-
Catherine
Otworzyła usta by zacząć się z nią sprzeczać jednak szybko z tego zrezygnowała i ostatecznie nic już nie powiedziała bowiem była naprawdę wykończona właściwie wszystkim co się wydarzyło tego dnia....Zamiast tego przytuliła się bezsilnie do szyi wierzchowca "jej" rycerza i przymknęła oczy....
-
Kersijana
Niepokoiła ją głęboka rana na kłębie konia. Jego oddech był nierówny i ciężki. Kersi przyłożyła twarz do jego policzka równocześnie kładąc dłoń na jego sercu... Nierówne, ale szybkie bicie wskazywało na to, że jest wycieńczony. Umiała leczyć ludzi i znała swą magiczną moc leczenia. Czasem wymagało to od niej ogromnej koncentracji a czasem nie musiała się zbytnio wysilać by kogoś uzdrowić, ale to ludzie. Ze zwierzętami jest o wiele trudniej. Człowiek podświadomie nie chce opuszczać swoich bliskich i wystarczy wejść w jego umysł i wskazać mu właściwą drogę, by wrócił do rodziny, bliskich, którzy go kochają i tęsknią za nim. Uzdrowicielka daje odrobinę siebie gdy kogoś chce wyleczyć. Oczywiście tego jak dużo ma dać z siebie zależy od ran i samego chorego. Jak bardzo zmęczony jest już życiem i jak bardzo chce zostać na progu tamtego świata. Zwierzęta a szczególnie tak związane ze sobą jak ona i Mirillia Lassi wymagają większego poświęcenia. On nie będzie chciał jej odbierać energii życiowej, nie chce z miłości narażać jej na niebezpieczeństwo. Zna cenę. Ceną tą możliwe,że będzie jej życie...
Kersi też ją znała, ale jak by mogła się zawahać, zwątpić? Miriliia Lassi był dla niej wszystkim. To nie był zwykły koń albo przyjaciel, czy brat. On był cząstką niej, bratnią duszą... Gdy był w pobliżu to znali swoje myśli. Czuli to samo.
Kersi zamknęła oczy, wszystko w okół ucichło. Nie było zamku, dziedzińca ani rycerzy gotujących się do walki. Nie było najeźdźcy....Wszystko przestało się liczyć.
Czas zwolnił.....
Jej myśli wirowały w okół niej i Rumaka. Pędzili razem przez niezmierzone morze traw ku zachodzącemu słońcu. Horyzont zdawał się niedościgniony a morze traw nie ustawało. Serce konia i jej, biły równo i miarowo w rytm stukotu kopyt konia. ta-dam, ta-dam, ta-dam ..... Wiatr rozwiewał jej włosy i końską grzywę. Kersi, drobna przy posturze konia, obejmował go za szyję leżąc praktycznie na nim. Czuła go całym ciałem, słyszała jak bije jego serce i czuła jak w jego żyłach płynie krew.
Zamknęła oczy, ale widziała to co On. Zmysły ich się połączyły... Czuli że są jednością. Jedną duszą zaklęta w dwóch ciałach, które bez siebie nie są wstanie żyć. Jedno bez drugiego nie może istnieć...
Kersijana skupiona i skoncentrowana szukała wspólnych chwil. Przywoływała każde najmniejsze wspomnienie jakie spędzili razem. Czuła że jej siły i energia życiowa jest coraz słabsza. Koń się bronił....
Zwolnił w płynnego cwału w galop.... Zwalniał, a morze traw nie ustępowało. W końcu zatrzymała się. Z nozdrzy słychać było świst oddechu. Serce, wszystkie tętnice przetłaczały rozszalałą krew...
Kersi zeszła z konia... Uwagę przykuła jej dziwna rana na jego kłębie. Z rany wypływało jakieś błękitne światło. Co Ci się stało? Zaniepokoiła się. Chciała ją zbadać dotknąć... gdy wyciągnęła rękę, rumak odsunął się od niej nie pozwalając się dotknąć. Bracie, nie zrobię Ci krzywdy. Znowu zrobiła krok w jego stronę z wyciągniętą dłonią, ale koń zaparskał ciężko i odskoczył jakby spłoszony... Stanął parę metrów od niej... Światło z rany jakby wypływało a rumak robił się.... Kersi mogła przysięgnąć choć z niedowierzaniem, że Mirillia Lassi robi się przezroczysty. To tak jakby światło wypływające z jego rany zabierało jego duszę...
Zaniepokojona zaczęła iść szybko w jego kierunku... Trzeba to zatamować... powiedziała do konia. To Twoja dusza uchodzi. daj sobie pomóc.... Kersijana szła coraz szybciej do konia, ale ten nagle zaczął biec... Ku zachodzącemu słońcu... Usłyszała jego myśl... Żegnaj Siostro..... Kersijana krzyknęła. Nieeeee.....
