-
Zgodnie ze swym jednogłośnym postanowieniem, nie czekaliście na rozwój wydarzeń w Belvoir tylko pomknęliście dalej do Jerozolimy. Jadąc przez most zwodzony ku otwartej przestrzeni, poczuliście jakoby tęsknotę, pragnienie ciepłego łoża, odpoczynku i beztroski. Po jakimś czasie jadąc galopem, jednak dość spokojnym, Charlotte się ozwała - może panowie rycerze coś opowiecie, by rozweselić alibo i uczynić tą podróż ciekawszą?
-
Adriano
Raz w Wenecji widziałem jak ktoś kupił skórzane rękawice za 20 złotych monet więc nie jestem taki najgorszy. heh
-
Robert
Rozweselić Cię Pani w tej chwili nie jestem w stanie ale opowiedzieć coś mogę - powiedział po czym wziął głęboki oddech i zaczął swą historię....
Anno Domini 1166
Był to czas wielce niespokojny na mej rodzimej wyspie, władza królewska była świeża i nie ugruntowana co wywoływało liczne lokalne konflikty pomiędzy miejscowymi możnowładcami którzy zwietrzyli łatwą okazję na poszerzenie swych posiadłości a ambicje mieli większe od możliwości, istny raj dla najemników którzy zatrudniani byli wielce ochoczo a za swe usługi żądali nieziemskich opłat wiedząc że zaślepieni żądzą władzy arystokraci zapłacą każdą cenę jaką usłyszą..... Konflikty były krótkie lecz krwawe i intensywne, wiele istnień na śmierć poszło korzyści tym którzy je na nią wysłali zwykle nie przynosząc. Szybko pojawiły się skutki owych wojen w postaci żądnych łupów zbrojnych band najeżdżających i plądrujących sioła czy rabujących ludzi na drogach.....
I moje ziemie ta zaraza dopadła mimo żem nie brał udziału w owych lokalnych przepychankach, kilkuset najmitów naszło me ziemie paląc i plądrując wieś, mieszkańców wybijając a trzodę uprowadzając. Nie mogłem tej zniewagi płazem puścić nie tylko z powodu że ziemie pod moją ochroną najechali ale i dlatego że innych śmiałków mój brak reakcji by mógł zachęcić i pomyśleć by mogli że młody senior nos z zamku się wyściubić boi....... Dlatego zebrałem swych zbrojnych i postanowiłem uderzyć na uchodzących z łupami grabieżców przy rzecznej przeprawie, nie znali oni tych terenów a i wolno się poruszali, pieszo idąc i łupy dźwigając, rozprężenie wśród nich panowało a i ostrożności nie wykazywali pewnie się czując. Z łatwością dogoniłem ich nieregularną kolumnę tuż przed wejściem na most, widząc ławę konnych w przerażeniu poczęli szyki formować łupy na wozy odrzucając..... Nie dając im chwili na organizację poprowadziłem szarżę ku ich zgubie, teren sprzyjał szarży był bowiem niemal płaski.... Ruszyliśmy najpierw stępa, potem w kłusa przechodząc by następnie w zwarty szyk się uformować i galopem ruszyć, oddali salwę w naszą stronę, kilkunastu mych ludzi z koni się zwaliło a od mojego hełmu strzała się odbiła nie było to jednak w stanie nas powstrzymać, włócznicy wyszli naprzód drzewce swe wystawiając jednak tego dnia nic nie mogło ich uratować. Wpadliśmy na nich z hukiem, przeszywając włóczniami i tratując pierwsze szeregi, po polu bitwy rozległy się przerażone krzyki ranionych i umierających, rozbita tłuszcza poczęła uciekać jak najdalej od naszego oręża prosto w stronę wartkiego strumienia rzeki gdyż inne drogi ucieczki im odcięte zostały, wielu z tych co naszej sprawiedliwości umknęło w wodzie się potopiło, ledwie kilkunastu ludzi z pogromu ocalało wieść o naszym zwycięstwie po okolicznych ziemiach roznosząc.....
-
Charlotte słuchała opowieści Normana jak zaczarowana, snując sobie w głowie wyobrażenie bitwy, o której mówił. Cóż za piękna chwila to musiała być, gdy zwyciężyliście! I ta szarża, te emocje! Ahhh jak ja bym chciała tego zaznać... Ale ani Agnes, ani Boemund nie chcieli mnie nigdy nauczyć walki, mimo mych próśb...
