-
Catherine:
Czy uważasz mnie za tak zepsutego człowieka, że po tym co doznałem ze strony jednej, szlachetnie urodzonej, potrafiłbym skazywać na takie same cierpienie jakich sam zaznałem, inne kobiety? Odpowiedział Tristan, a na jego twarzy zagościł nagle gniew wywołany jakimś złym wspomnieniem.
-
Catherine
Och....,wybacz....,źle Cię oceniłam....,zbyt wiele widziałam,zbyt wielu takich jak Arstan spotkałam....Wiem też jak większość ludzi z Twojego stanu podchodzi do kobiet....Te niższego stanu są tylko po to by poprawili swoje samopoczucie i sobie ulżyli,miłość zachowując dla dam.... - powiedziała już znacznie łagodniejszym i bardziej przyjaznym głosem
-
Catherine:
Nie wszyscy tacy są, ja ciebie szanuję pani, pierwsze me wejrzenie na twe piękne oblicze obudziło w mym sercu uczucie, jakiego już od dawna nie zaznałem. Mówię ci to szczerze, otwarcie, z podniesioną przyłbicą jak zwykłem czynić - rzekł Tristan wysuwając delikatnie rękę z kwiatami w Twą stronę.
-
Catherine
Spojrzała na niego przenikliwie,starając się rozgryźć jego intencję - Hmm,jeśli mówi prawdę to może w istocie coś do mnie czuje a nie chce tylko....No i ten bukiet jest naprawdę piękny,trochę się pomęczył by taki ładny mi wręczyć.... - westchnęła jeszcze ciężko - Dziękuję,jest śliczny.... - i odparła odbierając od niego bukiet,od razu też powąchała kwiaty....
-
Catherine:
Spojrzenie Tristana jest szczere, widać to po jego oczach. Zapach kwiatów jest równie przepiękny, co ich wygląd. Piękno tych kwiatów nie dorównuje jednak wspaniałości twej urody, pani, od której oczy ciężko oderwać - stwierdził, wpatrując się jak w obrazek.
-
Catherine
Uśmiechnęła się do niego gdy usłyszała szczery komplement płynący z jego ust,wybrała najpiękniejszy kwiat jaki znalazła w bukiecie i włożyła sobie we włosy,zaraz też mówiąc - To bardzo miłe....,a teraz wybacz,chciała bym się przebrać....
-
Kersijana
Spojrzał na dziewczynkę. Pierwszy raz w życiu nie wiedziała co ma powiedzieć. Nie chciała jej kłamać ale też nie mogła powiedzieć dziecku kim naprawdę okazał się Rycerz Anakondy...
On jest złym rycerzem... Bardzo złym.... Jeśli kiedykolwiek zobaczysz takiego to ukryj się i bądź cichutko jak myszka pod miotłą... Kersijana powiedziała dziewczynce szepcąc na ucho gdy zeskoczyła z konia i do niej szybko podbiegła. Położyła jej ręce na ramiona kucając za nią... Patrzyła na rozwój wydarzeń... Widzę, że masz dar taki jak i ja mam... Powiedziała cichutko gdy zobaczyła opatrunek na głowie Margaret... Jestem z Ciebie dumna, moja Mała Księżniczko.
-
Kersijana:
Naprawdę ciociu? Zapytała Adela, wtulając się w Ciebie. Elrohir rzekł po noldorsku - a więc decydujcie, moje panie, co teraz. Nie chcecie zapewne by Adela dowiedziała się, że pragnął zgwałcić człeczynę i mą ukochaną.
Lothiriel spojrzała pytająco na Ciebie...
-
Kersijana.
Tak mój skarbie,,, naprawdę,,, Sama bym tego lepiej nie zrobiła. Pogłaskała ja po policzku
(Nordolski)
Ta dziewczynka widziała w swoim króciutkim życiu już tyle zła, że niejeden dorosły tego nie przeżył.
(wspólny)
Wiesz Pani, że mimo iż Beattrice ma prawo do tronu to ja nadal uważam Cię za Królową...
Rycerz Anakondy mimo iż niecne miał zamiary nie ujął nam jednak czci...chwilę patrzyła mu w oczy. Nie mnie osąd dać... a i nie tylko mnie chciał gwałtem wziąć...Popatrzyła na Margaret. Kara powinna być adekwatna do czynu. Rzuciła na ziemię część jego języka. Z każdym jego słowem będzie wiadomo co chciał zrobić i wśród Ludzi, Elfów, czy nawet swoich będzie napiętnowany. Nie będzie w stanie wytłumaczyć jakim cudem stracił pół języka. Ale taka żmija może sączyć jad i zatruwać naiwne niewiasty. Mam tylko dwa pomysły... Albo kastracja albo wyciąć mu na czole napis we wspólnym języku. "Tylko gwałtem mogę mieć kobietę"
-
Kersijana:
Betty ma prawo do tronu ale Pendoru... A ja byłam królową Noldorów... Rzekła Lothiriel, widać że powoli wraca do dawnego stanu, choć wciąż jest wyczerpana. Kersijana ma rację, wykastrować tego bydlaka, sama to zrobię! Krzyknęła Margaret i wyjęła miecz.
Królowa patrzy na Ciebie poważnie, wydaje się lekko zawiedziona...