Adriano
Bertrandzie możesz nam powiedzieć co się stało? - Szykuje konia do drogi.
Wersja do druku
Adriano
Bertrandzie możesz nam powiedzieć co się stało? - Szykuje konia do drogi.
Robert
Nieco się zmieszał reakcją kobiety jednak zdobył się na to by delikatnie zaczesać jej opadające włosy za ucho po czym z wielkim namaszczeniem nałożyć wianek na jej głowę, gdy skończył odsunął się nieco pochylając jeszcze głowę na znak przeprosin.
Bertrand
Przeszył gniewnie wzrokiem tym razem Adriana, westchnął ciężko i warknął Roberta pytaj!
Godwyn zaśmiał się, wracając do gotowania konia do jazdy.
W zagajniku tymczasem, Charlotte, wyglądająca przepięknie z wiankiem na głowie, dalej nie może wymówić ani słowa będąc w szczerym szoku. Wnet jednak Agnes stwierdziła - widzisz kochana, mówiłam ci tyle razy że i ty kiedyś odnajdziesz swego Boemunda. Po tych słowach, popędziła rumaka Roberta do stępa.
Robert
Patrzył za odjeżdżającą Charlotte - Czyżbym właśnie tutaj,w ziemi świętej odnalazł drugą Julię? Jest taka niewinna i dobra...., a gdy się zawstydza wygląda jeszcze piękniej,a jaki ma niebiański głos, może to przeznaczenie bym ją za drugą żonę pojął? Ale czy będzie chciała,w końcu wiele wiosen różnicy między nami..... - tak rozmyślając ruszył z powrotem w stronę obozowiska.
Bertrand
No i co się cieszysz konowale?
Adriano
Wzruszył ramionami - Nie omieszkam
Wszyscy są już z powrotem w obozie. Godwyn postanowił już się nie odzywać, poprzestając na śmiechu. Kobiety zsiadły z potężnego konia Roberta, Agnes powiedziała do niego - oddaję ci przyjaciela, dobrze się na nim jeździ.
Bertrand
Podszedłszy do Roberta powiedział cicho, tak, że tylko Włoch słyszał Czy mógłbym zająć Ci chwilę?
Robert
Boemund polizał po twarzy najpierw Agnes a potem Charlotte po czym zarżał radośnie na co Robert powiedział z uśmiechem - On też tak uważa - gdy usłyszał słowa Bertranda spoważniał i odparł mu - Dobrze,odejdźmy nieco na bok
Bertrand
Odszedł kawałek razem z Włochem po czym zaczął mówić ściszonym głosem Dziękuję żeś mnie... ekhm, powstrzymał w chwili słabości, bo... bo kto wie co był bym zdolny zaślepiony zrobić. Nie byłem do Ciebie wcześniej zbytnio przychylnie nastawiony Robercie, lecz mimo to pomogłeś mi... rzekł to wszystko wyraźnie zażenowany.
Robert
Ja też dla Ciebie nie byłem....., zaś to co zrobiłem wynikało z pewnego poczucia obowiązku, gdy to robiłem nie myślałem by Ciebie ratować lecz wdzięki Pań przed niepożądanym wzrokiem uchować, wiedz jednak że nie zamierzam rozpowiadać tego co tam zaszło......, nie licz jednak że u Agnes się wstawię by tak samo postąpiła, na moje oko sam ją winieneś przeprosić ale zrób jak uważasz - odparł Bertrandowi szczerym głosem patrząc mu w oczy.
Bertrand
A zatem jeszcze raz muszę Ci podziękować, za to, że nie powiesz o tym nikomu... A co do pani, nie chciałem byś się u niej wstawiał, sam z nią porozmawiam, Tobie chciałem jedynie podziękować i przeprosić, że oschły wobec Ciebie wcześniej byłem. kiwnął mu głową na znak zgody i odszedł z powrotem do Guillaume'a. Po drodze jednak zapytał Agnes Pani, czy mógłbym zamienić z Tobą słowo na osobności nim wyruszymy?
Robert
Również skinął mu głową na znak zgody po czym podszedł do swego wierzchowca aby poczynić ostatnie przygotowania do drogi wcześniej odprowadzając go nieco na bok by dać nieszczęsnemu rycerzowi więcej prywatności.
Agnes zaczęła się chichrać przez chwilę, zaraz jednak się uspokoiła i odparła po francusku - tak, możemy.
Betrand po francusku
Guillaume ujrzawszy, że jego pan oddala się przyszedł do niego i parsknął radośnie. A może otuchy chciał mu dodać? Bertrand jego zachowanie skwitował No, tośmy porozmawiali na osobności. po czym spojrzał na niego wymownie. Guillaume znów prychnął i szturchnął Bertranda w ramię. Ten tymczasem rzekł do kobiety No nic, w każdym razie chciałem Cię przeprosić za tą sytuację nad wodą... Nie wiem co we mnie wtedy wstąpiło, wytłumaczenia na to sensownego nie mam...
