-
Arstan:
Kobieta weszła do jeziora nie przestając energicznie pieścić swej kobiecości. Gdy zauważyła, jak zabierasz jej ubranie i odchodzisz, wybiegła nago i zaczęła Cię gonić wrzeszcząc coś niezrozumiale... Wszyscy widzący to zajście brechnęli śmiechem.
Catherine:
Margaret spojrzała na Ciebie słodko i zdjęła powoli swe buty. Beatrice przystawiła jej miskę z wodą i obdarzyła uśmiechem, po czym wyszła, zabierając swój miecz, próbując uczynić to dyskretnie. Nie wyszło jednak. Veccavianka zaczęła palcami gładzić powierzchnię wody, jakby nieobecna.
-
Malacath:
No cóż, mógłbym go wrobić, ale z drugiej strony szkoda mi człowieka. Zbyt rozgarnięci to ci strażnicy nie są z tego co widzę... Ciekawe czy uwierzą w bajkę, że tego "strzelca" tutaj nie ma hehe - wstał od stołu i stojąc przy nim rzucił do okładających biedaka strażników - To nie on postrzelił tego posłańca. Szukajcie poza karczmą, panowie.
-
Catherine
Ahh ta Betty.... - pomyślała chichocząc po raz kolejny z powodu jej zachowania,przypatrywała się tak przez chwilę Margaret po czym przerwała ciszę - O czym myślisz?
-
Arstan
Widząc, że wariatka go goni przyśpieszył kroku, dostosowuje tempo tak, żeby ta go nie dogoniła i tak żeby zdążył wbiec do jej namiotu przed nią
-
Malacath:
Nagle karczmarz krzyknął, wskazując palcem na Ciebie - to on! To on postrzelił posłańca! Strażnicy spojrzeli na Ciebie złowrogo, pochylając włócznie...
Catherine:
O tym, że miło jest kogoś mieć - odparła Margaret przelotnie spoglądając na Ciebie i wracając do gładzenia palcami powierzchni wody w misce...
Arstan:
Dotarłeś do namiotu przed napaloną szmatą, ale ta się nieubłaganie zbliża, słyszysz wciąż jej wrzask...
-
Catherine
Położyła dłoń na jej plecach i zaczęła ją delikatnie głaskać aby dodać jej otuchy,nie miała jednak siły na nic więcej bowiem była wyraźnie wykończona przez chorobę,lekarstwo od Lothiriel odrobinę polepszyło jej stan ale wciąż czuła się bardzo źle....A nie chciała nic mówić bo i co mogła powiedzieć?Przecież nie mogły być razem,nie tak jak tego chciała Margaret....
-
Arstan
W namiocie ustawia się tak, żeby wbiegającą kobietę uderzyć w potylicę i pozbawić przytomności, ale nie zabić
-
Arstan:
Trzasnąłeś wbiegającą dziwkę, aż ta upadła bez przytomności na ziemię. Wreszcie się zamknęła.
Catherine:
Margaret mruknęła cicho i wreszcie wsadziła obydwie stopy do wody. Patrzy się na nie, jakby unikając Twych oczu...
-
Arstan
Po ogłuszeniu kobiety wyszedł przed namiot i zapytał jakiegoś zbrojnego czy znajdą się tu dyby gdzieś w obozie, jeśli tak to zakuwa w nie lubieżna babę i rozpuszcza wieść, że można korzystać do woli ino od tyłu by nie wiedziała kto i nie policzyła dnia następnego jak się rozmyśli
-
Catherine
Mam się odwrócić?Widzę że unikasz mojego wzroku,wystarczy powiedzieć.... - powiedziała łagodnie nie zabierając ręki jednak wzrok skierowała na górę namiotu
-
Malacath:
Tak stawiasz sprawę? Pożałujesz tego... - Malacath wyjął szablę i odwzajemnił im to spojrzenie, ale zaraz to gniewnie w kierunku karczmarza i rzekł do niego, zbliżając się w jego kierunku, nie pozwalając mu na podejście do szafki czy innego miejsca, w którym to ostatnio kładł jego łuk - Tak, ja? Ciekawe czym to? Wiedz, że to niezbyt rozsądne oskarżać wojownika o takie czyny... Nie mam racji? Odpowiadaj.
