-
Catherine:
Zostaw pani bo opatrunki poluzujesz - rzekła stanowczo kobieta. Margaret jest nieprzytomna, ma 3 opatrunki na ciele i jeszcze dwie nieopatrzone rany kłute poza tym i jedną ranę ciętą na dłoni. Tristan szepnął - wybacz mi, że zawiodłem... Mogłem już tylko chwycić za wodze jej rumaka i odciągnąć za mur, bo była tak ranna że trzymając kobietę nie dawała rady sama jechać...
-
Catherine
Spojrzała na niego z rozpaczą w oczach i zaraz zwróciła swoją uwagę na uzdrowicielkę i dość mocno nią potrząsając rzekła rozgorączkowana - Ale ona przeżyje?!Przeżyje,prawda?!
-
Catherine:
Nie-e-e-w-i-e-m! Odkrzyknęła uzdrowicielka gdy nią szarpałaś. Daj mi dziewczyno opatrunki jej robić, wiem że się martwisz! Straciła dużo krwi, ale zrobię wszystko co mogę by ją ocalić, obiecuję!
-
Catherine
Mogę jakoś pomóc?Bo ja chętnie pomogę!Tylko powiedz jak.... - powiedziała wciąż wyraźnie pobudzona,puściła ją jednak wreszcie by ta mogła wrócić do opatrywania jej przyjaciółki....
-
Catherine:
Tak, wskakuj pod koc i przytul się do niej tylko uważaj by jej ran nie podrażnić - odparła uzdrowicielka.
-
Catherine
To przeze mnie to zrobiła,powinnam być przy niej i ją powstrzymać.... - rzekła nagle i rozkleiła się zupełnie głowę chowając w dłoniach....
-
Catherine:
Nie obwiniaj się księżniczko, zrobiłaś co mogłaś - rzekł Tristan i przytulił Cię mocno, głaszcząc po włosach.
-
Catherine
Zaczęła tylko płakać jeszcze głośniej jak gdyby nie zwracając na niego uwagi,nie mogła sobie wybaczyć że nie zdołała temu zapobiec i że jej przyjaciółka mogła odejść już na zawsze....
-
Catherine:
Tristan nie przestał Cię tulić ani głaskać, rzekł w trakcie - Astrea nie pozwoli jej odejść, skrzywdziłaby tym nie tylko ją ale i ciebie, a to bogini życia, dobroci... Rycerz nagle pocałował Cię czule w czoło.
-
Catherine
A gdzie ta kobieta którą ocaliła? - wypaliła nagle wciąż roniąc wiele łez,jednocześnie czuła się coraz gorzej choć nie zwracała na to uwagi bowiem były przecież ważniejsze rzeczy na głowie niż piekąca rana i potworne zmęczenie....