-
Robert
Przeżegnał się jeszcze po czym powstał z klęczek,delikatnie ujął Charlotte za dłonie i wyszeptał - Moja miła ja.....,nie wiem czy jestem Ciebie godzien po tym co kiedyś w rozpaczy wielkiej czyniłem,ale wyjdźmy proszę z budynku bowiem nie przystoi świętego miejsca takimi opowieściami brukać - gdy skończył mówić udał się w stronę wyjścia,z łatwością można dostrzec wstyd oraz przybicie na jego twarzy coraz bardziej się uwidaczniające wraz z kolejnymi słowami padającymi z jego ust....
-
Surija:
A zatem? Brat sułtana zrobił dłonią gest zapraszający, wskazując Ci pewien dość bogato zdobiony namiot, niebieski ze złotymi wykończeniami.
Robert:
Charlotte zmieszana oraz nieco poddenerwowana wyszła na zewnątrz i spytała - o co chodzi? Czemu trzymasz mnie panie w niepewności i strachu?
-
Surija
A co mi tam, zdradziłam Beomunda, wydam na śmierć Lazarytów ruszyła do wskazanego namiotu
-
Robert
Odprowadził ją w ustronne miejsce po czym padł przed nią na kolana ujmując jej dłonie i bardziej wydusił z siebie niż powiedział - Po tragicznej śmierci mej żony ja....,postradałem zmysły - na wspomnienie chwili jej odejścia kilka łez pociekło mu po policzkach,zdołał przełknąć gulę podchodzącą mu do gardła i kontynuował - wiele niewinnej krwi przelałem,wiele wsi a nawet klasztorów splądrowałem jako że Boga za jej odejście winiłem...., co gorsza mam krew mego pierworodnego na rękach bowiem me czyny doprowadziły do takiej samej furii u sąsiadów,podczas ich ataku na mój zamek moi własni słudzy zaszlachtowali go jak prosię - tu kolejne łzy popłynęły po jego twarzy i potrzebował dłuższej chwili by dojść do siebie, gdy zdołał w końcu zebrać się w sobie dodał - szczęściem że w tym szaleństwie przeciw niewiastom i dzieciom gniewu nigdy nie obróciłem...., dopiero tu w ziemi świętej dotarło do mnie co uczyniłem i swe postępowanie na stałe zmieniłem...., zrozumiem jeśli nie chcesz mieć więcej nic wspólnego z kimś z taką przeszłością - gdy skończył wbił wzrok w ziemię jak gdyby oczekując na wyrok.
-
Surija:
Weszłaś do namiotu, Al-Adil zaraz za Tobą. Zasłonił wnet wejście i zostaliście sami w dosyć ciemnym miejscu. Zdjął pas ze swym długim mieczem, zaraz też zbroję oraz całe swe ubranie. Podszedł do Ciebie i począł powoli rozdziewać, od butów począwszy, pieszcząc najpierw Twe nogi i stopy. Potem zdjął Ci suknię, zajmując się zaskakująco czule jak na człowieka szukającego ladacznicy, każdą częścią Twego ciała. W końcu oboje oddaliście się wspólnemu uniesieniu, trwającemu długi, długi czas, pełen rozkoszy, radości oraz podniecenia...
Robert:
Charlotte jakby bardzo się zasmuciła, pokręciła głową a po jej policzku spłynęła łza. Dlaczego... Dlaczego wy wszyscy mężowie, jak doznajecie tragedii, to mścicie się na niewinnych, mordujecie, plądrujecie, palicie! Dlaczego! Wykrzyczała i natychmiast wskoczyła na swego konia, gnając cwałem w stronę cytadeli.
Spytko, Katarina:
Gdzie postanawiacie teraz się udać?
Charles, Adriano:
Zwiedzając Święte Miasto, napotkaliście jadącego stępa Godwyna, dzierżącego w jednej ręce butelkę z jakimś napojem. Bądź pozdrowion, ojciec! Krzyknął z uśmiechem do Charlesa.
Bertrand:
Czy będziesz miał odwagę pytasz... A może mam cię jej nauczyć? Moja żona cię darzy sympatią, nie chciałbym, żeby się okazało iż obdarzyła ją człowieka nie mającego odwagi walczyć o własny honor! Powiedział Boemund.
-
Robert
Charlotte proszę zaczekaj! - wykrzyknął natychmiast ruszając za nią
-
Surija
Po jakże radosnych chwilach No cóż pora mi udać się do swego namiotu, może nikt już nie będzie dla mnie nowych miast chciał dobywać, ale kto wie, do namiotu daleka droga
-
Charles de Tournemire
Bądź pozdrowion - odpowiedział mu normalnym tonem, jednocześnie mając gdzieś jego zaczepki. Odsunął się, by na niego nie wpadł bądź jakoś kapłana nie zaczepił - Ciekawe czy wróci pijany do cytadeli... Albo wejdzie tam, gdzie nie powinien w takim stanie.
Techniczny
Kapłan zgodził się, by włoch podążał za nim :P
-
Bertrand po francusku
Spojrzał na Boemunda, potem zwrócił wzrok ku podłodze, zamyślił się chwilę i zaraz potem rzekł, jakby olśniony Mądrość z Twych słów płynie Panie. Honor mego rodu jest teraz najważniejszy, nie mogę bać się spotkania z rodzonymi braćmi. Muszę wracać i bronić krwawicy moich przodków, bronić ich imienia!
-
Adriano
Widzę że nie próżnujesz Godwynie - heh - miłej zabawy.
Techniczny
W sumie to obok :P