-
Catherine:
E...Ealdreda... S...Srogiego? Oj lepiej... Słowa strażnika przerwał głośny huk a brama do zamku zakonników rozleciała się w drzazgi, przez nią zaś przeleciała spora kamienna kula zatrzymując się dopiero na pobliskim budynku. Miało polecieć za mury Larii idioto a nie w bramę! Rozległ się wrzask. Dostrzegłaś, że bardzo ostry kawałek drewna przebił Tristanowi zbroję i wbił się w ramię rycerza, który warknął z bólu.
-
Catherine
Zapowiada się ciekawa rozmowa.... - pomyślała i już miała odpowiedzieć strażnikom gdy nagle brama poszła w drzazgi a potężny kawał drewna nieomal nie zabił jej "męża",podjechała do niego i obejrzała dokładnie jego ranę patrząc jak by tu mogła mu pomóc - Margaret,skarbie,znasz się na uzdrawianiu?Ja nie jestem w tym najlepsza....Och,jak bardzo by nam się teraz przydała Lothiriel....
-
Catherine:
Żartujesz? To mężczyzna, nie tknę go! Ale nie wyjmuj tej drzazgi z niego, trzeba go jakoś ułożyć i wezwać medyka. Na pewno na zamku jakiegoś mają - odparła obojętnie Margaret, a Tristan zaciskając zęby z bólu spojrzał w Twe oczy...
-
Catherine
Westchnęła ciężko i aż przewróciła oczyma,po czym zsiadła z konia i odparła - No tak,zapomniałam.... - nie namyślając się zbyt wiele wzięła konia Tristana za wodze i zaczęła go powoli prowadzić by nie naruszyć za bardzo rany w drugiej dłoni trzymając wodze swej klaczy - Grrr,co za idiota!Już ja sobie pomówię z tym Ealdredem!
-
Catherine:
Przed wami do zamku wjechała kłusem Adela na Twej klaczy, jak widać szybko opanowuje podstawy jeździectwa. Gdy i Ty dotarłaś na dziedziniec z Tristanem, zauważyłaś sporą katapultę na nim. A przy nim jakiegoś rycerza w zielonej zbroi płytowej, z obnażonym mieczem, próbującego dorwać jednego z sierżantów zakonu. Sierżant stoi za katapultą, która odgradza go od rycerza, obydwaj co chwila ruszają to na lewo to na prawo, by zatrzymać się i znów wrócić do pozycji wyjściowej. Chodź no tu patałachu, zaraz sobie pomówimy! Wrzasnął, zapewne Ealdred.
-
Catherine
Adele,podtrzymaj go proszę by nie spadł.... - rzuciła nie odwracając się i zmierzając gniewnym krokiem w stronę marszałka zakonu,czuła że stopniowo wzbiera w niej złość jednak póki co zatrzymała się bez słowa obok rycerza który najprawdopodobniej był Ealdredem i z rękami założonymi na piersiach patrzyła na niego z ogniem w oczach.
-
Catherine:
Adela zsiadła z Twej klaczy i podeszła do Tristana, przytrzymując, wedle swego rozumowania - przyszłego szwagra. Ealdred zaś na Twój widok zatrzymał się i obmierzył Cię wzrokiem uważnie. Ktoś ty? Warknął. Dostrzegłaś, jak przerażony sierżant wymyka się ukradkiem do wnętrza zamku z dziedzińca.
-
Catherine
Słucham?!Drogi panie,tak możesz się zwracać do swoich ludzi a nie do mnie!Nie dość że o mało nie zabiłeś jednego z moich towarzyszy swoimi durnymi zabawami z katapultą to jeszcze na mnie warczysz! - krzyknęła dając ujście zbierającej się w niej złości,dopiero po chwili do niej dotarło że zbyt dyplomatyczne to to z jej strony nie było.... - Trudno,wiedziały jaka jestem,było mnie nie wysyłać z misją do jakiegoś buraka i kretyna na dodatek!
-
Catherine:
O! Spójrzcie rycerze i sierżanci! Oto wreszcie ktoś, kto nie okazał się cipencją, jakie co chwila ostatnio do mnie lgną! Dziwne tylko, że kobieta okazała się bardziej wojownicza od mężów hehe. Stwierdził ze szczerym uznaniem w głosie Ealdred, a jeden z rycerzy krzyknął - na pewno lepsza ona niż ten... Jak mu tam, z Ravensternu, co go demoniczny rumak wygrzmocił!
-
Catherine
Zrobiła wielkie oczy a cały gniew zastąpiło kompletne zaskoczenie,co jak co ale takiej reakcji z jego strony sie nie spodziewała,prędzej tego że znów na nią warknie....,otrząsnęła się jednak i kontynuowała stanowczym głosem - To prawda że niektórzy mężowie są takowymi tylko z wyglądu....Jednakże przejdźmy do ważniejszych rzeczy niż dyskutowaniu o męskich jajach bądź ich braku u co poniektórych....Panie mój towarzysz się wykrwawia,potrzebuje natychmiastowej pomocy medycznej z Twojej winy,a ja nie przyjechałam tu by dawać popisy swojej wojowniczości i odwagi lecz by z Tobą pomówić o sprawie najwyższej wagi....