-
Alessio
Teraz się stało bo mam obite plecy....,jazda w tym stanie to katorga będzie....,naprawdę nie mogłyście nic powiedzieć ani dać jakiegoś sygnału? - wyjęczał z lekkim wyrzutem w głosie, po czym wciąż nie podnosząc się z ziemi dodał - To zwykli styganie,żadne tam wojsko,są kobiety i dzieci,zaraz zacznie się jakieś wesele na które nas zapraszają....,ja bym je ominął bo czas nas goni....
-
Arahena
Wybacz myślałam że Pani Liothannea da Ci panie wcześniej sygnał jakiś... Sama ledwie mogłam domyślać się gdzie ona...
Możesz panie wstać?....
Anna.... Sama tam została....
Jej wzrok aż prosił o ponaglenie
-
Jak odrzucimy zaproszenie to w złość ich tym wprawimy, wróć do Anny, a my wrócimy po Christopha i nasze konie.
-
Arathena
Panie Alessio... Styganie wiedzą ilu nas tu jest? Może ktoś z nas by został w ukryciu?... Zaskoczenie przeciwnika dorównuje piątce zbrojnych... Spytała z błyskiem w oku Elfkę..
-
Zostań Aratheno jeśli chcesz, choć to podejrzane nieco będzie, że tylko we czworo podróżujemy przez odludzie. Z czego tylko jeden wygląda na zbrojnego.
-
Alessio
Wolicie ojca Ani martwego znaleźć niż grupę złodziei obrazić? - powiedział wstając powoli,krzywiąc się przy tym z bólu - I jedźmy wszyscy,już teraz wiedzieli że reszta z nas została w ukryciu,tym dopiero ich urazimy jak znowu kogoś by im na ręce patrzył zostawimy
-
Nie, ale wolała bym nie mieć na głowie stygańskiej klątwy, chyba jedna nam w zupełności wystarczy? Wrócimy tylko po konie i już jedziemy. O, Christophe już do nas z nimi podchodzi.
-
Alessio
Świetnie po prostu świetnie,języka w gębie im zabrakło na mój widok czy co?! Kilka dni jak nic będę jeszcze obolały i dlaczego? Bo sie bawiły w cholerne podchody....... - pomyślał poirytowany po czym próbuje ostrożnie dosiąść konia.
-
Christophe Leroy
Co jest? - spytał widząc, jak Alessio postękuje i włazi na konia - Usłyszałem rżenie konia i krzyk pana Alessia i przybyłem... Zgaduje, że się wierzchowiec przeraził i tak pan Alessio upadł?
-
Alessio
Burknął coś pod nosem co chyba miało oznaczać - Dajcie mi wszyscy święty spokój - i począł jechać z powrotem do obozu
-
Przestraszyłam jego wierzchowca gdy na mnie jechał, jedziemy do Stygan, zaprosili nas na wesele. rzuciła Liothannea.
Styganie w obozie się nieco odprężyli, kobiety wyszły zza ich pleców i się krzątają wokół, nawet dzieci wyglądają spod plandek wozów.
-
Christophe Leroy
Ładnie... A my czasu na wesela nie mamy. Chyba nie zatrzymujemy się na nim, prawda? - Czyli zleciał... Ał.
-
Chyba nie mamy innego wyjścia jeśli nie chcemy ich śmiertelnie obrazić odmową i sprowokować do rzucenia klątwy. Wjechaliście do ich obozowiska, Alessio pierwszy. Styganka która rozmawiała z Anną rzekła w bretonńskim A może paniczowi przyszłość z dłoni odczytać, aaa? Styganka prawdę powie za jedynie jedną złotą monetę.
-
Anna de Loiret
Tak, Alessia mi deprawuj jeszcze ehhh...
-
Aratchena
Mimo, że nie miała ochoty tam iść musiała zgodzić się z tym że mięli rację twierdząc, że już za późno by pozostać niezauważonym.. Skoro Pan Alessio wyjechał po nich to prawdopodobnie ktoś go obserwował...
Wjechała wraz z innymi do obozu wcześniej jednak związała starannie swój tobołek liną...
Techniczny...
Z uwagi, że byłam tez w innym pbf. A Wy troszkę pognaliście zaproponowała by jeśli kto chce oddał jej w depozyt co tam uważał za słuszne... Jeśli nikt nie boi się o swoje kosztowności to spoko...
