-
Arathena
Zwróciła się do Liothannei.
Zielony płaszcz chroniący przed strzałami. Nie przypomina Ci on pani czegoś? Kto z Zielonego Lasu na jednorożcu mógł wyjechać? Elfia magia działa tez poza lasem.
Ten tu twierdził, że rozpoznał elfią linę bo długo z elfami przebywał. A nie wie nic jak płaszcz chroniący przebić? I dlaczego nie zna języka elfów w takim razie.... Instynkt mój może zawodzić, ale ostrożna jestem w rzucaniu zaufania każdemu nieznajomemu na drodze.... Dziwne jest tez to że do tej pory nie spostrzegł, że pierścień Anny rodowy jest i po jednej stronie stoimy.... A musiał go widzieć skoro powiedział że klejnoty i kosztowności możemy zatrzymać ino złoto go interesuje... Strzela precyzyjnie z łuku i magiczne strzały z niego wypuszcza bo by liny nie mógł inaczej przybić.
-
Przywódca banitów po słowach Anny postąpił kilka kroków i stanął jak wryty opierając dłoń na rękojeści miecza. Skąd wiesz o tym gdzie Czarna Arka się znajduje?
Liothannea także przystanęła i rzuciła w staroświatowym. Blefujesz, czy o czymś mi nie powiedziałaś?
-
Arathena
Liothaneo oni mi prawdy nie powiedzą bo zadarłam z nimi zbyt mocno, ale aż dziwne, że nikt z was do tej pory nie zapytał o pobojowisko... Przecie dlatego przesieką szliśmy bo za śladami... Może to oni są sprawcami albo przynajmniej wiedzą kto był... Nie wyglądaja mi na wojowników co w zwarciu walczą.. Więc wydaje mnie się, że nie oni zaatakowali ludzi ojca Anny... Ale skoro drogi pilnują za łupem i haraczem to powinni przynajmniej widzieć kto tą drogą szedł... Ten ich przywódca jakoś normalnie z tobą rozmawiał więc ja na Twoim miejscu starała bym się wyciągnąć jak najwięcej z niego informacji
-
Anna de Loiret
Pani Jeziora do mnie przemówiła, kazała mi wracać do Bretonni gdy byłam w Miragliano, powiedziała mi wtedy o Czarnej Arce. Me słowa prawdziwe, me miano to Anna de Loiret, córka Tankreda - odparła przywódcy. Opuść dłoń z rękojeści miecza panie, jestem twoją krajanką która tak jak ty pragnie dobra Bretonni, a tych nasza Pani wspiera wciąż, nieliczni bowiem pozostali wierni naszym dawnym tradycjom - dodała, po tym zaś odrzekła Liothannei też po bretonńsku - to szczera prawda, przysięgam na mego brata.
-
Nie mogłaś mi o tym wcześniej powiedzieć? spytała Liothannea w bretońnskim.
Możesz udowodnić iże prawda to, za kogo się podajesz? rzucił Bertrand zdejmując dłoń z rękojeści miecza.
-
Christophe Leroy
O Pani... Nasz król na jakiejś czarnej arce się znajduje? Przecież zaginął on podczas bitwy o Mousillion... A cóż to za cholerstwo jest ta cała arka? Bo brzmieć nie brzmi zbyt miło... - rozmowa go całkiem zaciekawiła...
-
Anna de Loiret
Wybacz Liothanneo... Pokazała Bertrandowi swą dłoń, na której jest rodowy sygnet. To sygnet rodu Loiret, nasze włości zostały spalone, straciłam najukochańszego brata, przyjaciół... Skaveni... Już mi wierzysz, panie? Mogę zatem poznać twe prawdziwe miano, pełne?
-
Me pełne miano to Bertrand Banita. Skoro tak sprawy stoją to oddam Wam połowę złota, choć i bez niego byście próbowali przegonić Zielonego Rycerza. Strzeże on bowiem dostępu do Twego ojca, jakiegoś rycerza Graala oraz Morgiany le Fay. Ranni są wszyscy, a nie mam jak im pomóc.
A wcześniej jak Cię zwali, przed niewolą? spytała się Liothannea.
Wcześniej zwałem się Bertrand de Bergerac. - odparł herszt banitów.
-
Anna de Loiret
Nie żaden banita! Nie używaj tego miana panie, tylko walcz, walczmy razem by przywrócić dawną Bretonnię, tę która nas wydała na świat, którą kochamy. Niech dumni rycerze w lśniących zbrojach, na swych potężnych rumakach, znów galopują po naszych łąkach! Niech król znowu wiedzie nasze armie do chwały, prawowity król! Czemu panie, czemu już nie używasz swego prawdziwego miana... Jesteś panie rycerzem, nie banitą! Mówiła poruszona do Bertranda, w trakcie kilka łez spłynęło jej po policzkach, w głębi duszy czuła że rozmawia z prawdziwym rycerzem...
-
Alessio
Ech,moja nieszczęsna Ania,w bajce nadal żyje....,ale może to i dobrze że zła tego świata w pełni jej poznać jeszcze nie przyszło....