-
Arstan:
Udało Ci się znaleźć dyby, stoją nie tak daleko od namiotu napalonej baby. Widzisz, że zapanowało duże zamieszanie związane z nią, gdy zaś ją zakułeś na widoku, podbiegł do niej jeden ze zbrojnych Gryfa i zaczął rozdziewać się z kolczugi... Pierwszy! Krzyknął do swoich dziesięciu kompanów, którzy przybyli zaraz później. Drugi! Trzeci! Czwarty! Nie, ja czwarty!
Tymczasem widzisz jakąś młodą, piękną, jasnowłosą kobietę na białym koniu. Na sobie ma niebieską suknię, jest boso, a u pasa miecz, wyglądający na znakomity, jest bowiem przepięknie zdobiony. Patrzy na całe zajście zaskoczona...
Catherine:
Nie! Nie odwracaj się... Cathy ja po prostu... Ja... Ehh, to takie trudne - rzekła Margaret.
Malacath:
To on, panowie pomóżcie, błagam! Krzyknął karczmarz, a strażnicy spojrzeli na siebie porozumiewawczo, i jak jeden mąż uciekli z budynku...
-
Arstan
Zignorował kobietę w niebieskiej sukni i jakby nigdy nic poszedł pozwiedzać obóz
-
Catherine
Spojrzała na nią zaskoczona i aż nie wiedziała co powiedzieć,jednak po chwili znów na nią spojrzała i powiedziała - Margaret....ja....,widzę tylko jak unikasz mojego spojrzenia,nie znam powodu....,jednak jeśli zechcesz się nim podzielić to postaram się go zrozumieć....
-
Arstan:
Odchodząc, zobaczyłeś jeszcze jak kobieta wpadła między zakonnych sierżantów i rozpędziła ich natychmiast, po czym zasadziła z siodła mocnego kopniaka zakutej w dyby babie. Należało ci się dziwko! Wrzasnęła i wskazała palcem na Ciebie krzycząc - ty! Panie, podejdź do mnie!
Catherine:
Och nic Cathy nic... Dziękuję ci... Za to że jesteś - odparła z uśmiechem patrząc Ci w oczy i wyjęła stopy z miski, trzymając je w górze. I czym teraz wytrzeć ehh...
-
Arstan
Kolejna niewyżyta czy jak po czym jednak podszedł do kobiety Tak, Pani?
-
Catherine
Skoro nic to nic....,i nie dziękuj....,a stopy możesz wytrzeć w ten ręcznik,Beatrice raczej się nie obrazi hihi - powiedziała odwzajemniając uśmiech i spojrzenie i podając jej ręcznik
-
Arstan:
Nie znam cię panie, a już widzę robisz jakieś zamieszanie w mym obozie. Z kim mam tę... Przyjemność? Spytała młoda kobieta delikatnym głosem i uśmiechając się nieco.
Catherine:
Trzymaj ten ręcznik, nie chce dotykać ziemi - rzekła cicho księżniczka, a następnie wsunęła obydwie stopy w trzymany przez Ciebie ręcznik i zaczęła nimi pocierać w niego, by je wytrzeć.
-
Catherine
Uśmiechnęła się przyjaźnie i powiedziała - Margaret,jeśli chcesz bym wytarła Ci stopy wystarczy poprosić,naprawdę nie gryzę hihi - wzięła jej stopę do ręki i wytarła ją delikatnie po czym to samo powtórzyła z drugą stopą przyjaciółki i skwitowała - No i gotowe....
-
Arstan
Jestem rycerzem zakonu Hebanowej Rękawicy i niejako zaprosił mnie tu Archibald, Pani, a skoro mówisz że to Twój obóz czy jesteś Tą Panią? Ładna, i się uśmiecha, dobrze to wróży hehe
-
Arstan:
Jestem panią Beatrice, istotnie... Odparła kobieta, po czym jej wyraz twarzy gwałtownie się zmienił, zagościł na nim wielki gniew i złość... Ale jeśli jeszcze raz zrobisz coś takiego, to osobiście zetnę ci głowę! Nie pozwolę na to, by w moim obozie działy się takie rzeczy, zrozumiano!? Wrzasnęła i nie czekając na odpowiedź obróciła konia, odjeżdżając powoli.