-
Robert
Cieszę się że Ci się spodobała Pani,zaiste piękna to była chwila - odparł z lekkim uśmiechem
-
Bertrand
Ach, gdybym tylko ja mógł serce sobie pokrzepiać pięknymi wspomnieniami... Niestety w moim przypadku tych okropnych jest zdecydowanie więcej...
-
Każde z nas ma okropne wspomnienia, ale czy piękne chwile nie stają się wtem cudowniejsze, jeśli są pośród tych strasznych? Spytała Charlotte, Agnes uśmiechnęła się, głaszcząc ją po głowie jakoby młodszą siostrę.
-
Robert
Masz rację Pani, te dobre chwile są niczym promienie światła pośród tych złych i tym bardziej takie wspomnienie się docenia mogąc do niego uciec w złej chwili
-
Bertrand
Gorzej jeśli pięknych chwil nie ma wcale i człek musi rozdzielać wspomnienia na te bardziej i mniej złe. Na szczęście od jakiegoś czasu u mnie te mniej straszne przodują.
-
Tak, ja wiem jakie - rzekła Agnes na słowa Bertranda, chichrając po tym znów.
-
Bertrand
Zwrócił się do Charlotte Ekhm, no nic, jeśli panienka tak łaknie opowieści, to mogę powiedzieć o odejściu tej, za którą tak tęsknię, o czym już Robertowi wspominałem.
-
Zatem opowiadaj panie, chętnie posłucham - odparła.
-
Bertrand
Wiesz zapewne, że konflikty między możnowładcami Francuskimi a Normanami toczą się od zawsze. Granica ciągle pozostaje ruchoma, a angielskie wypady sięgają ziem położonych nawet daleko wgłąb kraju. Oczywiście moi ziomkowie nie pozostają świętymi i także normańskie prowincje na kontynencie plądrują, lecz nie o tym ta historia.
W każdym razie mój ojciec był hrabią, właścicielem sporego połacia ziemi podlegającego wsi, położonej niedaleko na północny zachód od Tuluzy. We wsi tej fort stał, z trzech murów na krzyż, dwóch niewielkich baszt i donżonu składający się. Nigdy wróg nas nie nękał, więc pomimo ostrzeżeń ojciec często pozwalał sobie na opłacenie mniejszej straży. Aż do pewnego feralnego dnia...
Mając zaledwie dwa lata nieświadom byłem do końca otaczającego mnie świata, lecz o dziwo sporo z tamtego okresu pamiętam. Pewnego razu mój ojciec wyjechał gdzieś, na polowanie zapewne, bardzo lubił na dziką zwierzynę czyhać. Zabrał ze sobą część dworu i wszystkich sześciu mych braci, z których najmłodszy sześć lat liczył zaledwie. Ja, jako dziecko zbyt małe jeszcze na polowanie, z matką zostałem. W godzinach popołudniowych, kiedy słońce z wolna po tarczy nieba w stronę widnokręgu się kierowało, mać moja przez okno ze stołpu ujrzała jeźdźców zmierzających w stronę wsi. Wrażenia na niej to zbytniego nie zrobiło, lecz już po chwili zorientowała się, że jest ich za dużo jest i herbu naszego na tunikach nie mają, więc nie może to być jej mąż. Zaraz usłyszeliśmy okrzyki chłopstwa, dźwięk tłukących się naczyń, wrzaski śmiertelne... Wrogowie rozproszyli się, część chaty zaczęła przeszukiwać, a część w stronę fortu od razu pognała. Strażników oczywiście zbyt mało było, a i bramy głupcy nie zdążyli zamknąć na czas. Zostali wycięci w pień, podczas gdy grabieżcy małe straty ponosząc wtargnęli do donżonu. Usłyszeliśmy jak biegają po korytarzu od komnaty do komnaty w poszukiwaniu kosztowności. Kiedy kroki blisko naszych odrzwi usłyszeliśmy, matka pod łóżko kazała mi czym prędzej czmychać, a ja, brzdąc wystraszony prędko jej polecenie wykonałem. Wtem do sypialni jakiś oprych w kolczudze i z kaftanem heraldycznym wpadł. Ujrzawszy niewiastę wykrzywił twarz w okropnym grymasie uśmiechu, ukazując swe braki w uzębieniu. Krzyknął coś w tym barbarzyńskim języku, po czym moją rodzicielkę na podłogę silnym pchnięciem rzucił. Złapał ją za włosy i wytargał za nie z komnaty. Kiedy tylko odrzwia przeraźliwie trzasnęły ja wybiegłem ze swej kryjówki, uchyliłem je nieznacznie i przez niewielką szparę obserwowałem co się dzieje. Ten... zwierz zatargał ją aż do głównej sali, gdzie zazwyczaj ucztowaliśmy. W jednej chwili jeszcze dwóch się obok zjawiło. Na stół ją rzucili, suknię rozerwali... A ja stałem tam bezbronny jedynie patrząc, no bo cóż więcej mogłem zrobić?... Kiedy oni... skończyli, z powrotem za włosy na dziedziniec ją wytargali. Na gałęzi jabłoni rosnącej na dziedzińcu ją powiesili... łza w jego oku się pojawiła, lecz otarł ją zrazu Zaraz potem ojciec mój z odsieczą wrócił, najeźdźców wszystkich wybił, ale dla niej było już za późno...
