-
Alessio
A to żmija podła,chciała żebym na idiotę wyszedł przed Anią, czarci chwast? Istnieje w ogóle coś takiego?! Zapamiętam Ci to oj tak, do następnej rany Aratheno,do następnej rany.... - pomyślał złorzecząc na nią tym bardziej że wciąż był wściekły na swój przykry wypadek....,zdusił jednak gniew i powiedział załamanym głosem - Czarci chwast? Kapłani głosili że to dzieło samych demonów,nie chcesz mi chyba powiedzieć że.....
-
Liothannea zawróciła konia bez słowa i ruszyła cwałem by dogonić resztę grupy. Ma przy tym kamienny wyraz twarzy... jak przy przejeżdżaniu przez bramę miejską.
-
Arathena
Na zwykłą pokrzywę usiadłeś,,, Nic Ci nie będzie... Zawróciła konia i pognała za Liothanneą nie zwracając już uwagi na perypetie cyrulika i jego czterech liter....
-
Alessio
Hehehe,czyżbym zbyt słabo udał nabranego? Ani oczy zamydliłaś ale ze mną i z giermkiem Ci się nie uda,oj nie - pomyślał również ruszając w cwał w milczeniu
-
Christophe Leroy
Podobało się, pani? - zapytał się jej, nie zwracając zbytnio uwagi na to, że znowu nazywa go swoim bratem...
-
Arathena
Dziwny z niego człek... żal Anny, że takiego fajtłapę za męża chce....
-
Anna de Loiret
To było... Takie piękne - wyjąkała ledwo, delikatnie głaszcząc palcami dłoń giermka, trzymającą wodze. Och wybacz mi - dodała po opamiętaniu się, zaczynając gorzko płakać...
-
Christophe Leroy
Nic się nie stało pani. Nie roń łez... - odparł jej z troską
-
Anna de Loiret
Kiedy przestanie mnie to dręczyć, miłość mym największym przekleństwem, staram się nie okazywać słabości ale czasem... Nie potrafię. Rzekła ocierając łzy, zmieniając za chwilę temat - masz uczucia, myśli, potrafisz walczyć, śpiewać... Na pewno nie jesteś szlachcicem?
-
Liothannea przemknęła śmiejąc się w głos obok Anny i Christopha. Po chwili dotarła do nich także Arathena, a za nimi Alessio.
-
Alessio
Kochanie co się stało? - zapytał z troską podjeżdżając do lubej i kładąc jej dłoń na ramieniu
-
Arathena
Spojrzała na rozpłakana Annę ale domyślała się, że to z powodu przepięknego śpiewu giermka,,, Gdyby nie gwałt krwiożerczej rośliny na dumę cyrulika, zapewne i ona by popłakała się ze wzruszenia...
Postanowiła nic nie mówić ino ruszyła za Liothanneą....
-
Anna de Loiret
Co się stało? Nie ma go przy mnie, to się stało - odparła załamana.
-
Alessio
Ignorując ból pochylił się w siodle przytulając ją mocno i mówiąc tylko cicho - To nie prawda,jego duch cały czas jest przy Tobie......- tulił ją tak jeszcze krótką chwilę po czym dodał - jedźmy za nimi,musimy ratować Twojego ojca
-
Arathena dojechała do śmiejącej się wciąż Liothannei. Alessio coraz mniejszy ból odczuwa. Jeszcze piecze, ale coraz mniej, niestety zaczyna coram mocniej swędzieć.
-
Christophe Leroy
Na pewno nie jestem pani szlachcicem... Kiedyś być może przestanie Cię to dręczyć, być może... Może i Pani zechce, byś zaznała spokoju od swej przykrej przeszłości - odparł jej, po czym nieco odjechał na bok coby ją zostawić ze swym lubym.
-
Anna de Loiret
Skinęła ukochanemu głową nic nie mówiąc. Po chwili, przyspieszyła poganiając Thilbauta mocno ściskając jego boki łydkami, oraz okrzykiem. Oparła dłoń o rękojeść miecza i dumnie uniosła głowę, zawsze jej to pomagało uporać się z troskami...
-
Alessio
Także pognał za elfkami,gdy zrówna się z Liothanneą pyta z trudem udając powagę - Z czego się śmiejesz Pani? Takie demoniczne czarcie chwasty to poważna sprawa....
-
Arathena
Spojrzała na cyrulika z politowaniem... Ciekawa jestem czy długo usiedzisz w tym siodle... Pewnie zapomniałeś przemyć zad zimną wodą. ale to nie moja sprawa...
A o Liściach babki zapewne nie uczą.... Wystarczy się rozejrzeć, Tam gdzie rośnie jad i zazwyczaj antidotum się znajdzie.... Ale Przyrody słuchać nie jest dane wszystkim....
-
Cóż, trzeba wyjątkowego szczęścia by w morzu traw akurat w pokrzywę się nago wpakować odrzekła Liothannea wyśmiawszy się w końcu. Dojechaliście do polnej, niezbyt szerokiej drogi wiodącej na północ i południe. Niestety konne tropy urywają się na niej... a raczej przykryte są świeższymi śladami sporej karawany.
-
Alessio
Uśmiechnął się słabo jednak jego myśli były zajęte czym innym.... - Nie drap się,nie drap się,nie drap się,nie drap się, i przestań o tym myśleć do cholery!
-
Aratchena
Zatrzymała nagle konia widząc, że trop się urywa. Liothanneo, znamy cel podróży ojca Anny ale śladów już nie odczytam. Teren na, który wjechać mamy nie jest mi dobrze znany. Zsiadła na chwile z konia i przykucnęła by sprawdzić czy uda się coś jeszcze odnaleźć. Wyciągnęła jeszcze mapę.... Pokazał mi gdzie zamierza jechać i wiemy skąd jechał. Nigdzie nie widzę nic niepokojącego co by ich zmusiło do zmiany kierunku... Co myślisz? Liothaneo?
