-
Spytko po łacinie:
Stary nawyk Wasza Ekscelencjo, jeszcze z zakonu Bożogrobców. Me Miano Spytko z Mstyczowa herbu Lis, pewno już o mnie słyszałeś. O wybaczenie proszę, sprawę mam do Waszej Wielebności, a inaczej bym się tu nie dostał po wydanym rozkazie strażom. Jak już wspomniałem byłem w zakonie rycerskim. Wstępując do niego ślub celibatu złożyłem. Już w nim jednak nie jestem, a ślub uczyniony ciąży przed nadchodząca bitwą z Saracenami i myśli ku damie mego serca kieruje, nie pozwalając na nadchodzącej walce się należycie skupić. Uniżenie proszę więc o uchylenie ze mnie tegoż ślubu by łatwiej mi było gromić niewiernych.
-
Robert:
Wody - wyjęczała cicho panienka, zaciskając mocno Twoją dłoń.
Spytko:
Patriarcha z uwagą, ale wciąż widoczną złością na swym obliczu wysłuchał Twych słów. Wówczas Boemund podjechał na swym fryzyjskim rumaku do niego, tak iż koń przystawił swą głowę do niego i parsknął potężnie, aż duchowny o mało nie zleciał z krzesła. Konstabl znów się zaśmiał rzecząc - pewno, jak to kolejny klecha w habicie, tyle iż wyższej rangi, nie zezwolisz na miłość, co?
Na to patriarcha wykrzyknął - zabierz ode mnie tego człowieka i jego konia, zabierz!!!
-
Spytko po łacinie.
Czy zatem mam rozumieć, że ślub ze mnie uchylasz Wasza Ekscelencjo?
-
Katarina
Taki mój obowiązek. Wiem, że kobiety nie powinny w wojnie uczestniczyć, takie przynajmniej przekonanie jest. Jeśli jednak nie stanę w szeregach naszego wojska, kim bym była w oczach Boga? Jego wolą było, bym w tym czasie tu się zjawiła, więc zapewne w swej mądrości ma jakiś plan dla nas... Tak Panie, mam zamiar wraz z rycerstwem naszym, ku chwale czy to żyjąc czy padając ruszyć na niewiernych...
-
Spytko:
Boże drogi!!! Wykrzyczał duchowny nie bacząc na słowa Spytka, gdy koń konstabla zaczął posuwać powoli jego krzesło. Po bardzo krótkiej chwili, owe krzesło przewróciło się z patriarchą, aż mocno grzmotnęło. Oj, Amalryk chyba zna się na ludziach - skwitował Boemund.
-
Robert
Nabrał wody w obie ręce i bardzo starannie przelewa ją do ust Charlotte, powtarza manewr dopóki ta nie da mu sygnału że zaspokoiła swe pragnienie, po tym znów ujął ją za dłoń czule ją całując i mówiąc - Najdroższa moja, powiedz proszę cóż mogę dla Ciebie uczynić? Sprowadzić medyka czy był już u Ciebie?
-
Charles de Tournemire
W takim razie ja was zostawiam tu samych - odparł Katarzynie i templariuszowi, po czym udał się do kaplicy zamkowej. W międzyczasie uświadomił sobie w końcu, że KONSTABL idzie z panem Spytkiem do patriarchy Jerozolimy o unieważnienie ślubów... - No to ładnie. Albo tragedia i cyrk się zacznie, albo może jakoś w miarę spokojnie im to wyjdzie... Ale cóż to za poświęcenie - kobieta poznana niecałe trzy dni temu, a ten już chce dla niej unieważnienia ślubów, a do tego wystąpienia z zakonu... Miłość, miłość. Jak to ona potrafi namieszać ludziom w głowie...
-
Spytko po łacinie:
Czy ślub celibatu uchylasz?! Jeśli nie, to niech się dziej wola Boża! huknął potężnie.
-
Robert:
Nie chcę medyka, chyba i tak już mi nie pomoże... Czuje się... Czuje się jakbym zaraz miała odejść z tego świata... Wyjąkała cicho panienka.
Bertrand:
Udało Ci się doprowadzić Agnes do podniecenia, zaczęła jęczeć wyginając pod wpływem pieszczot swe ciało. W końcu spoczęła na łożu oddychając głęboko, zadowolona.
Spytko:
Saaaalveeeee Reeeeegiiinaaaaaa - zaczął dźwięcznie, acz ponurym głosem śpiewać konstabl wyraźnie rozbawiony sytuacją patriarchy. Nieee, zabierz go, a uchylam ci te swoje śluby zbirze jeden! Tylko zabierz tego łotra stąd! Wykrzyczał duchowny, odsuwając się przed zmierzającym na niego rumakiem Boemunda.
Adriano, Katarina:
Templariusz uśmiechnął się lekko na słowa szlachcianki. Odwagę widzę w twych oczach, ale czy król zezwoli ci walczyć u boku mężów?
W międzyczasie, dostrzegliście jak zalany w trupa Godwyn zygzakiem idąc, zmierza w stronę kaplicy...
-
Spytko po łacinie:
Dziękuję Panie. Ruszył szybko do wierzchowca konstabla i złapał go za pas nachrapnikowy biegnący pod szczęką po czym próbując odciągnąć go od Patriarchy rzucił - Chodźmy Dobrodzieju, zachowajmy nasze siły na niewiernych.