-
Robert
Może masz rację - odparł również ocierając jej łzy a słaby uśmiech pojawił się na jego twarzy po chwili jeszcze raz ją przytulił mówiąc - Cieszę się że Was spotkałem, wiedz że kocham Was obie,każdą na swój sposób i już na zawsze masz we mnie przyjaciela...... - pocałował ją jeszcze w czoło i dodał - Idź się odziej,ja z nią posiedzę
-
Robert:
Dobrze, dziękuję - odparła Agnes i udała się do swej komnaty. Ty zaś wróciłeś do Charlotte, widok jest taki jak poprzednio... Z tą różnicą że panienka leży na boku i dłonią delikatnie gładzi wianek leżący obok niej.
Charles:
Na zewnątrz przez otwarte drzwi widzisz Oswalda, mówiącego coś do swego rumaka. Godwyn zaś ani drgnie, jest tak zachlany że kompletnie stracił przytomność.
Bertrand:
Do komnaty wpadła nerwowo Agnes i zaczęła się ubierać. Po jej twarzy widzisz, że jest bardzo smutna i przed chwilą płakała.
-
Robert
Charlotte....,widzę że już lepiej się czujesz - zaczął siląc się na spokój,podszedł do niej i głaskał tak przez chwilę jej ramię po czym powiedział uśmiechając się do niej słabo lecz szczerze- czy mógłbym rozczesać Twe piękne włosy a potem umieścić na nich wianek? Są bardzo potargane..... - gdy skończył pogłaskał ją jeszcze bardzo czule i delikatnie po policzku
-
Bertrand
Co się stało Agnes? Czemu płakałaś? spytał z troską w głosie, widząc ją wchodzącą do komnaty.
-
Charles de Tournemire
Pięknie... - powiedział marudnie pod nosem, po czym udał się od razu do templariusza. Gdy do niego podszedł i zapytał - Mam do Ciebie prośbę, panie... Mógłbyś mi pomóc wywlec tego upitego rycerza z kaplicy? Wszak wszystko było dobrze i na me krzyczenie i obelgi zareagował, dopóty nie zniosło go na bok i nie wywrócił się na jedną z ław... A teraz tam leży zapity z flachą w ręku i nawet nie reaguje.
-
Robert:
Charlotte uśmiechnęła się nieco, co jest pokrzepiającym widokiem. Za łożem jest skrzynia, w niej znajdziesz szczotkę do włosów - odparła cicho.
Bertrand:
Charlotte zachorowała na grypę, biedna bała się że umiera, ja też się wystraszyłam... Ale medyk rzekł, że może ozdrowieć, idę jej potowarzyszyć - odpowiedziała Agnes.
Charles:
Oswald wybuchnął śmiechem i odrzekł - Godwyn widzę w formie, jak zwykle. Serwienci! Zabrać stamtąd pana Bjornssona i zanieść go do jego komnaty! Co ojcze, ciężko z nim wytrzymać? Hehe.
-
Bertrand
Idź zatem, ja rozejrzę się po mieście. Chyba że chcesz, bym Ci towarzyszył?
-
Robert
Widząc uśmiech na jej twarzy również się uśmiechnął już szerzej po czym wyjął grzebień ze skrzyni siadając za nią na łożu i bardzo delikatnie ustawiając do pionu, jedną ręką ją podtrzymując a drugą starannie i powoli rozczesując jej włosy, gdy skończył ułożył ją na łożu całując w czoło i nakładając wianek zmierzył ją wzrokiem i powiedział - Mój Ty aniele......, chcesz żebym Cię przykrył?
-
Robert:
Sama nie wiem, czy jest mi zimno, czy ciepło... A tak mi wygodnie na tej kołderce... Mruknęła cicho i się wtuliła w poduszkę, przy okazji kuląc się i dłonią delikatnie gładząc sobie jedną nogę, od łydki do kostki.
Bertrand:
Nie, nie ma potrzeby... Idź więc na miasto, miłego dnia Bertrandzie - odparła Agnes wychodząc z komnaty.
-
Charles de Tournemire
A daj panie spokój... - skomentował z akcentem, który miał wskazywać na to, iż zgadza się z nim - Cóż, w każdym razie dziękuję za pomoc. Gdyby nie stracił przytomności to znając życie i o ironio losu doznałby oświecenia i rozpoczął poszukiwania wina mszalnego.