu,czasem pozory mylą....
-
Bertrand:
Z tego co widzisz na razie większość par się rozchodzi, chyba czas na odetchnięcie od tańca. Zmęczeni rycerze prowadzą swe damy za rękę. Muzyka ucichła całkowicie, wśród powracających jest Baldwin z Ibelinu z jakąś kobietą, Oswald również z nieznajomą panną i rycerz o ponurym obliczu, któren przyszedł do sali rycerskiej zaraz za Bertrandem, Gunterem i Adriano.
Robert:
Chanterai por mon corage dobiegło końca, Agnes rzekła cicho - sprawiedliwości nie ma na tym świecie, ale czyń dobrze na tym, a zostaniesz nagrodzony na tamtym. Chodź, bacz na sztylet, który będzie Gawain zaraz wręczał. Poczekajmy o tam - wskazała Ci miejsce niedaleko hrabiego, dosć dogodne do obserwacji.
-
Robert
Zamyślił się głęboko nad słowami Agnes,jednak nic nie powiedział a jedynie skinął jej głową że zrozumiał i akceptuje jej plan.
-
Adriano
Wybacz pani ale chyba czas na tańce się skończył. Następnym razem.
-
Bertrand
Podchodzi do Agnes i Roberta i rzecze po cichu Gaworzyłem z Montrosem, na szczęście darzy mnie on pewnym rodzajem... szacunku i wyjawił mi swe zamiary. Na hrabiego nic nie szykuje, ale za to ma zamiar, jak to sam skwitował, dorwać pana Ibelina po uczcie.
-
Robert
A to szczur - syknął - a mówił coś jeszcze?
-
Bertrand
Że zajmie się wszystkimi, którzy staną na jego drodze. Tylko tyle. Ach nie... Wspominał jeszcze, że nienawidzi Baldwina, bo poparł jakowegoś Boemunda de Moulins, kiedy ten uznał, że Gawain wykazał się tchórzostwem w bitwie... Skądś kojarzę to nazwisko...
-
Bertrand, Robert:
Nikczemny łotr... Kojarzysz to miano, Boemund mym... Mym mężem - wyjąkała ledwo Agnes, o mało nie zaczynając płakać. Przeklęty Gawain de Montrose, niech cię piekło pochłonie! Wykrzyczała zdenerwowana nie na żarty, a wówczas cała sala zwróciła swe oczy na nią, de Montrose zaś oparł dłoń na rękojeści miecza.
Adriano:
Svenja obrażona odeszła od Ciebie, chwilę potem usłyszałeś krzyk Agnes - Przeklęty Gawain de Montrose, niech cię piekło pochłonie!
-
Robert
Już miał otwierać usta by ją uspokoić......., ale czy mógł ją winić? Sam by nie zniósł szkalowania imienia Julii czy myśli że ktoś chce jej krzywdę uczynić......
-
Bertrand
Ehh, cóż Ty kobieto zrobiłaś, teraz pewno obu zamachowców spłoszyłaś. Do rzyci z taką robotą.
-
Wszyscy:
I cóż się patrzysz nikczemna łajzo, dobrze słyszałeś i zdechniesz za swoje tchórzostwo, zdrady i nikczemne plany! Kobieta wykrzyczała wyszarpując ostrze Bertranda z pochwy, nim ten zdążył zareagować. Na to de Montrose również dobył swego miecza a dłonie wszystkich rycerzy skierowały się ku rękojeściom. Agnes, uspokój się! Wykrzyczał hrabia próbując podejść do niej, ta jednak nie pozwoliła mu, kierując klingę w jego stronę i rzecząc - odsuń się Rajmundzie, pewne sprawy trzeba rozwiazać otwarcie!
-
Adriano
Pięknie. Wszystko przepadło.
-
Bertrand
Stanął jak wryty oglądając całą sytuację. Wściekłość Agnes i jej butna postawa w jakiś sposób mu się podobały... W końcu jednak otrząsając się ozwał się po francusku zachowując bezpieczną odległość od tej dziwnie podniecającej go kobiety Pani, spokojnie, nie ma co się denerwować, zaraz wszystko wytłumaczymy, proszę zachować spokój. Nie chcemy żeby stała się jaśnie pani krzywda.
