-
Bertrand
Przed chwilą otrzymałem to od posłańca który zaraz czmyhnął jakby go co goniło. Wieści od rodziny podobno jakoweś otrzymałem, lecz niestety nie potrafię tego rozczytać, jestem niepiśmienny... ostatnie słowa rzekł jakby trochę zawstydzony, że nie posiadł tak ważnej umiejętności w swym życiu.
-
Spytko po łacinie:
Do zobaczenia niebawem. Ruszył dalej do głównej siedziby swego zakonu
-
Bertrand:
Daj, przeczytam ci - powiedziała Agnes, biorąc list. Dopiero spostrzegłeś, że pieczęć jest złamana... Kobieta zaczeła czytać:
Mój mam nadzieję przeklęty na wieki bracie
Twój wrodzony talent do pakowania się w kłopoty, a także rozpusta, zaciąganie długów, ściągnęło na nasz ród nieszczęście. Simon i Roger polegli od mieczy rycerzy de Gastonrose'a, u któregoś się zadłużył i przy okazji, któremuś córce bękarta zrobił! Jego ród dokonuje więc pomsty na nas, za twe nikczemne czyny! Wrócić masz do Tuluzy, jeśli choć trochę sumienia zostało w twym sercu, na pamięć naszej matki! Musisz odpowiedzieć za to, cos poczynił, inaczej cały nasz ród wyginie, bowiem król i hrabia Tuluzy poparli de Gastonrose'a, krew naszą przelewając!
Gwidon, baron de Chastelle, twój brat.
Boemund usłyszawszy treść listu zagwizdał, zaś Agnes oniemiała z wrażenia...
-
Charles de Tournemire
Do zobaczenia... - odparł mu, po czym swój wzrok zawiesił na grobie pańskim. Długo oczekiwał na tę chwilę, więc po kilku chwilach zsiadł ze swego konia i wolnym krokiem zaczął podążać do grobu, po czym uklęknął przed nim na kolana, głowę swą zaś pochylił a dłonie złączył i pogrążył się w modlitwie...
Panie Jezu, tyś zbawcą i odkupicielem nam, który gładzisz grzechy świata. W tej czarnej godzinie proszę Cię o wstawiennictwo wraz z Bogiem Ojcem i Duchem Świętym w nadchodzącej bitwie, która zdecyduje o dalszych losach oddanemu Twemu królestwa, o losach ludu, który Cię wyznaje... Przebacz nam za wszystkie nasze winy i grzechy, za nasze wszystkie uniesienia gniewem i nieczystość w naszych sercach, wszak żeśmy tylko marnym pyłem, a Tyś doskonały ponad wszystkie stworzenie... - po zmówieniu swej własnej modlitwy w danej intencji zaczął odmawiać w ciszy różne, inne modlitwy. Nie miał zamiaru opuścić grobu pańskiego zbyt szybko, a druga taka okazja już nigdy może mu się nie nadarzyć.
-
Bertrand
Pogładził się po brodzie wpatrując się w coś w oddali, za Boemundem i Agnes, chyba samemu nie wiedząc w co. Roger... Simon... po chwili oderwał jednak rękę od swego zarostu i jakby wyrwany z letargu rzekł, o dziwo spokojnym głosem Jakiż znowu u licha bękart? Ja żem nigdy żadnej hrabiowej córki nie zbrukał. Toż to jakieś oszczerstwa. Wybaczcie mi, muszę poskładać myśli... powiedział jeszcze w stronę pary, zabrał list i powrócił do swej komnaty. Zamknąwszy drzwi usiadł na łożu. Córka Gastonrose'a? Wa! Chyba by się musiała za kurtyzanę przebrać! Możem i od niego jakieś pieniądze brał, ale czy on w ogóle miał córkę?... I sam król go poparł? Niesłychane... Simon i Roger... Łza spłynęła mu po policzku. A zaraz potem kolejna i kolejna. Krople wielkie jak groch skapywały mu na tabard a on nawet nie próbował ich ocierać. Przeze mnie... Przynajmniej ich trud się skończył... A dla mnie wszystko stracone. Muszę wracać, honor swój ratować, i dowieść, że bękarta żem żadnego nie zrobił... Ale czy będę miał siłę?
-
Adriano
Razem z kapłanem podążył do grobu pańskiego po czym również zaczął się modlić.
Techniczny:
Uznaje że Adriano wyruszył za pozostałymi bo raczej nie został na miejscu pojedynku.
-
Robert:
Charlotte uśmiechnęła się delikatnie widząc jak się czerwienisz, zaraz też chwyciła Twoją dłoń i razem udaliście się do budynku, w którym jest Grób Pański, minąwszy uprzednio dwóch rycerzy strzegących wejścia. Znaleźliście się w niewielkiej sali, gdzie modlą się wokół grobu różni ludzie, w tym znajomy wam ksiądz Charles oraz rycerz Adriano.
Spytko:
Wjechałeś do siedziby swego zakonu, przypominającej mały, acz bardzo ładny zamek jakiegoś zamożnego pana. Po zostawieniu konia w stajni, zostaleś zaprowadzony do komnaty Wielkiego Mistrza. Gdy wszedłeś, dostrzegłeś ze ów rycerz siedzi za stołem na krześle i bacznie Ci się przygląda, nie mówiąc ani słowa.
Bertrand:
W czasie rozmyślań, rozległo się pukanie do drzwi, usłyszałeś też słodki głos Agnes, mówiący po francusku - Bertrandzie to ja, otwórz.
Techniczny
Dałem posta, ale kontynuacja jutro dopiero jak wszyscy będą. I co robi Katarina?
-
Bertrand
Wytarł naprędce ślepia, powstał i otworzył drzwi bez słowa.
-
Bertrand:
Przed Twymi oczami znalazła się Agnes wraz ze swym mężem, Boemundem. Wprosili się od razu do komnaty, kobieta usiadła na łożu. Bertrandzie, o co w tym chodzi? Nie wierzę, że byłbyś zdolny do czegoś takiego... Rzekła, konstabl zaś zagwizdał, w porę się jednak opamiętał i chrząknął, zamykając się już.
-
Bertrand po francusku
Westchnął ciężko po czym odparł zrezygnowany Czasem sam w to nie wierzę, ale niestety część tego listu to prawda...