-
Skoro droga jest, a śladów poza nią nie widać, to pewno do przeprawy przez rzekę wiedzie - odparła. - Jakoś przez Brienne musieli się próbować przedostać. Na szerokim na wóz polnym dukcie jest sporo tropów kopyt i kolein, tak na oko dwudniowych. Być może dlatego starszych spod nich nie można dostrzec. Zjedzmy po połowie lembasa, na szczęście odnowiłam swe zapasy w Lesie i ruszajmy na północ.
-
Alessio
Ucieszył się na wiadomość że Liothannea ma jeszcze trochę tego pysznego "rogalika", jako że kompletnie nie znał tych terenów powiedział jedynie - Jak uważasz Pani
-
Anna de Loiret
Nuciła sobie pod nosem cicho pieśń, którą uprzednio śpiewała, nie bacząc na to co wokół...
-
Liothannea podzieliła się swoim lembasem z Aratheną, dała jeden Alessio ze słowami dla Ciebie i Anny, która chyba myślami od nas odłączyła, a następny Christophowi mówiąc podziel się drugą połową z wierzchowcami.
-
Arathena
Kawałek lembasa odłamała i dała swemu koniowi.... Sama zjadła resztę przypominając sobie znowu smak przysmaku, który jej matka robiła.
Ruszajmy zatem jak dukt prowadzi do przeprawy musimy się dostać by na druga stronę rzeki iść.... dosiadła znowu swego konia
-
Alessio
Kochanie,proszę - powiedział delikatnie kładąc jej dłoń na ramieniu by wyrwać ją z zadumy a drugą wysuwając przed siebie z porcją dla niej,całą siłę woli skupiał jednak na tym by nie rzucić tego w cholerę i nie zacząć drapać się po tyłku....- Cholera ile jeszcze to dziadostwo będzie działać?!
-
Anna de Loiret
Drygnęła, gdy poczuła dotyk i skierowała odruchowo dłoń ku swemu brzeszczotowi. Alessio, to ty... Powiedziała wystraszona i wzięła posiłek, powoli go spożywając.
-
Christophe Leroy
Dziękuje, pani... - powiedział zmęczony, po czym odłamał pół i zjadł go, a drugą połową zaczął się dzielić wierzchowcami, prócz wierzchowcem Aratheny. Skoro ona mu dała już pół swojego... Do konia Liothanny podszedł ostrożnie delikatnie podarowując mu elfi chleb, chcąc sprawdzić, czy przyjmie go, czy uwali go w rękę...
-
Elfi ogier wyszczerzył zęby, dopiero gdy Liothannea rzuciła "Spokój Świt! Możesz zjeść, nie zatrute." uspokoił się i wziął poczęstunek. Gdy zjedliście i ruszyliście dalej, pod wieczór widzicie jakieś drewniane zabudowania nad rzeką. Jedno na jakiś szynk wygląda, drugie na stajnię, inne na jakieś szopy i domostwa. Wszystkie budynki są dość niskie, parterowe. Ciężko je wsią nawet nazwać, prędzej nadbrzeżną małą osadą. Christophe czuje, że zaraz zleci z siodła jak się choć trochę nie zdrzemnie niebawem.
-
Christophe Leroy
Zaraz walnę się na ziemię obok mego konia i zasnę... Nie spałem od niemalże dwóch dni chyba... - powiedział, okropnie ziewając, choć pamiętając o zakryciu przy tym ręką ust.
-
Alessio
O bogowie,co to za zadupie?! Cała Bretonnia tak wygląda? Oby nie..... - pomyślał rozglądając się z ciekawością po w jego mniemaniu dziurze zabitej dechami
-
Anna de Loiret
Christophe! Opanuj się, takie zachowanie nie przystoi rycerzowi, którym chcesz zostać. Ach te twoje plebejskie nawyki, już ja się postaram byś się ich oduczył.
-
Alessio dostrzegł łodzie wyciągnięte na brzeg szerokiej rzeki, drewniany pomost, a do niego przymocowaną dużą tratwę. Nie tak dużą jednak, by pomieściła wszystkie ich wierzchowce. Gruby powróz biegnący od słupa w pomoście przebiega przez mniejsze słupki wystające z jednej strony tratwy i na drugi brzeg rzeki, do następnego słupa w podobnym pomoście.
-
Alessio
Jest tam jakaś przeprawa,ale będziemy musieli się podzielić na grupy, tratwa nie jest wystarczająco duża.... - powiedział do wszystkich wypatrzywszy prom
-
Arathena
Zbliżając się do rzeki... I znowu woda.... Jednego się nie nauczyłam i chyba nie nauczę już.... pływać.....
-
Na tratwie cztery konie się zmieszczą spokojnie. Nawet można je przywiązać do poręczy drewnianej balustrady znajdującej się naprzeciw słupków z liną. Nie widać jednak w pobliżu żywej duszy. Z budynku wyglądającego na jakiś szynk słychać stłumiony gwar.
-
Arathena
Chyba nie wypada tak przeprawy robić bez zapytania o pozwolenie i zapłaty... Ktoś z was umie tą tratwą pływać w ogóle?
Zsiadła z konia. Trza zapytać się by chyba w pierwej było kogoś o pozwolenie...A i można jakos dyplomatycznie sprawdzić czy Ojca Anny kto nie widział tu... Dostojników pewnie jakiś pamiętają...
-
Alessio
Może w tym budynku coś nam powiedzą? - wyraził głośno swe myśli wskazując na ruderę z której dochodził gwar