-
Robert
Nic nie zrobiłaś, jeśli już to moja wina bo ja Cię w tym łożu położyłem....., po za tym to zwykła pościel,czy naprawdę jest więcej warta niż widok Was dwóch wyglądających jak anioły i wspólnie wypoczywających? - zapytał i nie czekając na odpowiedź wyszedł mówiąc do księdza - Ojcze, powiedziała żebyś.... - wtem dostrzegł Katarinę,pozdrowił ją chłodnym skinieniem głowy i dokończył - wszedł do środka,ja zaczekam na zewnątrz skoro to tak prywatna sprawa.... - po czym oparł się o ścianę z rękami założonymi na piersi patrząc się przed siebie
-
Charles de Tournemire
Dobrze, dziękuję, panie... Choć... - urwał na chwilę i dokończył, z lekką skruchą - choć i ty powinieneś się dowiedzieć... - po czym dodał mu szeptem na ucho - Konstabl pragnie ponownie poślubić pannę Agnes, w tej chwili, a ja mam im udzielić potajemnie sakramentu małżeństwa. Nie mów o tym nikomu panie, bom będziemy mieli kłopoty gdy wieści się rozejdą. Teraz muszę ją jedynie zaprowadzić do kaplicy królewskiej... Nie powiedziałem tego od razu, iż wolałem zachować to w tajemnicy, boję się wszak, iż kościół się dowie, ale po namyśle skoroś lubym panienki Charlotte to i ty powinieneś wiedzieć... Wejdziesz ze mną, czy sam to winiem załatwić? - odsunął się i bez odpowiedzi i wszedł do komnaty, oczekując aż Robert wejdzie za nim, bądź nie... Skinął głową na powitanie Charlotte oraz Agnes.
-
Robert
Wejdę....., ale Charlotte nigdzie nie pozwolę ciągać, to by jej bardzo zaszkodziło - odszepnął księdzu po czym dodał do Polki - Pani poczekaj chwilę,to nie powinno długo potrwać - i wszedł za duchownym do środka
-
Bertrand:
Rycerz o oczach Agnes wykrzyknął głośno - jam jest Hugon de Montmirail, szukam pewnego rycerza z Tuluzy, któren ponoć zna mą przeklętą siostrę!
Charles, Robert:
Ty? Czego ode mnie chcesz? Spytała Agnes, jakoby zaskoczona, łapiąc Charlotte za rękę. Ta się chyba powoli wybudza, otworzyła bowiem oczy.
-
Bertrand
Brat... Prawdopodobnie o mnie chodzi panie, Bertrand de Toulouse, jeśli pozwolisz się przedstawić, cóż Cię do mnie przywiodło? rzekł powstając.
-
Bertrand:
Gdzie ona jest!? Wykrzyczał zezłoszczony Hugon.
-
Charles de Tournemire
Witaj ponownie, pani, jak i ty, panno Charlotte... - odparł jej spokojnie, coby jej nie denerwować, zwłaszcza po tym całym wydarzeniu rano, choć i niezbyt głośno, coby Katarina nie słyszała za dużo - Przybywam tu przed Twe oblicze na polecenie Twego męża... Chce on, byś ponownie go poślubiła... Teraz, w tej chwili. Modląc się w zamkowej kaplicy przyszedł on w te miejsce i wywiązała się między nami rozmowa, aż do momentu, gdy doszło do tejże kwestii. Odparłem mu, iż mogę udzielić tegoż sakramentu trędowatemu rycerzowi, a zakazy biskupów czy innych dostojników kościelnych w tej kwestii nie obchodzą. Pan Jezus wszak powiedział "Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela."... - wpatrywał się w jej oblicze, oczekując na jej reakcję i odpowiedź.
-
Bertrand
Tak się składa, że nie mam pojęcia, panie.
-
Charles, Robert:
Agnes spojrzała jak osłupiała na księdza. Na... Naprawdę? Boże czemu on... On nie zamierza wrócić z tej wojny... Dlatego chce polec jako mój mąż... Dobrze... Wyruszajmy zatem! Odpowiedziała całkowicie zaskoczona. Robercie... Zanieś mnie do kaplicy, ja chcę przy tym być... Rzekła Charlotte zmęczonym głosem, usiłując podeprzeć się na ręce i wstać.
Bertrand:
Nie po to tłukłem się tu aż z Francji przez Trypolis, żeby teraz użerać się z jej wielbicielem! Byłem w Trypolisie, ale ta mała żmija ponoć wyjechała przed samym moim przyjazdem, a ja trafiłem w środek wojny! Poza tym... Rycerz ściszył ton - rozmawiałem z pewnym tutejszym możnowładcą... Jak mu tam... Baldwin... I dowiedziałem się paru rzeczy, których zapewne nie chcesz ode mnie usłyszeć...
-
Robert
Kochanie to Ci zaszkodzi,powinnaś odpoczywać - powiedział do niej troskliwie,ujmując ją za rękę i głaszcząc po włosach