-
Alessio
Podziękował banitom za pomoc i wzięcie oręża dając się prowadzić,po chwili marszu zauważył jak niemiłosiernie głowa giermka jest obijana o ramiona potężnego banity......- O Shallyo,to dla Ciebie moja Pani..... - pomyślał po czym odezwał się już na głos - Panowie....,możecie inaczej mego towarzysza ponieść? Bo w łeb mu chyba któraś z tych wyrośniętych kóz przywaliła i powinien jak najmniej nią ruszać a teraz mu lata na wszystkie strony....
-
Anna de Loiret, Arathena Czarna Wdowa:
Po niedługim czasie dołączyła do Was reszta z lasu.
Alessio Contrarini, Christophe Leroy:
Mały Hugo odłożył na chwilę tarczę z mieczem, chwycił Christopha za biodra, podniósł wysoko w powietrzu, obrócił i posadził na swym ramieniu. Przykucnął by zabrać odłożony oręż, powstał bez widocznego wysiłku i ruszył dalej. Ból głowy zdecydowanie się zmniejszył, jeszcze pulsuje, ale już coraz mniej. Powoli też przestaje się w niej kręcić.
-
Anna de Loiret
Wysłuchała opowieści ojca, ale nic mu nie odrzekła. Dała tylko buziaka w policzek ucieszona, że jest z niej dumny. O! Alessio! Pomachała ukochanemu ręką.
-
Arathena
Chichocząc się odwróciła głowę od wielkoluda niosącego giermka jak małego chłopczyka na ramieniu.... Wiedziała że to nie wypada ale nie mogła powstrzymać się.... Miała nadzieje, że nikt tego nie zauważył..... Po chwili zwróciła się do Liothannei.... Zwierzoludzie juz chyba długo nie pożyją... Nie można ryzykować by obóz kiedyś zdradzili.... A przyjdzie nam chyba parę dni tam obozować wraz z banitami, No chyba, że Alessio i giermek wraz z ojcem Anny na wozie będą jechać
-
Alessio
Dziękuję Panowie.......- rzekł banitom którzy go prowadzili,także unosząc rękę w stronę ukochanej,ze zdrowej strony ciała i słabo się do niej uśmiechając
-
Drobnostka odparli Alessio.
Najpierw to musieli by ten obóz znaleźć. Ale po to chciałam ich żywcem, by to banici pierwsi ich obozowisko znaleźli. Dobrze by było, by Christophe z Alessio nabrali sił przed podróżą. odparła Liothannea w elfim.
Banici rozpali ognisko, w tym samym miejscu co ostatnio. Karhir dotknął liny krępującej śpiących jeńców. Rozplątała się z ich nóg, pomknęła po pniu drzewa i przewiesiwszy się przez gałąź, na dół. Chwycił ją i podciągnął zwierzoludzi mało nie wyrywając im łap ze stawów, bo od razu się obudzili rycząc z bólu. Krzyknął coś do nich w jakimś dziwnym języku. Coś mu odwrzasnęli. Co?! Nie powiecie?! warknął w bretońskim. A założymy się? uśmiechnął się dość drapieżnie. Podajcie mi płonącą żagiew! wyciągnął dłoń w bok, drugą ręką trzymając linę.
-
Arathena
Podeszła do Elfa i zwierzoludzi... Ciekawy sposób... nie powiem,, naprawdę ciekawy....Powiedziała z rękoma przewieszonymi na ramionach...Zapytaj ich tez czemu gonili Albinoa
-
Anna de Loiret
Aratheno, możemy pomówić na osobności? Spytała wyciągając dłoń do przyjaciółki.
-
Arathena
Dobrze Aniu.... chodźmy... Nie chcę patrzeć na tą rzeź.....
-
Anna de Loiret
Gdy oddaliły się niewielki kawałek od innych, dziewczyna spojrzała w oczy elfki i nagle rzuciła się jej na szyję. Dziękuję, dziękuję za wszystkie twe dobre słowa. Ucałowała ją w policzek bardzo czule, wdzięczna Arathenie za to... Że po prostu jest przy niej.