-
Robert mówi szeptem tak że tylko Agnes rozumie słowa
Agnes,błagam opamiętaj się,wiem jak Ci trudno przejść koło tego bokiem,wierz mi,sam bym zapewne podobnie zareagował.......,ale proszę usłuchaj mej rady nim będzie za późno, nic nie zyskasz rzucając się na niego z orężem w tej chwili,opuść broń póki sprawy nie zaszły za daleko - mówi łagodnie a ton przejawia raczej zrozumienie niż naganę
-
Gawain de Montrose przez chwilę wyglądał na przerażonego, ale zaraz spojrzał na rany Agnes, po czym przybrał dumną postawę i rzekł - chcesz droga pani oszczerstwami w mą stronę dalej rzucać i mieczem mi grozić? Ja pierwszy na damę oręża nie uniosę, ale jeśli mnie zaatakuje bronil się będę.
Opuść miecz Agnes, nie godzi się by dama chwytała za oręż! Rozległ się okrzyk ze strony gości. Rajmund ponownie chciał podejść do niej powoli, ale gestem go powstrzymała.
Jeśli jesteście ludźmi honoru pozwólcie ten spór mi rozwiązać jak należy, niechaj Bóg osądzi! Nie jestem rycerzem, ale wielu z was mnie zna i wie, że jestem kobietą honoru i na szacunek do mego męża, nie wstrzymujcie mnie! Krzyczała dalej mając oblicze zezłoszczone, ale wciąż piękne.
De Montrose dobył broni, a reszta zebranych na sali jest w szoku i nie ma pojęcia co czynić.
-
Bertrand po francusku
Podrapał się po głowie i rzekł spokojnym tonem Gdzież z poranionymi stopami chce pani walczyć? To nie jest potrzebne, proszę opuścić miecz. Nie chcemy kolejnej tragedii.
-
Robert
Niech Ci fortuna sprzyja bo widzę że od walki nie odstąpisz - powiedział z ciężkim sercem, po czym dodał szeptem do Bertranda - A ty miej wciąż baczenie na drugiego z Gawainów - i poszedł zająć miejsce tak aby być blisko walczących.
-
Bertrand
Szeptem No gdzie mnie tu teraz się na Gawainie skupiać, jak wiotka niewiasta z silnym rycerzem chce walczyć? I na dodatek poraniona?!
-
Agnes skinęła wam głową i odrzekła tylko - niech Bóg będzie z wami i pamiętajcie, strzeżcie hrabiego. Zaraz też wszyscy się rozstąpili i zrobili miejsce, wiedząc że żadną miarą nie powstrzymają zezłoszczonej żony Boemunda. Usłyszeć można szlochy na sali, pewno kobiet, które się z nią przyjaźnią. Oczy wielu rycerzy także wyrażają smutek, Rajmund zaś jakoby całkiem odpłynął...
Pani de Montmirail chwyciła miecz oburącz i przykuśtykała bliżej swego wroga. Ten zaśmiał się i runął na nią jak szalony. Agnes w ostatniej chwili jednak uniknęła ciosu z trudem odskakując. Zacisnęła zęby z bólu, gdy stanęła na zranionej stopie. De Montrose widząc to wykonał kolejny atak, przyjęty przez kobietę na miecz Bertranda. Zaczęli się wzajemnie atakować, sparowywać uderzenia przez jakiś czas, w końcu Gawain ciął hrabinę tuż pod piersią, straszliwą ranę jej zadając. O mało nie upadła, przeciwnik przebiegł za jej plecy. Spojrzała na Bertranda i Roberta, wydaje się że mimowolnie zakręciły się w jej pięknych oczach łzy. Jednak chwilę później wyprostowała się i zasypała Gawaina gradem zabójczych cięć, przed którymi ledwo się wybraniał, udało mu się też ciąć Agnes w prawą dłoń. Zajęczała z bólu, lecz zrobiła coś, za sprawą czego cała sala okazała niemal na głos swe zdziwienie - przerzuciła brzeszczot ze zranionej ręki do lewej i uderzyła na de Montrose'a z góry, aż ten wypuścił swój miecz z trudem ratując nędzny żywot. Od razu chwycili go Oswald z Baldwinem, zabierając ze środka sali, zaś pani de Montmirail osunęła się na ziemię krwawiąc...
-
Robert
Agnes - wykrzyknął i rzucił się do niej - szybko dawajcie materiały na opatrunki i zimną wodę bo nam tu z ran zejdzie - i natychmiast zatamował obiema dłońmi krew cieknącą z najgorszej rany
-
Bertrand
Pobladł na twarzy, podbiegł do Agnes ratowanej już przez Roberta i spytał zdenerwowany wręcz nie wiedząc co się dzieje Panie, pomóc może w czym? Rany tamować, na stół ją przenieść, cokolwiek?
