-
Robert:
Powróciłeś do swego rumaka... Zamierzasz czynić coś dalej?
Bertrand:
Agnes najpierw mruknęła coś niezrozumiale, nawet nie otwierając ust, ale po chwili powiedziała niemrawo - nie mam siły Bertrandzie...
Charles, Adriano:
A bo ojciec to chce być niewinny jak dziewica w oczach innych, a to mężczyźnie nie przystoi!
-
Robert
Podjechał do strażnika i zapytał - Gdzie znajdę dobrą praczkę? I poleć no jakieś miejsce gdzie spokojnej modlitwie się będę mógł oddać,takie gdzie niewielu pielgrzymów znajdę....
-
Charles de Tournemire
Co tam moja niewinność, lepiej powiedz, czy dałeś pan na tace, jako iż niektórzy mawiają, iż jest to najważniejsza część mszy? A na msze jak wiadomo to trzeba chodzić.
-
Bertrand
Westchnął ciężko zrezygnowany, zdjął buty niewieście i położył jej nogi na łożu, po czym przykrył ją kocem. Odszedł potem do okna i oparłszy się o parapet zaczął wpatrywać się w krajobraz.
-
Adriano
Ze zdziwieniem przygląda się ciekawiej rozmowie dwóch różnych typów ludzi. - Mnie Godwynie nie poczęstujesz?
-
Robert:
O tam - strażnik wskazał Ci niewielki budynek z krzyżem na dachu, zapewne zamkowa kaplica. A co do praczki panie, to służące częstokroć chodzą po cytadeli, na pewno zgodzą się za złotą monetę wyprać ci, co tylko zechcesz.
Adriano, Charles:
A poczęstuje, chlej do dna, bo już tam wiele nie zostało - odparł, podając Adrianowi butelkę. A na tacę jeszczem nie dawał, ale chcesz ojciec, to mogę ci dać teraz i tam przeznaczysz sobie na wino mszalne eeee znaczy się na ubogich. Godwyn wyjął jakiś mieszek z sakwy i wręczył księdzu, ale dziwne, bo nie brzdęka...
Bertrand:
Pogrążyłeś się w rozmyślaniach dzieki prawie całkowitej ciszy. Jedyne co słyszysz, to przytłumione dudnienie kopyt, oraz bardzo ciche pomrukiwanie śpiącej Agnes, co jakiś czas.
-
Robert
Hmm,z tymi zamkowymi praczkami to dobry pomysł,jednakoż mówiąc o ustronnym miejscu miałem na myśli takie z dala od tego miejsca....,tym bardziej iż nocy w zamku spędzić nie zamierzam,ani tej ani być może kolejnej.....,tak więc? - odparł mu stanowczym głosem jednakowoż dość łagodnym i nie zwiastującym ukrytej groźby.....
-
Charles de Tournemire
Ojjj, coś nie brzdąka mi tam, coś malutko tych monet... Zresztą, nie ważne. Przeznacz to pan na jakiś kościół w Jerozolimie. Jedźmy do tej świątyni panie Adriano, może jeszcze jej nie zamknęli, tylko bez flachy tej. Także ten... Bywaj panie Godwyn - odparł mu chcąc skończyć tą gadaninę bez sensu i zaczął jechać dalej, nieco szybciej niż ostatnio, lecz nie galopem by nie wyrżnąć się na kogoś po drodze - Starczy mi tej paplaniny. Oby się tylko ode mnie odczepił... Jeszcze spróbuje mi tego wina nalać do ust siłą.
-
Bertrand
Podstawił sobie krzesło koło łóżka, zasiadł na nim i wpatrzył się w twarz Francuzki Piękny krajobraz tam, za oknem, ale tutaj jeszcze piękniejszy. Anioła mi Panie swego zsyłasz w tym trudnym czasie...
-
Adriano
Wypija resztki wina i jadąc z kapłanem wyrzuca butelkę w jakieś ustronne miejsce tak by nikogo nie zrazić.