-
Christophe Leroy
Zaśmiał się zaraz po Arathenie, jednak gdy zadała mu pytanie odpowiedział jej również poważnie jak i nieco onieśmielony - Cóż... Miłe to było, ale od razu po tym położyłem Cię na kocu, aby Cię zabrały do tego strumienia... I w sumie to tyle.
-
Arathena
Wiesz, mam nadzieję, że nie jestem dla Ciebie... Nie wiem jak to ująć.. Lubię Cię, tak naprawdę lubię i nie chciałabym byś się czuł nieswojo... ruszyła znowu w kierunku rzeczki... Nie zrozumiał albo udaje... A może nie dane mi nigdy miec swojego rycerza... zagłębiła się w myslach
-
Alessio
Wiem, i Ty dla mnie także...... - odparł jej dosiadając swojego wierzchowca
-
Christophe Leroy
Też Cię lubię, Aratheno... - odparł jej tylko tym, po czym ruszył dalej...
-
Techniczny
Gdy Arathena uzupełniła zapasy wody, ruszyła w kierunku obozu by rozłożyć swe mokre ubrania na siodła luzaków i ruszyć w drogę dosiadając Zorzy
-
Christophe Leroy
Podczas napełniania beczki odezwał się do elfki - Cóż... Myślałem, że ta cała misja przyprowadzenia córki mego pana będzie wyglądać nieco... Inaczej, a ona sama nie wygadywać takich rzeczy. Sprawdzanie, czy jako plebejusz mam myśli i uczucia, ehh... A i jeszcze to nie dokończone zdanie, cobym "przyniósł koc swej ukochanej" i te sugestie co miałbym zrobić jak byłaś pijana. Coś czuję, iż będzie z nią coraz ciekawiej.
-
Arathena
Ludzie urodzeni maja o sobie inne zdanie, ale nie przejmuj się ich krew jest mniej gorąca od naszej ...
odpowiedziała giermkowi zanim udalei się z powrotem do obozu
-
Gdy Arathena z Christophem wrócili z zapasami wody, ruszyliście w końcu w dalszą drogę. Arathena przed południem, blisko samej przełęczy, dostrzegła błysk przed sobą, jakby słońce odbiło się od jakiegoś metalu.
-
Arathena
Zobaczywszy coś podejrzanego zsiadła z klaczy by obserwować owe zjawisko.. Doyślała się ze promienie słońca mogą odbijać się od jakiejś zbroi.
-
Arathena dojrzała sześć humanoidów zmierzających w Jej stronę. Potężnie zbudowanych, wielkości prawie dwóch ludzi. Niosą różne dwuręczne bronie. Miecze, maczugi, młoty bojowe.
-
Arathena
Postanowiła cofnąć się do towarzyszy.... gdy do nich dotarła ... Nie jest dobrze, sześciu zbrojnych zmierza w naszą stronę. Są uzbrojeni w ciężki oręż. W zwarciu nie będziemy mięli z nimi szans...
Jeśli ubranie jest suche i jest jeszcze czas szybko się przebiera,,,,
Techniczny
Z uwagi na to że elfka jak żaden inny BG, nie przebiera/rozbiera i ubiera się, tak często jak inne Bg, mniemam że robi to błyskawicznie... Jeśli się myle to pozostaje w kiecce od Anki.
-
Z sześciu nie damy rady? Nas jest pięcioro odparła Liothannea.
-
Christophe Leroy
Co to za zbrojni?
-
Arathena
Żartowałam, pewnie że damy radę.... To tylko góra mięcha .Zachichotała.
-
No to ruszajmy naprzód. Gdy wszyscy ujrzeliście te półolbrzymy Liothannea jęknęła Ale nie mówiłaś że to ogry...
-
Anna de Loiret
To taki niewarty wspomnienia szczegół, rozmiar tych... Zbrojnych, tak? Spytała cicho, nie oczekując na odpowiedź...
-
Arathena
A co to za różnica? jeśli mamy zdążyć uratować ojca Panienki cofać się nie możemy. A te jak je nazwałaś Ogry są wielkie.. to fakt ale za to łatwiej je trafić.