-
Robert
Ranę najgroźniejszą ja tamuję ale przenosić jej nie można bo tylko stan to pogorszy,sprowadź Waść jakiegoś cyrulika dobrego i dajcie no jakie bandaże na te rany i wodę co by je przemyć,ino chyżo! - ostatnie słowa niemal wykrzyczał
-
Bertrand
Tak zrobię rzekł, po czym udał się do hrabiego i spytał z troską w głosie Panie, gdzie tu medyk na zamku jakowyś? widać było jak drżą mu ręce.
-
Medyka, chyżo! Wykrzyczał hrabia, po chwili jakiś pacholik pognał niczym strzała, by znaleźć medyka. Rajmund po tym uklęknął przy was, nad Agnes i wyraźnie zasmucony zaczął wpatrywać się w jej oblicze, a Oswald zaraz przybiegł z powrotem i chwycił ją za dłoń. Robertowi ledwie udaje się powstrzymać krwawienie, z oczu pani de Montmirail płyną łzy, widać że wielce cierpi.
Ale wnet na salę wpadł Godwyn Bjornsson niosąc na rękach córkę hrabiego Aurorę, krzycząc - Boże drogi panienkę Aurorę Niemiec zhańbił!
-
Bertrand
Gunter?! Jakoś zniknął, ale że córkę hrabiego zgwałcił?! Niee, to nie może być prawda! To nie może być prawda! krzyknął już na głos.
-
Arden
Co ty pleciesz. Przysięgam na Boga że sama go gdzieś ciągnęła.!
-
Robert
Panowie tu nam działaś trzeba! Wykrwawi się zanim ten medyk tu przybiegnie! Gdzie ta woda i bandaże! - krzyknął kompletnie nie zwracając uwagi na wykrzykującego jakieś słowa Godwina które docierały do niego jak przez mgłę
-
Bertrand
Usiadł na krześle i zaczął wpatrywać się w kamienną podłogę. Stracił na chwilę kontakt z rzeczywistością, nie słyszał służby, gości, nie zwracał na nic uwagi, pogrążył się w swych myślach. Panie Boże, powiedz mi, czemu wszyscy, którzy są mi drodzy umierają na mych oczach? Czemu kobieta w której się zakochałem zdaje się mnie zwodzić i bawić się mym kosztem? To jest to, co dla mnie przygotowałeś? To kara za życie jakie wiodłem? Przybyłem tutaj, do Twego domu, do Palestyny, by walczyć w obronie Twojego imienia, oraz żeby uciec od problemów. Jednak na miejscu spotkały mnie jedynie gorycz i smutek, oraz nowe problemy. A może to wszystko na moje własne życzenie? Zbaw mnie Panie. I powiedz mym rodzicom, jeśli są tam z Tobą, żeby się nie przejmowali moim losem, bo jutro i tak dopełnię swego żywota. Nie odtrącam ich, chcę jedynie żeby nie martwili się także po śmierci. Niech zwrócą wzrok na swe pozostałe dzieci. Łza mimowolnie spłynęła mu po policzku lecz szybko ją otarł ręką, żeby nikt tego nie dojrzał.
Po chwili wyciągnął z mieszka, w którym trzyma pieniądze, zawiniątko, list napisany piękną kaligrafią, przez kobietę niż duchownego prędzej. Bertrand nie potrafił czytać ni pisać, próbował się tego nauczyć, kiedy był jeszcze dzieckiem, lecz te wszystkie, okropne znaki zlewały się w jedną całość... Treść tego pisma znał jednak na pamięć.
Drogi Bracie
Zapomnijcie o mnie. Zapomnijcie, że jestem Waszym bratem. Mówcie innym że zawsze było Was sześciu, a ten najmłodszy, Bertrand, zmarł przy porodzie. Nie jestem godzien, by tytułować się synem tych samych rodziców, którzy spłodzili Was. Nie szukajcie mnie, i nie odpisujcie na ten list. Ugośćcie jeno mego służącego, który go dostarczy, a potem wypuśćcie go w pokoju.
Bertrand
-
Co!? Ryknął rozwścieczony hrabia, pierwszy raz widzicie go tak zezłoszczonego i wyprowadzonego z równowagi. Godwyn doniósł Aurorę bliżej a ta cała zapłakana zaczęła mówić - ojcze, ten nikczemny człowiek zwiódł mnie po tańcu, prosił bym mu pokazała piękne, gwieździste niebo nad Ziemią Świętą, to go poprowadziłam na piętro do okna, a ten siłą zaciągnął mnie do komnaty a tam... Och ciężko mi o tym mówić, on był taki okrutny, na szczęście pan Godwyn usłyszawszy mój krzyk rozpaczy wbiegł z mieczem do komnaty i ubił łotra, wyrzucając go zarazem z okna. Och ojcze cóż teraz będzie, o ja biedna...