-
Alessio
Pocałował ukochaną w usta i powiedział z ciężkim westchnięciem - Jestem kochanie,reszta też zaraz tu będzie.....- Stygance zaś odpowiadając - Może być,nic nie będzie gorsze od rozmyślania o obolałych plecach a może powiesz mi coś ciekawego....- odparł jej z kwaśną miną zsiadając z konia i wręczając złotą monetę jednocześnie od tej chwili bacznie uważając na swoją sakiewkę
-
Styganka szybko porwała złotą monetę, wsadziła ją między zęby i ugryzła na próbę. Pan wybaczy, musiałam sprawdzić, pełno oszustów na tym świecie. Drugą dłonią chwyciła Alessio za nadgarstek i obróciła jego dłoń, tak by widzieć jej wnętrze. Widzę szczęście w miłości, choć niedawno mało nie zakończyła ona Waszego życia. I teraz ku ogromnemu niebezpieczeństwu w lesie wiedzie związanym jakoś z Lubą. Jeśli jednak uda Ci się Panie je pokonać, to czeka Cię bardzo daleka podróż. Więcej bym mogła powiedzieć, gdyby Ukochana mi pozwoliła powróżyć ze swej dłoni, ale najwidoczniej nie ma na to ochoty.
-
Alessio
Kochanie,proszę dołącz do mnie i daj jej swoją rękę - powiedział wyraźnie zaciekawiony słowami wróżbitki - zrób to dla mnie....
OD MG:
+5 PD
-
Anna de Loiret
Wyjęła złotą monetę i podała Stygance, a następnie dała jej swą dłoń, spoglądając na Alessia poirytowana. Głupiec z ciebie...
-
Styganka znowu ugryzła podaną monetę na próbę, chyba taki po prostu ma zwyczaj. Delikatnie objęła nadgarstek Anny i obróciła by widzieć wnętrze jej dłoni. I Pani ma wielkie szczęście w miłości, aż czterech mężczyzn ją kocha z całego serca. Oj, tu coś dziwnego widzę. Jeden kochał zanim odszedł z tego świata, ale jest szansa, iż jeszcze pojawi się w Twym życiu i miłością darzyć będzie. Drugiemu wielkie niebezpieczeństwo grozi. Niestety nie możecie zostać na weselu jeśli ocalić go chcecie, choć próbując go ratować możesz stracić zarówno trzeciego jak i czwartego.
-
Anna de Loiret
Spojrzała jak wryta na Stygankę. Roland, ojciec, Alessio i... Thilbaut? Och Pani... Zatem nie możemy zostać na weselu, czy wytłumaczysz to swym pobratymcom? Spytała po bretońsku.
-
Tak, wytłumaczę. Jedźcie, nie traćcie czasu.
-
Anna de Loiret
Dziękuję - wręczyła kobiecie 5 złotych monet i pogalopowała do reszty krzycząc - Alessio, co się guzdrzesz!
-
Alessio
Dosiadł konia najszybciej jak to było możliwe w jego obecnym stanie cały czas jęcząc z bólu i pognał za nią mówiąc do reszty - Musimy jechać,inaczej ojciec Ani umrze,wróżbitka wytłumaczy swoim i nie będą mieli do nas żalu....,a teraz w drogę!
-
Liothannea w miejscu obróciła Trzmiela bez słowa i wróciła na drogę z towarzyszącym Jej Świtem.
-
Arathena
Zastanawiała się co może mieścić się w najcięższym wozie.... Chyba nie klatka tyle waży.... Przecie niedźwiedź na zewnątrz stoi.
Mimo ciekawości jednak wskoczyła na konia i ruszyła za Liothanneą...
Była w tym obozie bardzo krótko, ale starała się zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Dokładnie policzyć wozy, ile mają koni pociągowych i czy mają jakieś luzaki pod siodło. Ocenić ilu jest mężczyzn i kobiet... Nie przyszła tu by się zabawić na weselu...
Nie dawała jednak po sobie nic poznać, że szpieguje. Bardziej zachowywała się jakby była zwyczajnie ciekawa inna kulturą... Uśmiechała sie przymilnie i przyjaźnie.
Coś mi mówi, że jeszcze się spotkamy....
