Adriano
- Moja głowa... - same problemy z tymi babami - Wstaje i wychodzi na ulicę by rozejrzeć się.
Wersja do druku
Adriano
- Moja głowa... - same problemy z tymi babami - Wstaje i wychodzi na ulicę by rozejrzeć się.
Bertrand
Tak, wypadałoby rzucić na tacę i pomodlić się w intencji panienki. Ale trzeba także Robertowi otuchy dodać, bo chyba mają się ku sobie i pewno jego najbardziej boli jej choroba...
Charles:
Masz prawo do udzielania sakramentów? Ależ ja wiem... Ale czy masz prawo do udzielenia sakramentu małżeństwa trędowatemu rycerzowi? Nie masz, jako żaden klecha. I zapewne nie zamierzasz złamać reguł, ustanowionych przez bandę łachmytów z Rzymu, co Boga i ludzi mają w poważaniu? Spytał mówiąc powoli, ale stanowczo, klingę swego miecza przykładając do swej rany...
Bertrand, Katarina, Spytko:
Gdy tak rozmawiacie, nadeszło trzech pacholików kucharza, niosących dla Was apetyczne posiłki. Postawili je na stole, po czym ukłoniwszy się, powrócili do kuchni.
Robert:
Jak Charlotte zasnęła przed chwilą, tak teraz sen zmorzył również jej szwagierkę...
Adriano:
Kiedy wyszedłeś ze stajni, ujrzałeś iż nic się praktycznie nie zmieniło... Po dziedzińcu dalej chodzą rycerze oraz serwienci, dość niespokojni.
Robert
Och Ty moja nieszczęsna przyjaciółko.... - pomyślał głaszcząc ją jeszcze po włosach po czym ułożył ją koło Charlotte w ten sam równie czuły i troskliwy sposób
Charles de Tournemire
A dlaczego miałbym nie mieć prawa? Czego oczy nie widzą temu sercu nie żal, więc i żaden biskup, ani kardynał, ani sam ojciec święty z Rzymu nie musi się o tym dowiedzieć. Poza tym... Pan Jezus powiedział "Co więc Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela.", więc... Mógłbym to uczynić, ale tylko jeśli nikt niepowołany o tym by się nie dowiedział - odparł mu wpatrując się w klingę miecza, którą sobie przykłada do rany... Czyżby Boemund coś mu sugerował? Najwyraźniej tak...
Charles:
Boemund zamyślił się przez chwilę. Biegnij zatem po Agnes i Charlotte, chcę by i ona była przy tym, będę na was czekał w tej kaplicy, do której od teraz nikt inny wstępu nie ma... Odparł klingę swego miecza oddalając od rany, oraz zastygłszy na niej wzrokiem.
Robert:
Obie bliskie Twemu sercu kobiety śpią obok siebie, przyznać musisz, iż słodko one wyglądają każda z osobno, a co dopiero obie... Charlotte coś mruczy pod nosem, zapewne przez gorączkę, znów bowiem pot cieknie po jej czole.
Robert
Cśśś,śpij spokojnie - wyszeptał uspokajająco,nachylając się nad nią i bardzo delikatnie ocierając jej czoło mokrą szmatką następnie ujmując ją za dłoń
Bertrand
Kiwnął głową pacholikom w geście podziękowania, po czym przysunął sobie swój posiłek, położył łokcie na blacie, złożył ręcę i powiedział Dziękujemy Ci Panie za ten posiłek. Amen. Smacznego zatem. Po czym zabrał się za spożywanie swojego dania.
Charles de Tournemire
Spojrzał na niego po jego słowach w jego twarz, choć już czuł się wyraźnie lepiej, jako iż już nie musi się martwić o swe życie - Najwyraźniej złamię teraz polecenia nakazane mi od wysoko postawionych dostojników kościelnych... Ale czego się nie robi na chwałę Boga? - po paru krótkich chwilach odszedł z kaplicy, a gdy z niej wyszedł szybkimi krokami zaczął podążać do komnaty panny Charlotte, coby jej przekazać nowinę... I zyskać pomoc w przyprowadzeniu Agnes do kaplicy - Może mi ta panienka pomoże w tym? Wszak ona chyba nadal na mnie pogniewana... A i ma zapewne duży wpływ na lubę konstabla.
Robert:
Nagle rozległo się pukanie do drzwi, które zbudziło też Agnes. Ta wykrzyczała coś spanikowana po francusku, zrywając się z łoża.
Charles:
Dotarłeś pod komnatę panienki Charlotte i zapukałeś do drzwi. Zaraz też usłyszałeś kobiecy wrzask po francusku, udało Ci się wyłapać kilka słów... Na Boga... Wsze... Wszechmogącego (zapewne), pościel!