Przeklęty Niemiec! Niech się smaży w piekle! Wykrzyczał hrabia, po czym wziął Aurorę na ręce, nagle uwaga wszystkich oczu na sali skupiła się na niej, przy Agnes zostali tylko Robert, Bertrand i trzymający troskliwie jej dłoń Oswald. Kobieta
cierpi dalej, zapłakana, a medyk jeszcze nie nadchodzi.
Jak śmiecie bronić tego parszywego łotra! Znam panienkę Aurorę od dziecka i wiem, że jest cnotliwa a oszczerstwa rzucane w jej stronę srogo ukarzę! Dodał Baldwin z Ibelinu.
-
Bertrand
Obrócił głowę zwracając wzrok na Baldwina i uśmiechnął się lekko Już ja wiem jak ty ją znasz, i jaka ona cnotliwa.
-
Robert
Gdzie te bandaże i medyk - krzyknął jeszcze głośniej ale widząc że wszyscy zajęci są Godwynem i jakąś kobietą którą właśnie hrabia wziął na ręce,powiedział gniewnie - Chędożyć to! Oswaldzie bierz mój płaszcz, z niego zrobimy opatrunek,nie po to pojedynek wygrała by teraz nam się tu wykrwawić!
-
Pan de Ibelin ma rację, panienka Aurora to cne dziewczę! Rozległy się nagle okrzyki ze strony rycerzy, chyba nie tylko Baldwin ją dobrze zna... Zaś Godwyn o mało się nie zadławił, jak to usłyszał i wykrzyczał - o to dokładnie! Jak swego konia kocham!
Tymczasem przy ciężko ranne Agnes, Oswald wykonał polecenie Roberta i wziął jego płaszcz, po czym naciął suknię kobiety i przewiązał ranę owym płaszczem. Pani de Montmirail ledwo wyjąkała do was - dziękuję wam... Dziękuję. Zaraz po tych słowach straciła przytomność.
-
Robert
Wydał z siebie głośne westchnięcie ulgi i powiedział do Oswalda i Bertranda,choć bardziej do tego pierwszego - Dobrze żeście Panowie przy niej ze mną ostali, inaczej nie chcę myśleć do czego by doszło......., nie ruszajmy jej już lepiej zanim medyk nie przyjdzie
-
Bertrand
Powstał, podszedł do leżącej Agnes, i spojrzał jeszcze w jej oblicze, potem wziął swój miecz z podłogi i schował go do pochwy. Trudno uwierzyć że niewiasta tak sprawnie brzytwą umie machać.
-
Adriano
W to nie wątpiłem od chwili naszego spotkania.
-
Hrabia Rajmund zakrzyknął - koniec uczty! Wybaczcie, ale z córką być muszę! Po tych słowach wszedł przez spore, drewniane drzwi do jakiegoś korytarza, towarzyszy mu dwóch nieznanych wam z imienia rycerzy. Goście zebrani na sali nie wydają się okazywać złości, ale raczej współczucie.
Tymczasem wreszcie przybiegł medyk, uklęknął nad Agnes i zabrał się do opatrywania jej ran. Och Panie Niebieski, dobrze żeście krwawienie jej zatrzymali bo już by żywot postradała - rzekł. Oswald klepnął Roberta w ramię, również na jego obliczu widać ulgę.
-
Robert
Nie raz się na polu walki było to i zimną krew się człowiek zachowywać nauczył i rannych ratował, pomóc ją gdzieś przenieść? - zapytał ze słyszalną troską w głosie
-
Ja ją wezmę, ale chodź za mną Robercie, ty Bertrandzie też i pan de Silan jeśli chcesz z nami - rzekł Oswald, po czym wziął delikatnie swą przyjaciółkę na ręce i zaczął iść ku jej komnacie mówiąc po drodze cicho - bez względu na to, kto spiskowcem uczta się zakończyła i zapewne dziś ataku na hrabiego nie przypuści, na turnieju być może spróbuje. Bardziej się boję o Agnes, Gawain może i jest durniem ale może chcieć pomsty na niej dokonać, dlatego... Pomożecie mi dziś jej strzec?