Dan
Cholera,faktycznie mogliśmy wziąć jakieś pochodnie.... - powiedział zły na własną nieuwagę - póki co podejdźmy tam,najwyżej wrócimy jeszcze raz już lepiej przygotowani
Wersja do druku
Dan
Cholera,faktycznie mogliśmy wziąć jakieś pochodnie.... - powiedział zły na własną nieuwagę - póki co podejdźmy tam,najwyżej wrócimy jeszcze raz już lepiej przygotowani
Edward
W mordę! Arghhh! Cholerne kamienie, cholerne mury, niech zdechną aaahaha! Pirat wstał na równe nogi i wziął swą skrzynię. Burdel, gdzie burdel - mruknął pod nosem oraz podążył na spacer po porcie...
Edward:
Żołnierz oraz reszta ludzi przebywająca niedaleko Ciebie spojrzała na Ciebie jak na idiotę, lecz coby nie mieć kłopotów wrócili szybko do swojej pracy. Przechadzałeś się po porcie dobre kilka minut i wciąż i wciąż nie mogłeś znaleźć swego upragnionego przybytku rozkoszy. Krew Cię powoli zalegała, gdy usłyszałeś pewien głos skierowany w Twoją stronę:
Ej ty! Widzę, żeś nowy w Khorinis. Nie ważne co planujesz - zdążysz zrobić to później. Stoisz przed najcudowniejszym zamtuzem w całej Myrtanie - Czerwoną Latarnią! Zawijają tu żeglarze z całego świata, tylko po to, by spędzić kilka nocy pod Czerwoną Latarnią wraz z naszymi najbardziej namiętnymi dziewczynami. Wejdź, proszę!
Słowa odźwiernego rzeczywiście brzmiały cholernie przekonująco. Aż zrobiło Ci się gorąco na myśl o małych igraszkach z dziewczynkami.... Chyba nie ma na co czekać, tylko wyłożyć pieniądze i rozpłynąć się w przyjemności...
Dan:
Podeszliście pod kopalnię. Rzeczywiście jest tam cholernie ciemno i przydały by się wam pochodnie...
Hm... Wiesz co? Mam pomysł. Spróbujmy jakoś wybawić coś stamtąd. Nie wiem, wspiąć się na skałę i zawołać średnio głośno wprost do kopalni z nadzieją, że to coś wypełznie, albo i jakieś kamienie tam nawrzucać. Choć nie jestem do końca pewien skuteczności i efektów tych moich pomysłów. W końcu jesteśmy w lesie. Jeszcze jakiś zębacz na nas wyskoczy czy coś.
Dan
Nie,nie, w lesie są gorsze rzeczy od zębaczy,wierz mi....,ja tu zaczekam i się trochę rozejrzę po okolicy a Ty wróć na farmę po pochodnie,w razie problemów krzycz,to tak krótki odcinek że na pewno Cię usłyszę
Edward
W czasie, gdy nieznajomy do niego przemawiał, padł na kolana i składając ręce jak do modlitwy, patrząc w niebo mówił - tak, tak nareszcie, moje marzenie się spełniło, dotarłem do Czerwonej Latarni yehahaaaa!!! Wstał w końcu i wszedł do przybytku energicznym krokiem, snując sobie w głowie wyobrażenia... Wiadomo czego.
Edward:
Co ja za idiotę wpuściłem do burdelu? Ah, nie ważne. Chłopaki się nim zajmą - mruknął pod nosem i jak gdyby nic kontynuował swoją pracę.
Wchodząc do środka zauważyłeś całkiem sporo bardzo pięknych i młodych kobiet. Skąpymi strojami, czy też tańcem kuszą przybyłych, coby nie poprzestali tylko na przyglądaniu się. Zza lady znajdującej się po Twej lewej stronie odezwał się elegancko ubrany mężczyzna - Witaj. Jestem Bromor. Właściciel tego przybytku. Jak mniemam szukasz towarzystwa u jednej z moich dziewczyn? - odezwał się równie zachęcającym tonem co nieznajomy przed zamtuzem.
Dan:
Dobra. Jak coś to ty też krzycz - po czym od razu udał się w stronę farmy. Zostałeś sam. Po około 10-15 minutach Randolph wrócił wraz z paroma pochodniami.
Wziąłem z trzy pochodnie i krzesiwa. Powinno starczyć nam - od razu wyjął jedną i zapalił ją za pomocą krzesiw - Będę ci oświetlać drogę. W końcu to ty jesteś od walki. Gotowy?
Dan
Tak,gotowy,ale od teraz przechodzimy na szept i odzywamy się w ostateczności - odparł mu po czym ruszył bardzo powoli w głąb kopalni starając się przemieszczać w miarę możliwości bezszelestnie
Edward
Zgadłeś! Odparł właścicielowi Czerwonej Latarni. Tyle pięknych panien, że złym uczynkiem byłoby ich nie uszczęśliwić! A więc ile muszę zapłacić, za możliwość dostąpienia tego zaszczytu? Nie mógł się powstrzymać, by kątem oka nie zerkać na tańczące dziewczyny.
Falmir:
Silni to są, ale nie tak jak paladyni. Zerknął dookoła, po czym krzyknął do kucharza - Coś do popicia by się przydało, panie kucharzu.
Vito
Dokończył posiłek. No to idę, nie pozwolę, byś za mną tęskniła. Udał się na patrol.