-
Christophe Leroy
No na pewno sobie damy radę z tymi olbrzymami i wyjdziemy z tego bez szwanku... Coś innego trza wymyśleć póki czas, bo jak na razie nie biegną tu do nas i nie drą się...
-
Anna de Loiret
Wysunęła się na czoło, mówiąc donośnie ale przyjaznym tonem w staroświatowym - witajcie wojownicy!
-
Witajcie, jak miło, obiad przywieźliźcie odezwał się jeden z nich w staroświatowym. Możemy ruszać na szczury, zjemy za górami.
-
Anna de Loiret
Tutaj obiad? Nie! To obiad dla innych, dla was obiadek szykowaliśmy w obozowisku naszym, przy strumyku, zostało tam kilku naszych, w tym jeden wspaniały kucharz! Wiesz, jak cudownie on przyrządza jedzonko? Odparła w staroświatowym. Idźcie wzdłuż strumyka a znajdziecie obóz, mówię wam, przepyszne, te tutaj mięska to nic przy tym, co dla was szykuje ów kucharz!
-
A to jedno mięso oddajcie, na którym nie trzymacie swych chudych szynek. Dobrze mieć zapas jedzenia. odparł w staroświatowym.
-
Anna de Loiret
Podjechała do Motyla i szepnęła mu coś do ucha, po czym zdjęła ogłowie. Jest wasz, kazałam mu iść za wami, gdy tylko ruszycie - rzekła w staroświatowym, oddalając się stępa od ogrów w stronę przełęczy, jeśli jej nie blokują drogi.
Od MG
+5 PD
-
Ogry przepuściły Annę, za nią ruszyła Liothannea To nie idziecie z nami do swego obozowiska? spytał się ogr w stroświatowym. Nie, musimy jechać uzyskać pomoc od króla Bretonni skłamała gładko elfka w tym samym języku. A to szerokiej drogi, tylko uważajcie na jezioro za górami, strasznie żarłoczne tam ryby bytują. Grog sporo złowił zanim mu drugi palec odgryzły, hehe odparł ogr. Faktycznie jeden z wielkoludów ma obandażowaną dłoń. Długa kampania się szykuje, oby Bordzia miał duże zapasy jedzenia dorzucił i znów zarechotał. Przejechała Liothannea i zaraz za nią Arathena, następnie Alessio i Christophe. Gdy ruszył Trzmiel, a za nim Motyl przywódca najemników dorzucił Oj, coś nieposłuszne to mięso po czym szybko wywarczał coś w dziwnym obcym języku. Rozległo się pełne przerażanie rżenie ostatniego z koni.
-
Anna de Loiret
Pognała wierzchowca do kłusa krzycząc w staroświatowym - spójrzcie tam wojownicy, jaki piękny! Wskazała jednocześnie palcem w niebo, oraz krzyknęła imię Motyl, tym razem po bretonńsku, nie zwalniając jazdy i oglądając się za siebie.
-
Rżenie rozległo się jeszcze głośniej. Anna ujrzała że Motyl przerzucony jest przez barki jednego z ogrów, tak jak czasem upolowana sarna przez barki Rolanda. Na dźwięk swego imienia szarpnął się, ale nie udało się mu wyswobodzić z mocarnego chwytu półolbrzyma.
-
Anna de Loiret
To jest więc kara dla mnie? Niechaj tak będzie, całe życie będzie mnie gryźć sumienie... Poświęciłabym teraz dla niego żywot, gdyby ojca nie trzeba było ratować. Rzekła do siebie w bretonńskim i z okrzykiem pognała wierzchowca do galopu.
-
Liothannea przyśpieszyła zrównując się z Anną i rzuciła w bretońnskim Nie miej sobie za złe, świetnie się spisałaś. Czasami trzeba coś poświęcić dla osiągnięcia celu. Zrozumiesz to w Ulthuanie.
