Bertrand
Ależ oczywiście, możemy przy pani czuwać na zmianę przez noc. rzekł po cichu.
Wersja do druku
Bertrand
Ależ oczywiście, możemy przy pani czuwać na zmianę przez noc. rzekł po cichu.
Robert
Oczywiście,oka nie zmrużę jeśli taka będzie konieczność - powiedział z pewnością w głosie
Doszliście do komnaty Agnes, Oswald położył swa przyjaciółkę na łożu. Pomieszczenie jest spore i bogato wystrojone, są dwie szafy, stół oraz kilka mniejszych schowków. Co przykuwa waszą uwagę to miecz schowany do pochwy, oparty o ścianę i owinięty jakąś chorągwią, przedstawia ona czteropolowa szachownicę, dwa pola są białe, na nim wyszyte zielone krzyże, zaś pozostałe dwa przedstawiają złotą różę na czerwonym tle. Agnes coś zajęczała, chyba powoli zaczyna się zbudzać.
Robert
I jak się czujesz? Potrzeba Ci czegoś? - podszedł do Agnes i zapytał z sympatią w głosie nie kryjąc radości że widzi ją żywą
Bertrand
Uśmiechnął się jedynie widząc, że pani się budzi.
Tak, pałacu królewskiego, orszaku sług, kochającego męża u boku, wiernego konia i głowy de Montrose'a na palu - odparła Robertowi, uśmiechając się lekko. Co z Rajmundem? Spytała, a Oswald ucałował jej dłoń i podszedł do okna wyglądając, jakby usiłując coś dostrzec.
Robert
Podszedł do niej i powiedział szeptem tak że tylko ona go słyszy - Nasz znajomy Gunter podobno zgwałcił Aurorę,Bertrand i Adriano temu wiary nie dali na co niemal wszyscy rycerze na sali jak jeden mąż zakrzyknęli że cnotliwa a najgłośniejszy był Baldwin z Ibelinu,hrabia się nią właśnie zajmuje.
Agnes zaczęła się chichrać, jednocześnie dłoń kładąc na bolącą ranę, było to jednak silniejsze od niej i nie potrafiła powstrzymać śmiechu. Aurora... Jak ja lubię tę dziewczę, ona jest dobra tylko nieco zagubiona... I nie stroni od przyjemności w nadmiarze - znów się roześmiała.
Bertrand
Aurora? To ta, co ją Gunter ponoć zbrukał?
Robert
Tak Bertrandzie - odparł i od razu dodał - Panowie zostaniecie z nią pod moją nieobecność? Muszę jeszcze kilka słów z przyjacielem zamienić i zobaczyć co u niego.
Bertrand
Przecież po to tu jesteśmy, żeby bezpieczeństwo pani zapewnić. Nie krępuj się zatem Robercie i udaj się załatwić to co masz załatwić.
Robert
Skinął mu lekko głową z wdzięcznością po czym udał się do stajni odwiedzić swojego czworonożnego przyjaciela.
Jakie bezpieczeństwo? Ja umiem o siebie zadbać, nie potrzebuję niczyjej ochrony - rzekła Agnes z trudem siadając na łożu. Czekaj chwilę Robercie, najpierw powiedzcie mi, gdzie jest hrabia i z kim, sam z córką?
Bertrand
Z taką raną nawet mąż miałby trudności w bronieniu się jaśnie pani.
Robert
Poszedł z Aurorą na rękach jakimś korytarzem w asyście dwóch rycerzy - odparł schylając się by mogła podeprzeć się na ramieniu - A Ty Agnes winnaś odpoczywać ale siłą Cię tu trzymać nie będziem.
Dwóch rycerzy? Boże drogi, Bertrandzie idź tam natychmiast, zapewne poszli do komnaty Aurory. Jeden z nich, albo i obaj mogą dybać na żywot hrabiego, idź szybko! Rzekła wystraszona Agnes, po czym dokładnie wyjaśniła jak dojść do komnaty córki Rajmunda. Robercie, pójdę z tobą bo idziesz do stajni jak mniemam, a trzeba muszę zobaczyć, czy nie mają gotowych do jazdy koni. Jeśli mają... To znaczy że zamach na hrabiego odbędzie się jeszcze tej nocy. Pomóż mi - kobieta z trudem usiłuje się schylić po swoje jeździeckie buty, co wydaje się dziwne, czyżby zamierzała konia dosiadać?
