-
Robert
Ha!Cywilizacja! Szczęście mielim żeśmy Cię spotkali droga Pani. Niech Ci fortuna sprzyja - rzekł do Agnes po czym dodał do przypadkowych towarzyszy - Tu nasze drogi się rozchodzą,jeśli by kto mnie szukał bądź wciąż chciał towarzyszyć jadę się zapisać na turniej a potem wypocząć w jakiejś karczmie - kończąc popędził Boemunda w stronę miasta pozdrawiając ich gestem ręką na odchodne.
-
Bertrand
Ja pójdę z Tobą, mości Adriano, a później karczmy przyjdzie szukać, i też na ten turniej zajrzeć, co Norman właśnie tam pognał.
-
Filip
Jadę z Tobą, Robercie - odrzekł Filip, po czym ruszył za nim zapisać się na turniej.
-
Robert
Jak chcesz - odparł obojętnym głosem wzruszając przy tym ramionami i nawet nie zadając sobie trudu żeby się obrócić do rozmówcy.
-
Mitrydates
Pożegnał się z drużyną krzycząc po ormiańsku տեսնել ձեզ !-co znaczy ,,Do zobaczenia " po czym pozdrowił ich gestem ręką i pognał oddać konia do stajni.Po oddaniu swojego wierzchowca pod opiekę zamierzał udać się na kufel piwa i zapłacić za nocleg w karczmie ,która jak to Ormianinowi mówili mieszkańcy miasta,cieszyła się wysoką renomą.Przybysz z północnego zachowywał wszelkie środki ostrożności,ponieważ wiedział ,iż ludzie mogą różnie zareagować na jego orientalną urodę.
-
Tomasz Awdaniec po łacinie do konstabla
Wiedz Panie, że dołożymy wszelkich starań by odnaleźć przyjaciela Wielkiego Mistrza, by pomóc Ci ten obowiązek wypełnić, bo z pewnością masz ważniejsze sprawy niż ta. Saladyn zbiera siły,a nam chrześcijanom daleko do zgody, nawet wśród zakonów rycerskich o zgodę trudno.
-
Tomasz Awdaniec
Już wyszliście od konstabla, więc przyjmuję, że Tomasz to mówił jeszcze przed wyjściem. Tak jak i następująca odpowiedź Boemunda:
Ja was poprowadzę panie, dostałem rozkaz od Wielkiego Mistrza i na innych go zrzucić nie mogę, ale rycerze tacy jak wy będą mi nieocenionym wsparciem - odparł konstabl.
Pominąłeś pewno ostatni post o nr 208 ;)
Od Aravena
Dzięki, tak pominąłem. Zedytowałem by miało to sens jakiś.
-
Katarina
Głos kapłana wyrwał ją z rozmyślań i z cichej modlitwy, w której prosiła Pana by dane jej było kiedyś opuścić to miasto w zdrowiu.
Na wieki Pan nasz. Odpowiedziała kapłanowi.
Rozglądnęła się powoli po dziedzińcu. Nie zawsze prowadziła więźnia a w dodatku związanego jak psa. Wzrok zgromadzonych trochę ja onieśmielał.
Jest to karczmarz, który próbował uchybić mojej godności... powoli mówiła nadal rozglądając się w około.... i tylko dzięki łasce Tej damy jeszcze żyje. Wskazała na Charlottę.
Choć ja przyznaję przed obliczem waszym Ojcze i przed Bogiem, że zgrzeszyłam myślą i czynem bo niechybnie bym go ubiła.
Jeśli wola Boga wypowiedziana słowami Pana Boemunda da mu łaskę.... i ja mu wybaczę.
Nadal czuła wzrok rycerzy na sobie.
Ojcze jeśli można prosić o widzenie z konstablem. -Moja godność nie jest najważniejsza.....Nie dokończyła myśli.
-
Charles de Tournemire
Kapłan spojrzał bez uczuć na karczmarza po czym odpowiedział nieznajomej - Cieszy mnie to, że nic Ci się nie stało, pani. Co do tej łajzy to i tak nie czeka go nic innego niż więzienie... i być może z wyrokiem śmierci. Osoba, której poszukujesz znajduje się w budynku. Zaprowadzę was do niego. - po czym czekał na odpowiedź.
-
sir George Srogi
Spokojnie, nie osądzajmy pochopnie. Wytoczymy proces, czy masz pani jakiś świadków na potwierdzenie swoich słów? - rzekł spokojnie.