-
Konie gdzieś poza wozami muszą być, nie widać ich, pewno po drugiej stronie niż droga. Styganów jest dużo, co najmniej z pół setki, kobiet mniej niż mężczyzn. Nie widać by mieli jakieś uzbrojenie poza nożami, choć jeden z nich ma je powtykane za krzyżujące się na jego piersi pasy, jak Liothannea. Drugi zaś to jakiś siłacz, węzły mięśni jego gołych ramion wskazują na to, że bez wysiłku mógłby odczepić dyszel od wozu i nim przyłożyć. Wozów jest tuzin lekkich, pod kolorowymi plandekami z jakiegoś barwionego płótna i jeden ciężki, cały drewniany. Jednak nagły wyjazd przerwał dalsze obserwacje. Zdążyliście zostawić tabor poza zasięgiem wzroku gdy zapadł zmrok. Pora chyba dosiąść razem koni, tak jak nad tym radziliśmy. Wątpię by Anna po usłyszeniu wróżby mogła pierwsza zasnąć. Tak więc ja baczenie na ślady będę miała do połowy nocy. rzuciła wysoka elfka.
-
Alessio
Jeśli mam Cię utrzymać musisz zdjąć zbroję,i bez niej jesteś ciężki a i ja ranny jestem - rzekł do Christopha
-
Atarhena
To ja mogę w takim razie pierwsza spać sama... Potem Ty pani prześpisz się a ja Anne trzymać będę i ślady upilnuję jeśli Wyspana w miarę będę.
Techniczny
Odwiązała swój tobołek. Tzn. uwolniła z niego linę i się nią obwiązała, przesiadłszy się wcześniej na luzaka. Klacz przytroczyła do swego siodła pamiętając, że ona nie tresowana tak jak konie od ojca Anny, i tylko za ogierem by sama szła... Nie wiedziała czy Liothannea nie bezie chciała przesiąść się na Świta i wyjść na szpicę gdzie klacz by mogła im przeszkadzać...
-
Christophe Leroy
No dobra. Moment... - począł zdejmować kaftan kolczy. Gdy skończył schował go do swojej sakwy i rzekł - No dobrze, już. Ja pierwszy mogę jechać skoroś ranny, panie Alessio, potem zrobi się zamianę...
-
Alessio
Po prostu świetnie,jadę z giermkiem a potem będę musiał go dźwigać kilka godzin,cuuuudowna perspektywa - pomyślał ponuro,mówiąc z kwaśnym uśmiechem - Dobrze....,pozostaje kwestia co zrobić z końmi?
-
Anna de Loiret
Sama? Nie żartuj Aratheno, wskakuj do mnie, będzie ci wygodniej. Rzekła wyraźnie smutna i poddenerwowana zarazem.
-
Za Świtem winny podążyć, w końcu to jego stado. odparła Liothannea
-
Alessio
Zatem zapraszam do mnie Christophe.... - powiedział z ciężkim westchnięciem,położył na chwilę dłoń na miejscu upadku sycząc z bólu i myśląc - Powinienem chociaż zimny okład zrobić,ale jak niby w takich warunkach....
-
Arathena
To logiczniejsze nawet Anno... Oba moje konie odpoczynku będą miały...
Arathena odwiązała się i wsiadła przed Anię... Ale Ty ciepła jesteś...Mrugnęła do niej okiem i się uśmiechnęła gdy wskakiwała na jej siodło.
-
Anna de Loiret
Ty też Aratheno, ty też... Odparła elfce, po czym odgarnęła jej włosy na bok by nie zasłaniały jej widoku oraz objęła jedną ręką w pasie.
-
Christophe Leroy
Z ciężkim westchnieniem wszedł na konia, gdy otrzymał "zaproszenie" od Alessio. Zapewne nie będzie to jedna z tych "milszych" przejażdżek.
-
Ruszyliście dalej, nieco głodni, bo od południa nic nie jedliście. Arathena z Christophe szybko zasnęli oszukując w ten sposób rodzący się głód. Po jakimś czasie, Liothannea zarządziła zmianę, podała wam po połowie lembasa i poprosiła o linę.
-
Alessio
Zjadł łapczywie porcję otrzymaną od elfki patrząc na nią z wyraźną wdzięcznością,zaś do Christopha powiedział potrząsając nim w miarę delikatnie i streszczając w kilku słowach sytuację - Pobudka,posiłek i zamiana
-
Arathena
Posłusznie dała linę Elfce.... i zjadła lembasa od niej.
Teraz Ty Anno musisz trochę pospać... Ale przesiądziemy się na mojego konia. Twój odpoczynek już potrzebuje.....