Adriano, idź z Bertrandem, spieszajcie obaj! Zaraz dodała.
Robert
Agnes na Boga,chyba nie będziesz dosiadała konia! Twoje rany się nie zabliźniły,nie pozwolę Ci na niego wsiąść! Nie po to Cię ratowałem żebyś znów życie narażała - powiedział zdecydowanym głosem ale widać było że czyni to bardziej z troski o nią niż innych pobudek.
Adriano
Prowadź Betrandzie bo nie dosłyszałem jak dokładnie tam dojść. Biegiem.
Bertrand
Nie odzywając się kiwnął jedynie głową i zaraz wybiegł z komnaty, udając się drogą opisaną przez Agnes. Przed komnatą Aurory wyciąga miecz z pochwy.
Adriano
Biegnie za Betrandem
Adriano, Bertrand:
Wypadliście z komnaty Agnes z zamiarem ratowania hrabiego, biegniecie ile sił w nogach. W końcu gdy dotarliście, Bertrand dobył miecza i wpadł do komnaty Aurory... Niestety zbyt gwałtownie... Zastaliście tam dwóch rycerzy, którzy na widok tego jak wbiegacie szybko dobyli oręża i przygotowali się do walki. Nie widać nigdzie Rajmunda ani Aurory.
Robert:
Oswald wyszedł z komnaty, nie wiadomo gdzie ani po co. Agnes widząc, że nie zamierzasz jej pomóc sama sobie wzięła swe buty jeździeckie i zaczeła przyodziewać. Zabronisz dosiaść konia hrabinie? Spytała z lekkim uśmiechem.
Robert
Hrabia może zabronić Hrabinie - również odparł z uśmiechem i powiedział już poważniej - Agnes nie pozwolę Ci stąd wyjść, nie będę patrzył jak cierpisz a potem umierasz - rzekł wstając i biorąc klucz do komnaty, zajmuje miejsce przy drzwiach i mówi - Pokieruj mnie a dam radę, ale Tobie narażać się znów nie pozwolę
Robert:
Nie pokieruję, możesz iść za mną, ale jak mnie nie przepuscisz to jest większe prawdopodobieństwo że hrabia zginie w zamachu, a nigdy bym nie darowała i sobie i tobie, jeśli zaprzepaściłabym szansę ocalenia go przez baczenie na własny ból - rzekła podchodząc do drzwi - odsuń się Robercie.
Robert
Niech szlag trafi Twój upór - rzekł poirytowany determinacją kobiety,waląc pięścią w ścianę z bezsilności - i znowu będę musiał Cię ratować,ehh, ale widzę że nie odpuścisz,chodźmy zatem ale po drodze wezmę jakiś materiał żeby Ci rany przewiązać dodatkowo.
Robert:
Agnes zaczęła się chichrać i odparła wychodząc z komnaty- twa troska jest mi miła, ale czasem musisz we mnie uwierzyć, jakoś de Montrose'a pozbawiłam oręża. Najpierw sprawdzimy czy konie w stajni osiodłane, a potem pojedziemy do warty przy bramie, by nikogo z miasta nie wypuszczała.
Robert
Burknął coś pod nosem co brzmiało jak zgoda ale widać było że dalej jest zły na upór i lekkomyślność Agnes,po drodze do stajni na wszelki wypadek kazał pachołkom przynieść czystą tkaninę.
Robert:
Dotarliście do stajni, choć sporo wam czasu się zeszło, bo Agnes kuśtykając nie mogła zbyt szybko iść. Jest koło północy, na dziedzińcu ani w stajni nikogo nie spotkaliście. Twój rumak stoi spokojnie, od razu wyczuł Twą obecność. To on? Jak ma na imię? Spytała Agnes.