Catherine:
Margaret wyraźnie się zawstydziła, nic nie odpowiadając. Widzisz, że się nieco zaczerwieniła...
-
Arstan
Wzruszył tylko ramionami i jął kontynuować wycieczkę
-
Catherine
Widząc jej zawstydzenie posłała kolejny przyjazny uśmiech i powiedziała - Jak wróci Lothiriel poproszę żeby podała Ci coś na wzmocnienie,nie chciała bym Cię zarazić....
-
Malacath:
Złapał karczmarza za szyję i przydusił mocno do ściany. Z gniewem w głosie powiedział do niego po cichu - I co teraz, panie karczmarzu?! Oddawaj moje pieniądze i łuk i pokazuj mi tylne wyjście, bo inaczej skończysz jako ozdoba na żyrandolu... Rozumiemy się?
-
Kersijana
Zawstydzasz mnie....powiedziała z uroczym uśmiechem na ustach. Wiesz, że oczy to zwierciadło duszy? co w moich widzisz? powiedziała cicho pozwalając głaskać swoje dłonie.
-
Kersijana:
Skryte pragnienie, tęsknotę... Odparl rycerz, przykładając znów Twe palce do swych ust.
-
Kersijana
Tak... nie ukryje się prawdy gdy serce krzyczy..... chwile pozwalała pieścić ustami swoje palce, i w końcu sama pocałowała Elfa w usta... Pocałunek był bardzo namiętny i zmysłowy.
-
Kersijana:
Rycerz Brzasku odwzajemnił Twój pocałunek z taką samą czułością i namiętnością, jaką mu dałaś. Gdy dobiegł końca, ucałował Cię jeszcze, już delikatnie, w policzek i położył rękę na Twym biodrze. Co cię tu sprowadziło Kersijano, wkrótce będzie wojna niosąca śmierć i zniszczenie, wojna, którą możemy przegrać...
Malacath:
Nie ma tylnego wyjścia! A wszystko oddam, tylko błagam, nie zabijaj mnie! Odkrzyknął karczmarz, przerażony...
-
Kersijana
Nasze miasto... Stolica.... Przepiękna i spokojna, Odkąd pamiętam zawsze się w niej dobrze czułam, a przynajmniej w czasie, w którym tam przebywałam. Nie myślałam by wyruszyć w świat. Moja mama...Elfce zaczynały wzbierać się łzy w oczach... Kiedyś mieszkałyśmy wraz z babcią w spokojnej wiosce. Nikomu nie wadziłyśmy i wydawało się, że spokój i cisza w niej nigdy nie zostanie zachwiana. Trwało to bardzo długo aż do czasu gdy potwory najechały na nią.... Z całej wioski tylko ja i Babka przeżyłyśmy.... Nikogo nie oszczędzono, nawet małych dzieci... Te kobiety i... I.... Łzy płynęły już jej bardzo mocno po policzkach.... dziewczynki... zanim zostały zamordowane.... zanim brutalnie wyrwano z nich dusze, były gwałcone. Obdzierano je z godności i czci....
Kersi chwilę szlochała gdy obraz koszmaru przypomniał jej się z najdrobniejszymi szczegółami.
Opuściłyśmy nasz dom... Już nigdy do niego nie chciałam wracać. Wcześniej jednak pochowałyśmy zmarłych.... Wiesz, czułam wtedy dziwną pustkę ale za nią czaiła się złość i pragnienie zemsty. Nie wychowano mnie taką ale ta złość była silniejsza ode mnie.... Babka chyba wyczuła ją....
Po jakimś czasie znalazłyśmy schronienie daleko, bardzo daleko w śród innych Nordolczyków. Kersijana zawołała Swego konia, który posłusznie przyszedł i schylając głowę przybliżył nozdrza do jej policzka.... Prawą ręką gładziła dłoń Elfa, która bardzo delikatnie i czule gładziła ją po biodrze, lewą natomiast położyła na policzku rumaka wtulając się twarzą w konia.
On jest od Wojownika... Takiego samego jak TY... Wiesz co to oznacza.... Żaden Rycerz Brzasku nie odda Swojej Bratniej duszy nikomu... Uśmiechnęła się odrobinę..... Mnie oddał.