-
Panienka słuchała historii z takim samym zaciekawieniem, co Roberta. W miarę wymawiania przez rycerza kolejnych słów, ta coraz bardziej smutniała, aż na końcu kilka łez spłynęło po jej policzkach, opowieść wyraźnie ją wzruszyła. To... Okropne, jak tak można było uczynić...
-
Bertrand
Niektórzy ludzie to zwierzęta i nic tego nie zmieni. Nie płacz panienko, ja już dawno przestałem się tym smucić, wiem że nic tych wydarzeń nie odwróci i ich nie zapomnę, pogodziłem się z przeszłością.
-
Robert
Zaiste przykra Twa historia Bertrandzie - powiedział do niego po czym dodał do Charlotte - niestety Pani,wojna to nie tylko bohaterskie czyny i potyczki,zdarzają się podczas niej również takie straszne rzeczy - gdy skończył pogrzebał chwilę w jukach i wyciągnął w jej stronę czystą chustę na otarcie łez
-
Charlotte nie wyciągnęła ręki po chustę, zaczęła tylko spoglądać na Normana jakoby czekając... Opowiedziałbym wam nieco o mych wyprawach wojennych w Danii, ale skoro panienka i tak już poruszona, to chyba o tamtejszym sposobie wojny prowadzenia mówić nie warto hehe - rzekł Godwyn.
-
Bertrand
Przypomniawszy sobie opowieść o włochatej piczy uśmiechnął się nieznacznie na słowa Godwyna.
-
Robert
Nie smuć się już Pani, i mnie smutek ogarnia gdy łzy na Twej ślicznej twarzy widzę - powiedział podjeżdżając do niej i delikatnie ocierając jej łzy,wielką staranność i uwagę przy tym wykazując
-
Adriano
Różnie w życiu bywa. Ja Betandzie miałem kiedyś starszego brata. Był dla mnie jak ojciec bo nasz prawdziwy nigdy nie miał dla mnie czasu. Pewnego dnia odpłynął do Ziemi Świętej i więcej nie wrócił choć przyrzekał że znów stanie na rodzinnej ziemi. Pogodziłem się z tym że prawdopodobnie zginął. Jedną jego lekcję zapamiętałem szczególnie. Powiedział bym po prostu robił swoje, to co uważam za słuszne Może dlatego jestem taki cichy. - uśmiechnął się nieznacznie.
-
Och... Dziewczyna zarumieniła się cała. Dziękuję - powiedziała nieśmiało.