Robert
Tak to on,mój najwierniejszy przyjaciel,tyle potyczek wspólnie ze mną stoczył a przy tym jest mądry,szlachetny i nieustraszony,nigdy mnie nie zawiódł a na imię ma..... jak Twój mąż Agnes, sądząc z opowieści można powiedzieć że jest podobny do swego imiennika - rzekł patrząc na nią ze współczuciem ale nie mógł jej kłamać w żywe oczy co do imienia konia - I tak by się wydało prędzej czy później
Robert:
Piękny Percheron, konie z Francji i Fryzji są wspaniałe, takoż silne co i urodziwe - rzekła, po czym delikatnie zbliżyła dłoń do szyi konia. Parsknął wprawdzie nieco się denerwując, ale za dotknięciem jej dłoni od razu się uspokoił, zwłaszcza gdy przemówiła do niego po francusku. Obaj nie zrozumieliście... Ale dźwięczny głos wystarczył. Przypomina Ci się scena, gdy uspokajała swojego rumaka.
Robert
Ponownie wykazałaś się dużą odwagą,potrafi być bardzo agresywny,ale wyczuwa kogo darzę sympatię więc i Ciebie z miejsca polubił,powiedz mi jednak,cóż to za słowa do niego wypowiedziałaś? - po czym podszedł i sam zaczął pieścić swojego wierzchowca.
Robert:
"Widać, iż każdy Boemund to prawy mąż, bądź dumny walcząc jako wierzchowiec walecznego pana" - przetłumaczyła dokładnie swe słowa, po czym dodała - siodłaj go, zerknę na inne konie i swojego do jazdy wyprawię.
Robert
Na te słowa uśmiechnął się jedynie po czym zaczął siodłać Boemunda który posłusznie się ustawił pomagając w tej czynności swemu Panu.
Bertrand
Gdzie jest pan Rajmund? - rzekł głośno, pewnym tonem.
Adriano
Wchodzi za Betrandem i staje w pewnej odległości za Betrandem tak by mieć czas na ewentualną reakcje.
Robert:
Zdążyłeś dopiero założyć Boemundowi ogłowie, gdy dostrzegłeś jak Agnes na nieosiodłanym destrierze wypadła niczym huragan ze stajni, pędząc galopem, o mało przy okazji Cię nie potrącając. Widzisz teraz tylko jej oddalającą się sylwetkę na koniu i wyróżniającą się, białą pelerynę.
Adriano, Bertrand:
A więc to prawda, bronić hrabiego! Bronić hrabiego! Zdrada! Wykrzyczał na cały głos rycerz po czym podniósł tarczę i walnął w nią trzy razy mieczem. Drugi zaś chwycił swe ostrze oburącz, są gotowi do walki.
Bertrand
Zaraz, żadna zdrada! Jam jest Bertrand de Toulouse, a to jest mój towarzysz, Adriano de Silan, nie przyszliśmy tu dokonać zamachu, a zapobiec przed nim!
Adriano
Przysięgam na Boga że przysłała nas tu pani Agnes by ratować Rajmunda.
Bertrand
Takoż i ja podobną przysięgę złożyć mogę, gdyż waść Adriano prawdę rzecze.
Adriano, Bertrand:
Pani Agnes was przysłała!? Aaaa... Wy jesteście kompanami tego łotra, co to zhańbił panienkę Aurorę! Skąd pewność, że i hrabiego ubić nie próbujecie! Ktoś może poświadczyć!? Wydziera się wciąż rycerz.
Bertrand
Pani Agnes we własne osobie mogłaby poręczyć, lecz do stajni się udała, sprawdzić czy zamachowcy koni gotowych nie mają. Jest jeszcze ten templariusz, Oswald ma chyba na imię, ale nie wiem gdzie on się udał. Błagam panowie, jak Bóg z góry samusieńki patrzy, przyrzekam że my tu hrabiego ratować chcemy! Gdzie pan Rajmund? rzekł z determinacją w głosie, ostatnie zdania prawie wykrzykując.