Ta złość i gniew, którą wyczuła wtedy moja babka, ona była chyba znakiem i drogowskazem... Babka zrozumiała, że posiadam dar... Dar leczenia innych.... Wtedy w mój gniew wzbudził się gdy tuliłam martwą dziewczynkę... Ona była zawsze taka wesoła, pełna ufności i... i miłości... Nie zrobiła nikomu nic złego a wszystko co dotknęła piękniało i ożywało.... Trzymałam ją w w ramionach... zimną i bez życia.... Nie słyszałam jej wesołego dziecięcego i niewinnego śmiechu. Nie czułam nic w jej ciele oprócz bólu i cierpienia.... I... I rozczarowania... Ona nie miała pojęcia, że ktoś może być tak okrutny i brutalny...
Chciałam ją ożywić i mogłam wtedy to zrobić... Jeszcze nie było za późno, ale nie zrobiłam tego... Ona poznała brutalność i bezwzględność tego świata....
Rozumiesz?
W wiosce żyłyśmy jakiś czas ale gdy Babki dni dobiegły końca postanowiłam wyruszyć w świat.... Mirilia Lassi.. mój wierny towarzysz i Brat.... I ja usychaliśmy w jednym miejscu... Nie zaznam już spokoju i chyba nie będę umiała osiedlić się gdzieś na stałe.... Obawiam się że to będzie trwało tak długo jak zło będzie się panoszyć.
Mówisz, że możemy zginąć? Ja byłam martwa już, ino sprawy sobie z tego nie zdawałam... Teraz dopiero zaczynam żyć....
Kersi objęła Elfa za szyję całując go bardzo ciepłym, zmysłowym i namiętnym pocałunkiem, kładąc się na plecy... Czuła jak jego włosy muskają ja po mokrych od łez policzkach, ale ogarniał ją niesamowity spokój i poczucie bliskości kogoś na kim zaczynało jej zależeć... Odnajdywała sens.... na nowo sens życia....
-
Kersijana:
Elrohir wysłuchiwał Twej opowieści z uwagą i smutkiem, nie odrywając od Ciebie swego spojrzenia. Gdy opadłaś plecami na trawę, rzekł kładąc się przy Tobie w pozycji półleżącej, nie przestając obejmować, smagając Cię cały czas swymi włosami - wiedz więc, że i w moim sercu zapłonęło znów życie, znów widzę, że poza cierpieniem daje ono coś więcej... Zaczął Cię po tym całować czule po szyi i ramionach, masując przy tym po biodrze.
-
Kersijana
Gdy czuła Jego usta na swoich ramionach wraz z jego oddechem przepełniało ją ciepło... Rozpalało ją i ogrzewało. Błogi spokój ją ogarniał i wielkie odprężenie... Głowę odchylała do tył uwydatniając Swą szyję. Wilgotne wargi były lekko uchylone a ciche westchnienia zaczęły się co jakiś czas z nich wydobywać. Ręka na jej biodrze tak silna a zarazem tak delikatna głaskając ją i pieszcząc powoli podsuwała jej sukienkę. Czuła jak materiał delikatny jak jedwab gładzi ją po udach, powoli w rytm ruchów jego palców podchodzi coraz wyżej. Kersi ścisnęła mimo to mocniej troszkę nogi w kolanach podkurczając je trochę... Bynajmniej nie dlatego, że nie chciała Go wpuścić do swojej intymności, ale dlatego, że motyl,który w jej brzuchu kołatał się już niemiłosiernie chciał wylecieć... Oczy mimowolnie przymykała unosząc ręce za głowę kładąc je na trawę....
Całuj mnie i pieść... wszędzie, każdy skrawek mojego ciała.... Proszę..... Powiedziała w marzeniach.....
-
Kersijana:
Ostatnie promienie słońca jeszcze na was padają, gdy postanowiliście oddać się wspólnemu uczuciu i rozkoszy. Elrohir obcałowywał Twą szyję jeszcze przez chwilę, nie ustając w pieszczotach swymi dłońmi, aż wreszcie wziął Cię na ręce i nie spuszczając Cię ze wzroku począł gdzieś nieść. Jeśli takie nasze przeznaczenie, niech się ono spełni... Rzekł cicho, po czym ucałował kolejny raz namiętnie w usta.