Zaraz też Agnes wyrwana z dotychczasowej zadumy, poprawiła sobie włosy dłonią i zaczęła mówić - tysiące pięknych opowieści o chwale, waleczności, odwadze, a także tych smutnych o okrucieństwie, mordzie i grabieżach krąży po dworach, rozpowiadanych przez rycerzy i trubadurów. Jest też jedna mniej znana o pewnym szlachetnym rycerzu... O włosach czarnych niczym noc, pięknych zawiniętych wąsach i niedługiej, ale dodającej powagi brodzie. Serca wszystkich dam podbić mógłby, ale obrał sobie jedną... Uśmiechnęła się - pewnego wieczoru przybył na zamek... Którego nazwy wspominać nie warto. Ale ów zamek nieopodal Paryża się dumnie unosi na wzgórzu. Los chciał, iż tedy potężny zagon Normanów z Anglii wyprawę wojenną przygotował, a nasz dzielny kawaler przybył przed samym ich nadejściem, zupełnie przypadkowo, jako wędrowny wojownik szukając rycerskiej przygody. Ujrzała... Pewna panna ujrzała go wtedy, wjeżdżającego do zamku, na jego dziedziniec, na hełmie miał opaskę bannareta, co znaczyło iż to dość wpływowy pan. Dosiadał konia karej maści z Fryzji, jak mi... Jak później wyznał tej pannie, rumak nosił imię Amalryk, na cześć króla Jerozolimy, z której rycerz niedawno powrócił. Tak więc owa młoda panna nieco wystraszona z powodu nadjeżdżającej armii normańskiej, bardzo się uradowała na przybycie tak dumnie wyglądającego rycerza. Tedy wszystko się zaczęło... Niewielkie mury zamku i nieliczni obrońcy nie mogli długo powstrzymać atakujących. Wnet zniszczyli bramę taranem a pan zamku poległ, próbując bronić przejścia. Młoda dziewczyna rozpłakała się, gdyż był to jej wuj, ale wydarzyło się coś, co sprawiło iż jej serce zaznało nadziei... Nowo przybyły rycerz, na swym wielkim koniu, dobył swego pięknego ostrza ustawiając się na dziedzińcu i wykrzykując na cały swój donośny głos - Montjoeie Saint Denis! Na to wszyscy obrońcy zebrali się za nim i jak jeden mąż ruszyli na grabieżców, podchwycając ten okrzyk francuskich rycerzy. Wnet runęli na Normanów, siekąc ich z wielką determinacją, nie okazując litości. Tak oto zostali angielscy najeźdźcy pokonani u bramy niewielkiego zamku, dzięki bohaterstwie tego rycerza, dzięki temu iż w chwili zdawałoby się bez nadziei, on stanął do walki podrywając dzielnych Francuzów. Niedługo po tym, młoda panna, której w ciągu kolejnych dni rycerz serce podbił, wyruszyła z nim za morze... Tam, gdzie oboje przeżyli wiele chwil pieknych i smutnych...
-
Robert
Nic nie odparł na słowa Charlotte tylko uśmiechnął się do niej ciepło z trudem powstrzymując się by ją po policzku pogładzić,gdy zawstydzenie swe okazała tym piękniejszą i bardziej urokliwą damą mu się wydała, po czym spojrzał na Agnes ze zrozumieniem w oczach i powiedział - Piękna historia,nic dziwnego że owa dama serce swe mu ofiarowała....
-
Adriano
Piękna historia pani.
-
Tak Robercie, też jej się nie dziwię - odparła Agnes z uśmiechem, dodając - a skoro już przy tematyce miłości jesteśmy, opowiedz nam Bertrandzie o swych zalotach do panien we Francji, bo nie uwierzę iż żadnej w twym życiu nie było.
-
Bertrand
Moich zalotach? odparł zdziwiony Przecież nie opowiem o tych wszystkich... damach
-
Dobrześ słyszał, chyba nie odmówisz mi przyjemności wysłuchania opowieści o twych miłosnych przygodach? Spytała z uśmiechem pani de Montmirail.
-
Robert
Spojrzał ze zdziwieniem na Bertranda - Czyżby żadnej prawdziwej kobiety w jego życiu nigdy nie było? Odpowiada jakoby nigdy do żadnej szlachetnej damy się nie zalecał......
-
Bertrand
Posmutniał trochę bardziej, tak jak wtedy gdy historię swą opowiadał, specjalnie, coby rozmówcy więcej wiary mu dali. Wybacz, lecz nie mam zbytniego humoru by o miłościach swych rozmawiać. Oby się odczepiła, oby się odczepiła!
-
A cóż lepiej humor poprawia od upojnych wspomnień? Wszak miłość jest piękna - mówiła dalej Agnes, wciąż z uśmiechem.
-
Robert
Zrobił wielkie oczy nie mogąc słowa wydusić - Jak miłość może o smutek przyprawiać? Przecież chwile spędzane z bliską osobą są tymi najpiękniejszymi i najwspanialszymi....., jeśli nikogo w życiu nie pokochał z wzajemnością smutne ono doprawdy być musiało
-
Bertrand
Cóż tak ślepia wbijasz Robercie? Nie chcę już po prostu rozmawiać o kobietach w moim życiu się przewijających.
