-
Anna de Loiret
Dorwali? Próbowali, ale twoja córeczka potrafi się obronić - rzekła pokazując krew na swym mieczu z uśmieszkiem. Zaraz jednak go schowała i podbiegła do ojca obejmując go, by się nie przewrócił. Widzisz, nie chciałeś bym się uczyła fechtunku, a gdyby Roland mnie nie nauczył walczyć, mnie też byś stracił... Dodała cicho ze smutkiem w oczach.
-
Arathena
Zadyszana zgięła się opierając ręce na kolanach.... Spojrzała na Tankreda.... Pokiwała głową z niedowierzaniem, ale nic nie powiedziała....
-
Anna de Loiret, Arathena Czarna Wdowa:
Ojciec przytulił Annę. Roland sprawnie władał mieczem, ale daleko było mu do mistrzostwa. Jak tylko odzyskam pełną sprawność, to Cię we władaniu tym orężem podszkolę.
Alessio Contrarini, Christophe Leroy:
Wracamy na polanę. Dacie radę iść o własnych siłach, czy potrzebna Wam pomoc? spytał się Bertrand.
-
Anna de Loiret
Młody jeszcze był, wciąż się uczył... Tak bardzo chciałabym go jeszcze ujrzeć, by mnie utulił do siebie, nazwał swoją najukochańszą siostrzyczką... Zaczęła ronić łzy, ale dodała zaraz zadziwiona - to znaczy, że już nie będziesz stawał na drodze, którą sama sobie obrałam i wesprzesz mnie? Choć wiem, że nie takiej córki oczekiwałeś...
-
Anna de Loiret, Arathena Czarna Wdowa:
Tak Aniu. Kocham Cię i chcę byś była szczęśliwa, tylko Ty mi pozostałaś na tym świecie. Po prostu wydawało się mi, że doskonale wiem co Ci może to szczęście przynieść.
-
Alessio
W moim wypadku pomoc mile widziana,jakoś nie widzę przejścia całej drogi stąd na polanę o własnych siłach bez pogorszenia mojego i tak fatalnego stanu......- rzekł z trudem powstrzymując się od ironizowania z pytania banity
-
Anna de Loiret
Ja ciebie też ojcze... Pamiętaj, nawet jak wyjdę za Alessia to cię nie opuszczę... Mam nadzieję, że pewnego dnia będziesz mógł rzec, że jesteś dumny ze swej córki.
-
Christophe Leroy
Nie dam rady... Chyba, że na czworaka, ale prędzej mnie coś dorwie chyba wtedy niż ja was dogonię. Kręci mi się w głowie jak cholera, więc chodzenie odpada.
-
Anna de Loiret, Arathena Czarna Wdowa:
Już jestem dumny, że potrafiłaś się obronić. Nie uwierzycie mi jak Wam powiem jaki cud ujrzałem. Niedawno na polanę ze ścieżki którą wyszliście wypadł na polanę biały jeleń i zaryczał, jak podczas walk o samice zwykły to czynić. Banici ujrzawszy go uklękli jak jeden mąż, a ten stanął dęba na dwóch kopytach młócąc powietrze przednimi i parsknął siedem razy. Po czym opadł z powrotem na cztery kończyny i machnął łbem w stronę ścieżki. Gdy banici poderwali się z ziemi krzycząc, że o zwierzoludzi pewno mu chodzi, poprosiłem by ruszyli Wam na odsiecz, bo ja niestety nie jestem w stanie biegać, a albinos odbiegł w przeciwną stronę.
Alessio Contrarini, Christophe Leroy:
Dwóch banitów wzięło Alessia między siebie i podparli go, jakby prowadzili pijanego. Na szczęście dostrzegli w krzakach Jego broń i ją również zabrali. Christopha przerzucił sobie przez ramię Mały Hugo wziąwszy w rękę Jego tarczę i miecz. Czterech banitów niesie jakieś dwa konary blisko siebie ze zwieszonymi zeń zwierzoludźmi związanymi za ręce i nogi, tak jak niesie się upolowaną dziczyznę. Za nimi idzie Liothannea z Karhirem.
-
Arathena
Spojrzała w kierunku w który wskazał Ojciec Anny....Żegnaj Albinosie... Może jeszcze Cię kiedyś zobaczę....