-
Arathena
Panienko, chyba nie da się uratować tego konia już... jedyna dobra to widać że te upośledzone mięśniaki nie będą go męczyć.... Jeśli chcecie to mogę strzelic do tego co trzyma konia na barku, ale to oddalić się byśmy musieli kawałek coby nas nie dopadły te bezmózgie wielkoludy...
-
Alessio
Pognał za nią konia do galopu myśląc - Jak że bym ją chciał teraz przytulić......, nawet pomimo tego kaftana hehe, i dobrze się stało, lepiej jednego konia oddać niźli z nimi w zwadę wejść, wielcy wojownicy choć takie same żarłoki.... - zaś słysząc słowa elfki dodał - Pani Liothannea ma rację,ja.... jestem z Ciebie dumny
-
Ogry ruszyły szybkim marszem w stronę Miragliano. Arathena zobaczyła że Motyl niesiony jest cały czas przez jednego z nich.
-
Christophe Leroy
Ruszył galopem za resztą coby nie zostać w tyle - Ehhh... Szkoda konia, ale skoro trzeba go zostawić.. Chyba najwyraźniej byli nad tym jeziorem co ja z Aratheną, skoro coś tak jednemu użarło palec.
-
Techniczny..
Gdy jest już dość daleko by miała czas rozpędzić konia, strzela w ramię tego co trzyma konia.. Jeśli Motyl upadnie szczęśliwie to go woła a sama ucieka w galopie za grupą
-
Strzała wypuszczona przez Arathenę drasnęła niosącego konia ogra. Wypuścił Motyla, który zsunął się po jego plecach wierzgając kopytami i trafiając wielkoluda w głowę. Ten zatoczył się do przodu, warknął coś głośno, reszta stanęła i się obróciła. Wierzchowiec poderwał się po upadku na równe kopyta i pognał na dźwięk swego imienia. Nagły ból w plecach mało nie zrzucił Aratheny z siodła. Padła na grzywę swej klaczy i trzymając się zdążyła uciec.
OD MG:
Arathena - 1 PS
11 ran (0 Żywotności)
-
Alessio
Obrócił głowę i widząc ranną Arathenę wstrzymał konia mówiąc - Przeklęta idiotka! Christophe weź ją na swojego konia bo inaczej zaraz ze swojego zleci a my się będziemy musieli szybko na postój zatrzymać żebym ją obejrzał bo nam z ran zejdzie......., no i musimy zgubić naszych wkurzonych wojaków......
-
Wrzask od strony biegnących ku Wam ogrów potwierdził słowa Alessia. Jeden z nich się zatrzymał i zamachał nad swa głową jakimś skórzanym pasem, który wcześniej służył mu za opaskę na głowie. Kamień wielkości pięści minął o włos twarz Alessio.
-
Anna de Loiret
Założyła czepiec na głowę i krzyknęła po bretonńsku - nie ma czasu! Jedziemy dalej, w galop! Christophe, trzymaj ją z drugiej strony, kolano w kolano i naprzód! Alessio, ty jedź z jej tyłu! Zrównała się z Aratheną i jedną ręką zaczęła ją asekurować by nie zleciała, drugą zaś owiązała sobie wodzami.
-
Christophe Leroy
Zgodnie z poleceniem Anny wykonał jej rozkaz - Cholera. Co ci przyszło do głowy, żeby strzelać w tych gigantów? Koń nie był aż tak warty poświęcenia... Jak nas dorwą to nas rozedrą na strzępy.
-
Alessio
Nie będę ryzykował życiem dla tej wariatki,dziwię się że Ty jesteś gotowa moje życie na szali za nią położyć - odparł jej wściekły poganiając konia do galopu i ignorując to absurdalne polecenie - Chyba słońce za mocno przygrzało skoro myśli że za żywą tarczę dla tej elfki robił
-
Znów usłyszeliście tylko świst i ryk bólu. Strzelający z procy tym razem haniebnie zezował trafiając jednego ze swych kamratów. Ostatni z ogrów walnął go na odlew piąchą przebiegając obok, by go ukarać za miotanie pocisków do swoich. Procarz padł jak długi.