W tym krzyku zawarta była cała jej rozpacz, strach przed stratą najważniejszej istoty w jej życiu. Strach przed samotnością i przed wieczną tęsknotą... Zaczęła biec jak szalona za nim tak jak On ku zachodzącemu słońcu. Wcześniej jak cwałem gnali ku niemu cały czas świeciło ono tak samo. Nie mogło się schować za horyzontem. Byli zbyt szybcy. Ich połączone dusze gnały ich we wspólnych marzeniach i to dawało im siły. Siły by dogonić to co niedoścignione, Wiedzieli, że gdy są razem nic nie jest niemożliwe i nieosiągalne. Teraz sylwetka rumaka jeszcze widoczna choć już coraz mniej na tle zachodzącego słońca zaczęła znikać. Wraz ze słońcem. Kersi biegła cały czas. bardzo długo. Wiedziała, że gdy zrobi się ciemno na zawsze Go straci. Czuła jak coś rozrywa jej płuca. Krew chciała rozerwać jej żyły. Mięśniom zaczynało brakować sił... Czuła że słabnie, ale się nie poddawała, biegła aż do utraty tchu... zaczynała jednak zwalniać z wycieńczenia. Ale nie przestawała biec... Nigdy się nie zatrzyma, nawet za cenę życia....
Taka jest jej magia. Odpłynąć we wspólnym czasie łącząc się z myślami. Kersi wiedziała co dolega jej Bratu i wiedziała jak mu ma pomóc, ale brat znając cenę nie chce od Niej tego poświęcenia. Wiedział, że nie będzie chciała się poddać w biegu za nim, ale mimo szczerych chęci w końcu padnie wycieńczona. Będzie nieprzytomna i obudzi się dopiero o wschodzie słońca... Czy będzie sama? Na to pytanie Kersijana nie znała odpowiedzi....
Nastała ciemność.... Kersi leżała na ziemi nieprzytoma....
-
Kersijana:
Zbudziłaś się obok Anny, w komnacie medyka, na łożu. Księżna spojrzała na Ciebie i szepnęła - coś ty sobie zrobiła Kersi... Usłyszałaś też zaraz jakiś męski głos, chyba Bowena - wiedziałem, że Noldorowie są jednak popieprzeni, ale że aż tak... Miej nas Astreo w opiece jeśli więcej ich spotkamy.
-
Kersijana
Chciała się podnieść ale nie była w stanie... Czuła że wszystko ją boli nawet końcówki włosów... Co z Nim? patrzyła błagalnie na mężczyznę... Chciała podnieś rękę ale chyba tylko ledwie uniosła palce...
-
Kersijana:
Nic, dzięki twemu występowi jego rany się zagoiły, ale teatrzyk mieliśmy piękny hehe. Wybacz pani, na mnie już czas, muszę skoordynować obronę. Chociaż jak Jatu się wedrą, może się nam przydać taka moc dla odwrócenia uwagi hehe. Bowen ukłonił się i wyszedł z komnaty.
-
Kersijana
Anno, ja muszę tam pójść. To mój obowiązek... Zabijając Twojego męża zostawiłam ich bez wodza... Kogoś co strachem albo męstwem ich poprowadzi... To nieważne że on był tyranem i okrutnikiem, ale Bowen mia rację. Działałam egoistycznie... Moja chęć zemsty na nim spowodowała to, że ich wszystkich naraziłam na śmierć... Jestem im to winna by być tam teraz... Muszę odzyskać siły i to bardzo szybko. nie mamy czasu do stracenia...
-
Kersijana:
I co zrobisz, pójdziesz przed nich i padniesz przed nimi z sił? Ucieszą się, nabiorą chęci do walki, do zjednoczenia się? Spytała księżna.
-
Kersijana
Rozpłakała się... Tak masz rację... Lepiej już będzie jak zostanę tutaj...Wybacz ale ja tak chcę pomóc....
-
Kersijana:
Też nie chcę tu leżeć, ale my jesteśmy kobietami, teraz przyszedł czas na czyny mężów... Odparła księżna. Nagle do komnaty wszedł sługa, cały zdyszany i rzekł do Anny - pani, wybacz mi proszę, ale jakiś Noldor łazi po dziedzińcu i awanturuje się z naszymi sierżantami!
-
Kersijana
Anno To Elrohir... Tylko jeden Nordolczyk jest skłonny zrobić burę na dziedzińcu by mnie zobaczyć... Kersi dodała już jednak bardzo cicho. Mam nadzieję że nie przestał mnie kochać....