-
Robert:
Wyjechałeś na koniu konstabla z kaplicy, jest świetny pod wierzch. Jeszcze nigdy nie czułeś takiej wygody w siodle, zdaje się że nic nie jest w stanie Cię z niego zrzucić, nawet nie trzęsie mocno w kłusie, choć ten jest wyjątkowo dostojny a Amalryk wysoko i majestatycznie podnosi nogi w tym chodzie. Charlotte uspokoiła się nieco, wpatrzona w rumaka swego brata.
Bertrand:
Niestety, Twoja kuś opadła całkowicie, a Ty chyba nie jesteś w stanie doprowadzić Aurory do rozkoszy... Może to z powodu zawstydzenia, a może zmęczenia? Ciężko powiedzieć, ale dziewczyna nie wydaje się zadowolona.
-
Robert
Nienawidzę bezsilności, tak bardzo chcę jej teraz pomóc a wiem że czego bym nie zrobił i tak będzie brata opłakiwać....,dlatego muszę być przy niej cały ten czas,inaczej jeśli nie choroba to rozpacz ją wykończy,za nami oboma, nie dość że się martwić o mnie będzie to jeszcze wie że jej brat nie wróci, ehh,jeszcze się bać zacznie że ja jego los podzielę.... - myślał tak jadąc wciąż w stronę cytadeli
-
Charles de Tournemire
Kapłan począł starannie i dokładnie spisywać akt ślubu po łacinie, uwzględniając lukę na pełne imię Spytka i Katariny, datę oraz podpis kapłana, który udzielił im go. Gdy skończył podał pióro Spytkowi - Nanieś tylko swoje pełne imię na akt w luce, oraz nad mym podpisem i jesteś wolny. Twa luba również pisać potrafi? Jeśli nie to wpiszemy się za nią.
-
Robert:
Dojechaliście przed wejście do wnętrza cytadeli. Zsiądź pierwszy Robercie, potem mi pomożesz - rzekła spokojniejsza Charlotte, widocznie przejażdżka na Amalryku dobrze jej zrobiła.
-
Bertrand
Widząc, że jego starania idą na marne, próbuje zaspokoić kobietę raz jeszcze. Zaczyna od całowania i delikatnego muskania jej szyi ustami i powoli przenosi się z pieszczotami coraz niżej, poprzez piersi i brzuch aż do ud. Stamtąd przechodzi na jej kobiecość, starając się dać jej jak najwięcej rozkoszy językiem i wargami.
-
Bertrand:
Jak na rycerza przystało, nie ustąpiłeś pola tylko stanąłeś do walki raz jeszcze. Mimo pierwszego niepowodzenia, teraz udało Ci się i Aurora pod wpływem zmysłowych pieszczot zaczęła coraz to głośniej wzdychać, aż w końcu jęczeć. Trwało to dość długo, po pewnym czasie gdy już skończyłeś, córka hrabiego ogarnięta rozkoszą zajęczała głośno raz jeszcze i zadowolona spoczęła na łożu.
-
Bertrand
Dał chwilę wytchnienia Aurorze po czym uniósł ją za biodra i posadził na swej męskości, która zaczynała nabierać już normalnych rozmiarów.
-
Robert
Kochanie,przykro mi,wiem co chcesz zrobić ale zrozum że nie mogę do tego dopuścić - powiedział zsadzając ją delikatnie z siodła po czym dołączając do niej i czule ją przytulając.
-
Robert:
Charlotte pokręciła głową w geście zrezygnowania. Przecież sam wiesz, jak dobrze się na Amalryku jeździ, nigdy bym nie spadła z niego... Próbuje delikatnie wyrwać się z uścisku i opuścić strzemię, by mogła dosięgnąć.
Bertrand:
Aurora zajęczała, ale rzekła zmęczonym głosem - nie tak nie tak... Nie chcę mieć dziecka... Na to po ślubie przyjdzie czas, jak znajdę tego jedynego.
-
Robert
Wiem,że nie...., ale to nie czas i miejsce byś na nim jeździła - powiedział zdecydowanym głosem całując ją w policzek i biorąc na ręce