-
Nad Outremer wstał nowy dzień, promienie słońca przebiły się przez poranną mgłę i chmury, oświetlając trawiaste równiny, wzgórza, oraz pustynie. Jest to ostatni czas na załatwienie wszelakich spraw, jeśli ktoś takowe ma, bowiem wymarsz obydwu armii wprost na siebie zbliża się coraz bardziej i bardziej...
-
Bertrand
Przebudziwszy się ziewnął. Przywdział zaraz zbroję i wyszedł z karczmy. Udał się do cytadeli, gdzie przyszedł pod komnatę księdza i zapukał w jego drzwi.
-
Charles de Tournemire
Kapłan stał akurat przy okiennicy, wpatrując się na panoramę miasta, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Odwrócił się i głośno zapytał - Kto tam?
-
Bertrand
To ja ojcze, Bertrand de Toulouse. odpowiedział głosowi zza drzwi.
-
Charles de Tournemire
Podszedł do drzwi i otworzył mu je - Ah, to ty, panie. Wejdziesz?
-
Bertrand po francusku
Tak, dziękuję. Wszedł do komnaty. Wybacz, że tak wczesno Cię niepokoję ojcze, pewnoś dopiero się zbudził, lecz obawiałem się, że później Cię już nie najdę... Chciałbym porozmawiać.
-
Charles de Tournemire
Zamknął od razu za nimi drzwi, po czym usiadł na krześle i odpowiedział mu - Nie, już dawno nie śpię. O czym chcesz porozmawiać? I usiądź proszę - odparł mu i wskazał na drugie krzesło, stojące w drugim końcu komnaty - Czyżby chciał porozmawiać o tym, co Godwyn wygadywał? Czy może o coś innego chodzi?
-
Bertrand
Usiadł na wskazanym krześle. Westchnął ciężko Od czego by zacząć... Byłeś wczoraj w mojej komnacie razem z konstablem, widziałeś wszystko i wysłuchałeś tłumaczenia pani Agnes, lecz zauważyłem zwątpienie w jej słowa w Twym obliczu...
-
Charles de Tournemire
Tak... Tematu nie miałem co ciągnąć przy konstablu, bo jeżeliby mnie wysłuchał to albo i by mnie rozniósł za me słowa, albo i on by zwątpił. Choć zapewne to pierwsze widząc jak bardzo jest oddany swej lubej. A zwątpiłem bo nie zareagowaliście po kichnięciu pani Agnes tylko siedzieliście cicho, a skoro miała mieć zmieniane bandaże to i do tego nie potrzeba było być cicho - odparł mu wpatrując się w niego.
-
Bertrand
Proszę Cię ojcze, byś me słowa uznał za spowiedź świętą i objął je jej tajemnicą, a szczególnie przed konstablem... Niestety, Twoje podejrzenia są słuszne. Nie było żadnego zmieniania bandaży. Agnes zasnęła na mym łożu. Czuwałem nad nią jakiś czas, lecz w końcu i mnie zmęczenie wzięło, więc położyłem się na podłodze. Wtem ona przebudziła się i powiedziała że to w końcu moja komnata i żebym nie bał się spać w swoim łóżku... Położyłem się zatem obok niej, porozmawialiśmy chwilę i rzekłem, że muszę wypocząć przed bitwą. A ona... Położyła mi głowę na ramieniu i zaczęła mówić jak to jej okropnie nie móc przytulić ukochanej osoby, gdyż jest chora na trąd i że brakuje jej czułości... Objęła mnie potem mocno... Przytuliłem ją... I wtedy zapukałeś po raz pierwszy... Byliśmy cicho bo uznaliśmy, że w końcu pójdziesz, gdyż pomyślisz że już śpię... No a za chwilę kichnęła... rzekł wszystko nie mogąc spojrzeć duchownemu w oczy i wpatrując się w podłogę.