Pani de Montmirail pogłaskała Twego rumaka po czole uśmiechając się. Przeproś lepiej samego siebie i Boga, a nie mnie, mi bowiem humor twój piękny występ tylko poprawił. Choć Charlotte się nieco zgorszyła tym... Ale to młoda dziewczyna, jeszcze niewiele widziała w swym życiu.
Betrand po francusku
Skoro już tu rozmawiamy w cztery, a właściwie sześć oczu, to chciałbym o jeszcze jednym Ci powiedzieć.
Mów więc... Rzekła kobieta.
Betrand po francusku
Westchnął ciężko składając myśli i zaczął mówić patrząc kobiecie prosto w oczy Agnes... Twą urodę można porównać do pułapki, w którą zostało schwytane moje serce... Chcę po prostu powiedzieć... Kocham Cię. Wiem, że jestem nieporadny, i zapewne wiele razy dawałem temu dowód, lecz to głównie przez uczucie, które do Ciebie żywię... A uczucie to prawdziwe, szczere... Guillaume wysłuchawszy swego pana musnął Francuzkę delikatnie w ramię, jakby pchając ją do niego. Bertrand tymczasem poczuł się o wiele lepiej, dzięki temu, że powiedział w końcu to co mu na sercu leżało.
Agnes oniemiała wręcz z wrażenia, wpatrywała się przez dłuższą chwilę w oczy Bertranda, nie mogąc nic rzec. W międzyczasie delikatnie dłonią głaskała konia rycerza po szyi. W końcu zdobyła się na odwagę i powiedziała - Bertrandzie... Ja... Cię bardzo lubię, jesteś dobrym i zabawnym kompanem, ale... Zrozum... Nie jest to miłość, kocham Boemunda... A miłość między nami... Może pewnego dnia umiłuję cię jak brata, jeśli dalej będziesz mi towarzyszył. W przyszłości... Może... Eh...
Bertrand po francusku
Ach tak, Boemund... Zapomniałem że masz już swego wybranka... Po com w ogóle zaczynał tę rozmowę... rzucił przygnębiony, po czym ruszył w stronę obozu. Guillaume z kolei został przy Agnes i znów pyskiem ją trącił, teraz trochę mocniej, lecz wciąż delikatnie, coby jej krzywdy nie zrobić.
Nie smuć się Bertrandzie, Bóg da ci jeszcze upragnione szczęście, tutaj, czy w swym królestwie. Zaufaj mi - Agnes się uśmiechnęła serdecznie, obejmując za szyję Guillaume'a.
Bertrand po francusku
Teraz najbardziej bym się cieszył, gdyby mi jakowyś miecz saraceński zesłał, coby mi do piekła drogę otworzył. Chodź Guillaume. Rzekł jeszcze na odchodne. Wierzchowiec popatrzył na Agnes i niechętnie wyrwał się z jej uścisku udając się za swym panem.
Agnes wróciła do obozu zaraz za Bertrandem. Wasze konie są już gotowe do drogi, możecie wyruszać wreszcie ku Jerozolimie... Pani de Montmirail dosiadła swego rumaka i podjechała do Bertranda ze smutnym obliczem, gładząc delikatnie palcami grzywę Guillaume'a.
Bertrand
Czemu posmutniałaś? spytał po francusku, a troskę dało się w jego słowach wyczuć. Wierzchowiec poczuwszy dłoń niewiasty znów parsknął szczęśliwie, podobały mu się jej pieszczoty.
Wiesz przecież... Odparła w tym samym języku, przez chwilę jeszcze gładząc grzywę wierzchowca Bertranda. Zaraz jednak pokręciła głową i galopem ruszyła przed siebie wykrzykując po łacinie - z Bogiem, naprzód! Charlotte i Godwyn ruszyli za nią.
Robert
Przez cały czas stał oparty o bok swego wierzchowca pogrążając się w myślach o tym czy jego związek z Charlotte w ogóle jest możliwy oraz.....czy na pewno sam tego chce i jest gotowy na związek z kolejną kobietą - Nie zasłużyła na to by ją ranić a czy którąkolwiek kobietę na ziemi mogę pokochać równie mocno co Julię? I czy którakolwiek może ją zastąpić? - z zamyślenia wyrwał go głos Agnes, dosiadł Boemunda i natychmiast popędził go do galopu by zbytnio nie zostać za resztą.
Bertrand
Westchnął ciężko i nachylił się nad uchem Guillaume'a, by szepnąć mu po francusku Widzę że i Tobie się spodobała... Lecz patrząc w drugą stronę Ty jej także, a niestety ja... Jeszcze w smutek żem ją na dodatek wtrącił. Guillaume zarżał dosyć głośno, jakby powiedzieć coś chciał. Lecz nie było to rżenie nerwowe, smutne czy obrażone, lecz wesołe, podnoszące na duchu, jakby chciał powiedzieć "Próbuj dalej Bertrandzie i nie troskaj się!". Rycerz pognał go w stronę odjeżdżających.
