-
Spytko
Takoż mam swój honor i wolę więcej nie łgać niż to konieczne. Umyśliłem z żoną poprosić panią Agnes o pozwolenie na podróż lub odłączenie się w Tulonie jeśli będziem przez niego przejeżdżać, jednak musimy podać ku temu dobry powód. Opowiedz mi więc wszystko co wiesz o tym miejscu, a także zdradź w końcu jak owa hrabina ma na imię, byśmy nie zanieśli wieści o Twej śmierci Jej siostrze lub matce.
-
Spytko:
Tulon to przede wszystkim port, ale sam w sobie z niczego więcej nie słynie. Ciekawsze są ziemie na zachód, hrabstwa Tuluzy, Foix czy Carcassone. Hrabina ma na imię Izabela. Izabela de Foix.
-
Adalbert
Paw w piórach tutaj? Obawiam się że nie zaznasz tutaj takiego rarytasu... Może chodź ze mną do szynkwasu i osobiście spytaj karczmarza co może Ci zaoferować? Spytał wstając powoli od stołu.
-
Spytko
Trudno, będziemy musieli zatem coś sami wymyśleć. Ech, żeby chociaż był tam jakiż kościół poświęcony Bogarodzicy. Bywaj zatem, nie będę dłużej wadził, bo i widzę że humor Waści nie dopisuje rzekłszy to zebrał się do powrotu.
-
Adalbert:
Hm... Zdam się na twój gust, zobaczymy co smacznego mi wybierzesz - odparła Sybilla uśmiechając się na chwilę. Dziewczyna zdjęła swój płaszcz i zawiesiła go na krześle.
Spytko:
Tak, żegnaj - rycerz zamknął za Tobą drzwi.
-
Adalbert
To i tak lepiej chodź ze mną, bo jeszcze ktoś się Cię uczepi, panienko, kiedy sama będziesz siedzieć.
-
Spytko po polsku
Wrócił do żony Hrabina ma na imię Izabela. Tulon to port, jednak niestety nie słynie z niczego więcej. Może Tobie się uda wymyśleć co może chcieć kobieta przy nadziei z portu, czego w zamku nie dostanie, ja zbyt zmęczony jestem by nad tym dumać. Ziewnął potężnie i położył zażyć nieco snu.
-
Adalbert:
Dobrze - panna de Foix poszła razem z Tobą do karczmarza. Jednak gdy tylko chcieliście zamówić coś do jedzenia, dziewczyna spostrzegła, że jakiś łotr ucieka z jej płaszczem. To mój płaszcz! Wrzasnęła.
Spytko:
Wiesz co? Pomyślę nad tym, ale teraz muszę i ja zażyć snu... Odparła Katarina i wkrótce usnęła wtulona w Ciebie.
Wszyscy poza Adalbertem:
Po kolejnych kilku dniach zebraliście się na pokładzie okrętu, obserwując nadciągające, czarne chmury. Płyniecie prosto w nie, wydaje się, że nie unikniecie sztormu. Strach albo chociaż niepokój wypełnił wasze serca...
-
Robert
Schowajcie się w kajucie na czas sztormu ja zostanę na pokładzie i spróbuję pomóc załodze,przyda się moja siła... - rzekł do Agnes i Charlotte
-
Spytko
Konie! krzyknął i pobiegł uspokoić wierzchowce, by nie wpadły w panikę podczas zbliżającej się burzy.