-
Robert
Chciał powiedzieć że wielu dobrych ludzi padło w bitwie i to mało możliwe ale w porę ugryzł się w język,nic nie mówiąc i na chwilę przykładając głowę do jej głowy,cały czas niosąc ją w stronę jakiegoś wolnego namiotu gdzie mógł by ułożyć ją do snu.....
-
Katarina
Oj, księże... jóż nie panienka... Usmiechnęła sie odrobinę. Zawstydzona powoli rozsunęła dekolt i pokazała ranę....
-
Robert znalazł wolny namiot. Agnes objęła go mocno za szyję i mruknęła, nie wiadomo czy z bólu, czy zmęczenia czy też czułości, jaką obdarzył ją jej przyjaciel. Mimo tylu ran i cierpienia, które odebrało jej większość dumy z oblicza, wciąż jest piękną oraz czarującą kobietą, widać że ze wszystkich sił stara się wyjść naprzeciw wielkiemu bólowi.
Charles zszył ranę na piersi Katariny. Choć widok ponętny, to ksiądz odporny na kobiece uroki. A może Bóg nie obdarzył go....? W międzyczasie do namiotu wszedł Spytko.
-
Robert
Zrobiło mu się cieplej na sercu gdy Agnes objęła go za szyję,pocałował ją czule w policzek a następnie bardzo delikatnie ułożył na ziemi mówiąc - Przyprowadzę Amalryka i przyniosę Ci jakieś posłanie i strawę - po czym wyszedł z namiotu starając się jak najszybciej wrócić do rannej przyjaciółki zanim wpadnie jej kolejny brawurowy pomysł do głowy....
-
Norman znalazł Amalryka, osiodłanego i gotowego do jazdy, tak jak i Boemunda. Wrócił po tym do swej przyjaciółki, która siedzi w namiocie spoglądając na swój miecz.
-
Robert
Rozsiodłał Amalryka i Boemunda,zanosząc całe oporządzenie do namiotu zaś w nim rozkładając dla niej kropierz a na nim kładąc koc. Po chwili podszedł do swego wierzchowca i wrócił ze sporą porcją prowiantu dla siebie i Agnes a także bukłakiem wody siadając koło niej.
-
Nie jestem głodna - rzekła Agnes, jeszcze przez chwilę wpatrując się w miecz. W końcu zdjęła buty, wzięła bukłak i wylała nieco wody na dłoń, a następnie jako tako przemyła sobie stopy, zaraz też tak samo obmyła twarz niewielką ilością wody. Po tym wypiła nieco i oddała bukłak Normanowi. Wykorzystała do tego wszystkiego połowę, resztę mu oddając.
-
Robert
Jak sobie życzysz - odparł jedząc i pijąc dopóki nie zaspokoił własnego głodu,gdy skończył odłożył wszystko z powrotem na miejsce i zaczął zbierać się do wyjścia.
-
Wybierasz się gdzieś? Spytała pani de Montmirail Roberta.
-
Robert
Eee,no tak,muszę jeszcze zabandażować sobie kilka ran a potem idę spać - powiedział czując się coraz bardziej skrępowany tą rozmową - Kocham ją jak siostrę ale głupio mi będzie spać z nią wtuloną we mnie i to pod jednym kocem....