-
Kersijana
Oddając mu pocałunek odpowiedziała. Już się spełniło mój miły.... Mimo narastającego w niej wielkiego podniecenia i pożądania wydobyła z siebie szeptem... Znamy się chwilę a ja gotowa jestem oddać ci się bezgranicznie.... To chyba... miłość... Możliwe, że ona istnieje od pierwszego wejrzenia? Patrzyła mu przez dłuższą chwilę w oczy. Pocałowała go jeszcze w usta... Postaw mnie proszę, zanim zrobimy krok z którego nie będzie już powrotu. Proszę.....
-
Kersijana:
Możliwe Kersijano, wiem, że istnieje, jestem tego pewien - odparł cicho, stawiając Cię zgodnie z Twą wolą i głaszcząc po włosach. Uszanuję twą decyzję, udowodniłaś swą mądrość i umiejętność oparcia się pokusie, moja miła... Ale pragnę, byśmy się teraz nie rozstawali, byśmy spędzili czas ze sobą i jeśli to prawdziwa miłość, pozwolili jej rozkwitnąć. Też tego pragniesz, Kersijano? Spytał, chwytając Cię za dłoń.
Catherine:
Margaret przytaknęła Ci skinieniem głowy, zamruczywszy cicho. Ułożyła się po tym obok Ciebie, ale nie wchodząc pod kołdrę, delikatnie palcami u swej stopy gładząc tylko Twoją, uchyliwszy uprzednio okrycie. Zręcznym ruchem rozpuściła sobie też dotychczas związane włosy, dopiero spostrzegłaś jakie są one piękne, długie i gęste.
Arstan:
Wycieczka po obozie nie jest zbyt pasjonująca, ot mijasz co chwila wszelakich ludzi, większośc z nich jednak udaje się do swych namiotów. Jest jednak kilka rozpalonych ognisk, przy których niektórzy się zebrali i dyskutują, grają na instrumentach, opowiadają, czy po prostu odpoczywają. Panuje bardzo przyjazna atmosfera, wydaje się że wszyscy są braćmi i siostrami.
-
Catherine
Mruknęła cicho gdy przyjaciółka zaczęła ją głaskać swoją stopą - Masz piękne włosy Margaret,tak piękne jak moje.... - powiedziała z uśmiechem,delikatnie ją po nich głaszcząc
-
Catherine:
Aleś ty skromna - odparła z uśmiechem nieco się rumieniąc. Westchnęła też zaraz jakby z rozkoszy...
-
Kersijana
Niczego innego teraz nie pragnę mój miły jak właśnie tego... By nasze uczucie co nas rozgrzało ledwie tląc się gdy nasze spojrzenia splotły się, rozpaliły tą miłość na wieki... To dla tej miłości teraz będę, żyła.... Bez względu na to gdzie pójdziesz i co zrobisz będę myślała o Tobie i tęskniła jeśli nasze drogi będą musiały się, mam nadzieje na chwile, rozejść, A radowała gdy splotą się znów w jeden szlak...
Wzięła elfa za dłoń którą gładził jej włosy... Czujesz jak jest ciepła? to żar który rozpala mnie od środka......
-
Catherine
Skromność nie jest cnotą....Co złego w tym,że piękne kobiety wiedzą o tym że są piękne? - odparła choć nieco zawstydziła się jej westchnięciem - Pomożesz mi się napić?Strasznie spragniona jestem....
-
Malacath:
Ruszaj się, pókim nie stracił cierpliwości - warknął do niego, puszczając go i kierując w niego szablę...
-
Kersijana:
Czuję... We mnie płonie ten sam... Odparł Noldor i znów wziął Cię na ręce, niosąc do swego namiotu. Ułożył Cię potem na wygodnym posłaniu, by zaraz zdjąć Twe buty i ucałować palce u Twych stóp. Spojrzał potem jeszcze w Twe oczy i złożył kolejny pocałunek, tym razem na ustach, po czym zaczął rozdziewać się ze swej zbroi...
Catherine:
I rozpalona, wciąż gorączkujesz... Ciepło ci? Spytała Margaret, wstając i przystawiając Ci po chwili bukłak z wodą do ust.
Malacath:
Karczmarz cały już spocony ze strachu oddał Ci wszystkie Twe rzeczy. Usłyszałeś z zewnątrz ciężki stukot wielu końskich kopyt i okrzyki jeźdźców...