-
Arathena
Ale głupia jestem.... Nerwy, tak to chyba to.... Nie rozpalę ognia w lesie teraz jak tak sucho.... Przecie to zabije wszystkie rośliny w około...Za liothaneom nam trza czekać.... Arathena obróciła głowę by zobaczyć czy jeńcy nadal tam leżą....
-
Jeńcy nadal leżą, tam gdzie ich zostawiła. Zaczęli nawet dość głośno chrapać.
-
Arathena
Widząc że jeńcy śpią... Na polanie można ogień rozpalić, ale to trza wpierw tych donieść jakoś bezpiecznie. Ja i tak na leczeniu się nie znam. Trza jakieś nosze zrobić bo giermka chyba nie może być ruszany a i Pan Alessio lepiej by było jak na leżąco był.... zaczęła szukać jakiś konarów co by można było je jakoś związać gdyby banici przyszli i mieli przy sobie jakieś sznury czy liny... Możliwe, że nic takiego nie bedzie ale lepiej nie zrobić użytku z czegoś co sie ma nic nie mieć przy sobie czegoś co by mogło się przydać... Tym bardziej, że Arka nie mogła ustać spokojnie a i czasu trochę jest... Tak jak pomyślała tak tez szuka czegoś co sie na nosze prowizoryczne nada....
-
Nie minęło dużo czasu, a Liothannea przybiegła z banitami. Musiała ich spotkać po drodze, bo dopiero teraz powinna dobiegać do polany. Arathena znalazła jeden uschnięty konar. Christophe odzyskał przytomność, boli go tył głowy i zbiera się mu na wymioty. Jest bardzo osłabiony i ma zawroty głowy powodujące trudność z utrzymaniem równowagi.
-
Arathena
O Pani..... jak dobrze że już jesteś... Pan Alessio ranny w bok a giermek może mieć krwiaka w głowie... zobacz jak sie zatacza i minę ma jakby miał zwrócić wczorajszy obiad wraz z wątrobą.... Jeńców związałam ale przydała by się teraz magiczna lina.....
I jakim cudem tak szybko się zjawiliście? i czy..... nie widzieliście śladów Albinosa? mam nadzieję że nic mu się złego nie stało... mam wrażenie, że to nie jest zbieg okoliczności, że właśnie teraz się zjawił......
-
Alessio
Spokojnie Aniu,nie umieram.....- powiedział starając się by głos zabrzmiał możliwie najbardziej uspokajająco i położył swoją dłoń na jej ręce - Potrafi być taka troskliwa....,szkoda,że tylko wtedy kiedy wydaje jej się że jestem umierający bądź okaleczony.... - możesz opisać mi tą ranę? Mi samemu jest ciężko ją zobaczyć......
-
Anna de Loiret
Nieważne że nie umierasz, cierpisz, tak jak me serce gdy to widzi, rozumiesz!? Krzyknęła i zaraz zajrzała na jego ranę, by dokładnie ją opisać...
-
Alessio
I pomyśleć że to ja chciałem sprawdzić czy wszystko z Tobą w porządku....,dobrze że Cię nie zraniły.... - powiedział słabo się uśmiechając pomimo bólu i kładąc głowę na ziemi
-
Rana Alessio wygląda na dość głęboką, pewno od krzemiennego grotu włóczni zwierzoludzi. Na szczęście przyłożony jedwab zatamował krwawienie, zrobiła się szeroka na palec blizna między żebrami. Dobrze by było go jakoś tam umieścić na stałe, by podczas ruchu rana się nie otworzyła. Osłabienie Ukochanego pewno wynika z utraty znacznej ilości krwi. Miał niesamowite szczęście, że żadne z żeber nie zostało złamane.
Biały jeleń ich powiadomił, spotkałam banitów po drodze. Wybiegł na polanę, zaryczał, stanął dęba na tylnych kopytach i parsknął siedem razy. Nie wiem jakim cudem się domyślili, że o siedmiu zwierzoludzi chodzi i ruszyli nam na odsiecz. A albinos z tego wychodzi może faktycznie wysłannikiem boga jest, bo tak nie zachowuje się zwykłe zwierzę. odparła Liothannea w elfim i wraz z Karhirem udała się do jeńców.
-
Anna de Loiret
Usiadła na ziemi obok Alessia mówiąc - trzymaj kawałek sukni przy swej ranie przez chwilę. Gdy przyłożył dłoń, ucięła równe pasmo u spodu swej sukni, dość cienkie ale długie. Następnie obwiązała ciało Alessia na wysokości rany, tak by pasmo sukni przytrzymywało jedwab dociśnięty. Kocham cię - szepnęła w trakcie.