-
Robert
Skoro tak twierdzisz......, a ja jeno podzielam zdanie Agnes że wspomnienia o chwilach z ukochaną osobą są tymi z najcudowniejszych, miłość to piękna rzecz i nic nie może się z nią równać,dziwi mnie że inaczej uważasz.....
-
No cóż, skoro nie chcesz mnie opowieścią uraczyć to trudno, ale ciężko zdobyć serce damy, nie znając opowieści o miłości, a cóż lepszym natchnieniem na wymyślanie ich, niż własne przeżycia? Spytała Agnes.
-
Bertrand
Może kiedy indziej, gdyż dziś tak jak wspominałem nie mam humoru na więcej historii.
-
Agnes zaczęła chichrać usłyszawszy słowa rycerza, pewno wyczuła że to nie przez brak humoru ten nie chce nic już opowiedzieć...
-
Robert
Uśmiechnął się pod nosem po czym zapytał Charlotte - Pani czy sprawiła byś nam wszystkim przyjemność i zaśpiewała jakąś pieśń swym anielskim głosem?
-
Bertrand
Kiedyś będę musiał chyba prawdę powiedzieć...
-
Charlotte znów się nieco zarumieniła, ale nic nie odpowiadając zamyśliła się chwilę i po niedługim czasie zaczęła śpiewać. Najpierw powoli i nieśmiało, ale potem rozweseliła się wielce, śpiewając coraz głośniej i bardziej żywiołowo w swoim rodzimym języku:
Seigneurs, sachez : qui point de s'en ira
En cette terre où Dieu fut mort et vif,
Et qui la croix d'outre-mer ne prendra,
A dure peine ira en paradis;
Qui n'a en soi pitié ni souvenance,
Au haut Seigneur doit chercher sa vengeance,
Et délivrer sa terre et son pays.
Tous les mauvais resteront à l'arrière
Qui, n'aimant Dieu, ne l'honorent, le prient.
Et chacun dit : "Ma femme que fera ?
La laisserai à nul, fut-il ami",
Serait tomber en bien trop folle errance;
Il n'est amis hors celui, sans doutance,
Qui pour nous fut en la vraie croix mis.
Or, s'en iront ces vaillants écuyers
Qui aiment Dieu et l'honneur de ce mont,
Qui sagement veulent à Dieu aller;
Et les morveux, les cendreux resteront.
Aveugle soit - de ce, ne doute mie -
Qui n'aide Dieu une fois en sa vie,
Et pour si peu perd la gloire du monde.
Douce dame, reine couronnée,
Priez pour nous, Vierge bienheureuse !
Et après nul mal ne nous peut échoir.
Wiedzcie, panowie, kto nie ruszy dziś
Tam, gdzie Bóg poniósł śmierć i z martwych wstał,
Kogo zamorski nie ozdobi krzyż,
Tego zapewne też ominie Raj.
Czyja więc litość w kim jest nieuboga,
Niechaj rusza, ażeby pomścić Boga,
Oswobodzić jego ojczysty kraj.
Gnuśnych i podłych zostanie tu ćma;
Tych nie obchodzą ni honor, ni Bóg;
Mówią: 'Cóż pocznie tu małżonka ma,
Gdzieżbym przyjaciół mych opuścić mógł?!'
Takich szaleństwo zupełne ośmiela;
Wszak jednego mamy tu przyjaciela,
Który za nas Krzyż na Golgotę wlókł.
Ale młodzieńców huf ruszy na wieść -
Aby swe życie nieść dla Bożych służb;
Pójdą młodzieńcy po sławę i cześć,
Tutaj zostanie zaś jedynie tchórz.
Ślepym jest - widzę to sam znakomicie -
Kto dla Boga swoje oszczędza życie;
Sławy u świata ten nie zyska już.
Panno Czcigodna, ukoronowana,
Łaski pełna, prośże za nami Pana,
A nieszczęście wszelkie ominie nas!
-
Robert
Słuchał w wielkim skupieniu i mimo że słów nie rozumiał to wielką radość mu ta pieśń sprawiła,wyraźnie zadowolony powiedział - Dziękuję, mimo że nie dane mi było treści zrozumieć to radość mi sprawiło samo jej słuchanie,o czym była?
-
Charlotte pokłoniła się w siodle z uśmiechem rzecząc słodkim głosem - zawsze do usług jeśli o śpiew chodzi panie, a pieśń jest wezwaniem do krucjaty. Zaczęła po tym przekładać Robertowi słowo w słowo pieśń na łacinę.