-
Catherine
Na jej słowa o setkach lat zastygła w bezruchu - To takie niesprawiedliwe....A my wszystkie pomrzemy za w porywach pięćdziesiąt lat,urodę zaś stracimy za dwadzieścia parę....Czy ona to sobie przemyślała?Patrzeć na naszą śmierć a wcześniej na to jak będziemy stare,pomarszczone i niedołężne? Brrr.... - pomyślała i aż skrzywiła sie na myśl że to jej matka wciąż zachowa urodę i będzie się nimi opiekować na starość nie zaś na odwrót jak to jest u jej rasy....Nie była zazdrosna i cieszyła się z tego że Lothiriel jest nieśmiertelna jednak na swój sposób ją to zabolało,zasmuciło a także przerażało....
-
Catherine:
Jak będę mogła, to znajdę sposób, zgłębię sztuki pradawnej, noldorskiej magii, jaka dziś jest zapomniana i zapobiegnę temu - szepnęła, kładąc Ci dłoń na policzku i patrząc w oczy...
-
Catherine
Z całym szacunkiem mamo....Obie wiemy że to niemożliwe....Nawet jeśli jakimś cudem by Ci się udało to przypłaciła byś za to zbyt wielką cenę a na to żadna z nas się nie zgodzi....Wybacz,straciłam apetyt.... - rzekła i wstała udając się z powrotem do ich sypialni....
-
Catherine:
Lothiriel złapała Cię za rękę i mocno do siebie utuliła głaszcząc po włosach. Dziwisz mi się? Każda matka woli by to dzieci przeżyły ją, a nie odwrotnie... Szepnęła. Usłyszałaś tymczasem jakiś grzmot i głos Betty - "ałaaaaaa".
-
Catherine
W D'Sharze mają powiedzenie....Obyś przeżył swoje dzieci,brzmi jak błogosławieństwo jednak jest to tak naprawdę najgorsze przekleństwo jakie może spotkać człowieka....I Ciebie....Prędzej pchnę się nożem w serce niż pozwolę Ci oddać życie za moją nieśmiertelność,doskonale o tym wiesz....Przykro mi mamo....Obie musimy się z tym jakoś pogodzić....Lepiej zajmij się Betty,chyba coś sobie zrobiła....
-
Catherine:
Lothiriel ucałowała Cię czule w czoło i pobiegła szybko do Betty, ciągnąc Cię za rękę. Zastałyście królewną leżącą pod drewnianymi pudłami, które przypadkowo na siebie powywalała... Ałaaa, booliii... Czemu to na mnie zleciało... Wyjęczała.
-
Catherine
Kara za podsłuchiwanie mimo mojej subtelnej prośby....Wybaczcie,chcę pobyć sama.... - stwierdziła na pozór obojętnie,oswobodziła swoją rękę i udała się by poszukać jakiegoś ustronnego miejsca,bowiem prawda którą zupełnym przypadkiem uświadomiła jej mama rozrywała ją od środka i musiała zaczerpnąć świeżego powietrza....
-
Catherine:
Znalazłaś ustronne miejsce na niewielkim balkoniku...
-
Catherine
Chciała zawyć z rozpaczy i z najwyższym trudem się od tego powstrzymała....Mimo to usiadła na ziemi i wybuchła donośnym płaczem kryjąc twarz w swych dłoniach by choć trochę dać ujście wzbierającym w niej emocjom....
-
Catherine:
Gdy tak płakałaś głośno, nagle na balkonik wbiegł Tristan, przykucając przy Tobie i pytając nerwowo - co ci się stało Catherine? Usłyszałem kobiecy płacz i przybiegłem, czemu łzy ronisz droga pani...