-
Edward
W geście olśnienia, podniósł palec wskazujący w górę i wymachując rękami pobiegł do namiotu, po czym wyjął z kufra stary topór i wrócił do chaty. Przezorny, zawsze ubezpieczony, jak nie żyje to i tak mu nie zaszkodzę, a jak mańka wstańka z niego to będzie musiał się nagłowić, by zacząć mnie gnębić hehehehe. Uniósł topór i mocno wbił go w ciało...
-
Vito
Nie wiem, strażnicy nic nie wiedzą. No nic, pójdę się już położyć... powstał od stołu i udał się do swojego pokoju, żegnając wcześniej wszystkich krótkim Dobranoc.
-
Edward:
Trup się nie ruszył. Teraz jesteś stuprocentowo pewien, że jest martwy i Cię nie zagryzie.
Vito:
Wszyscy udali się na spoczynek.
-
Edward
Widzisz chłopie, nie zadawaj się z piraniami, nawet jak chuć napastuje a taka cholerna ryba to jedyna przedstawicielka płci pięknej, to powstrzymaj się hehe. Marny koniec, łączę się w bólu. Wykonał ukłon po czym obrócił się i wrócił do namiotu, a następnie położył się na polowym łóżku.
-
Edward:
Położyłeś się na tym łóżku. Deszcz walił na Ciebie równo, wszak rozciąłeś tenże namiot przez swój kordelas... I łoże stało akurat przy tym wcięciu.
Falmir:
Po kilkudziesięciu minutach docieracie w końcu do drugiej grupy. Oni chyba nie mieli podobnych przygód jak wy z zębaczami. Stoicie oboje na piaszczystym gruncie, za wami zaś rozciąga się las i pewien kamienny krąg. Sierżanci wyszli sobie naprzeciw i uścisnęli sobie dłonie.
- I jak tam patrol? - spytał Roger
- Nic ciekawego. Pełno zwierzyny i innego gówna. W tamtej wielkiej jaskini tylko coś chrapie i dyszy jak cholera. Pewno jakiś troll tam siedzi to się tam nie zbliżaliśmy.
- A no to widzisz. Nas zębacze napadły i niektórych z nas nieźle pogryzły. Znaleźliśmy za to jakąś bimbrownię. Dwadzieścia flaszek...
- E, przyniosłeś coś dla nas chociaż? - zaśmiał się.
- Nie, haha! Jedną buteleczkę tylko zapomniało mi się zostawić na miejscu...
- Oj tam, oj tam. Za jedną buteleczkę nikt się nie obrazi chyba - znowu się zaśmiał, po czym dodał - Dobra, chodźmy do trzeciej grupy. Pewnie już na nas czekają.
-
Edward
Poirytowany zerwał się z łóżka, zdjął koszulę i zaczął wykonywać jakiś dziwny, skoczny taniec, machając zdjętą odzieżą w górę. Yo ho! Yo ho! To sterburtę, rozwaliła jedna z naszych salw! Ciepła krew poleje się strugami! I rumu mi murwa dajta zamiast deszczu yo ho! Zaczął śpiewać wyrwane z kontekstu wersy piosenki przy tym, nieco "wzbogacając ją"... Po chwili, gdy już się zmęczył, przestawił łóżko w inne miejsce i rozciął kolejny kawałek materiału w namiocie, by zrobić sobie z niego okrycie...
-
Edward:
Rozciąłeś go uzyskując dosyć grube i duże okrycie. Jeszcze więcej deszczu zaczęło wpadać do środka, lecz jak na razie jeszcze nie dosięga on łóżka...
-
Edward
Teraz możesz mi naskoczyć łajzo, aaahaha! Wykrzyczał na chmurę, wymachując pięścią. Założył po tym koszulę i położył się, okrywając prowizorycznym "kocem" aż po samą głowę.
-
Edward:
Udało ci się przykryć się cały tym "kocem" i to do tego suchą częścią. Gruby materiał powinien ci zapewnić ochronę przed zimnym wiatrem i nieco przed ewentualnym deszczem.
Jest ci zimno i nie możesz się rozgrzać przez to, że jesteś cały zmoknięty. Burza chyba nie ma zamiaru ustąpić, ponieważ pioruny dalej ostro strzelają, jakoby sam wściekły Beliar zstąpił ze swego królestwa.
-
Rhen
Jak zwykle było wyśmienite, dziękuję. - Po posiłku kładzie się spać.