Podążyliście dalej, jadąc niestrudzenie galopem przez równiny Outremer. Po około godzinie drogi, przed sobą ujrzeliście w oddali dziesięciu rycerzy na koniach. Na długich kolczugach mają białe tuniki z zielonymi krzyżami, w takich samych barwach piękne płaszcze oraz kropierze. Stoją w kręgu, w środku którego coś jest... Nie możecie dostrzec co. Takoż nie widzicie twarzy tych rycerzy. Agnes zatrzymała się i jak zaczarowana poczęła spoglądać na wojowników...
Robert
Ze zdziwieniem popatrzył na reakcję przyjaciółki - A cóż jej się znów stało? Może kolejna wizja ją dręczy......, jak ja dobrze ją rozumiem.... - pomyślał po czym minął ją i począł jechać w stronę rycerzy przynależących najwyraźniej do któregoś z miejscowych zakonów.
Bertrand
Tacy jak w mym śnie... pomyślał, po czym także do zakonników podjechał.
Dojechaliście do rycerzy we czwórkę z Godwynem. Kobiety pozostały z tyłu, Agnes spłynęły łzy po policzkach, Charlotte chwyciła ją za dłoń by dodać jej otuchy. Wnet jeden z rycerzy obrócił się ku wam, ukazując wam swe straszliwe oblicze. Nie ma na głowie hełmu, włosy jego długie ale niezbyt gęste. Na licu ma wiele ran - jedna tuż pod nosem, zapuchnięta i ropiejąca, druga na policzku, pod oczami również nieznacznie popuchnięta jego skóra, kolejna na pomarszczonym czole. Jeszcze następna ciągnie się od brody aż po szyję. Cera jego dość ciemna, zapewne nie przez opaleniznę, bowiem w niektórych miejscach wokół ran pobladła. Minę ma ponurą, takoż i oczy, wydaje wam się że oto sama śmierć na was nimi spogląda. Rycerz dosiada siwego rumaka, noszącego zakrwawiony, biały kropierz z zielonym krzyżem.
Reszta z rycerzy takoż spojrzała ku wam, ich oblicza są równie ponure ale większość ma bandaże na twarzach, wszyscy zaś hełmy, niektórzy garnczkowe. Milczą... Zebrani zaś są wokół stosu trupów, to martwi saraceni.
Robert
W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, w życiu nie widziałem tak okropnych twarzy, jakąż trwogę muszą wzbudzać w sercach nieprzyjaciół samym swoim wyglądem, szarżująca śmierć niejednemu by odwagę mogła odebrać......, zaiste straszny los ich spotkał,ciekawym czym sobie zasłużyli że tak ich los okrutnie pokarał...... - pomyślał po czym zmierzył wzrokiem stos trupów i dodał znów w myślach - ale choroba im umiejętności nie odebrała,ładnie się z tymi saracenami sprawili
Bertrand
Niech Bóg zmiłuje się nad tymi grzesznymi duszami, które się od niego odwróciły, a z którymi się roprawiliście... zdołał z siebie jedynie wykrztusić, ujrzawszy stos ciał i okropne twarze rycerzy.
Jeden z rycerzy rzucił pochodnie w stos ciał, tak że te zaczęły płonąć. Niechaj płoną w ogniu Bożym... Rzekł rycerz, którego twarz was przeraziła, po łacinie, dodając zaraz - kim jesteście i czemu wędrujecie po kraju wojną ogarniętym tak nieliczna grupą? Głos jego przejawia zmęczenie, cierpienie, ale także hardość.
Robert
Jesteśmy rycerzami przybyłymi do ziemi świętej z....... różnych powodów - odparł bez cienia strachu po chwili dodając - a zmierzamy właśnie do Jerozolimy,pod zamek Belvoir podeszli saraceni w wielkiej sile a na dodatek w Trypolisie wybuchła wojna domowa przeciwko hrabiemu Rajmundowi, trzeba zdać o tym relację królowi.
Bertrand
Gdyby moje powody znali to bym skończył na tym stosie razem z poganami...
Wojna domowa w Trypolisie? Zdziwił się rycerz. Nieważne, i tak zgubieni jesteśmy, naszą teraz powinnością odesłać jak najwiecej saracenów do piekła by Bogu miłym być... Widzę, iż z wami podróżuje też była żona oraz siostra naszego konstabla... Rzekł po łacinie.
Robert
Tak to prawda, a my niejako za eskortę owych cnych dam na tej niegościnnej ziemi robimy......, zaś skoro chcecie walczyć z saracenami szlachetni rycerze może wyruszcie z nami do Jerozolimy? Jestem pewien że król w tej czarnej godzinie każdego miecza będzie potrzebował a Wy widzę że zaprawieni i wprawni w boju jesteście.