Edward
Nie wiem, cholera, niewiele pamiętam! Straciłem swój kufer, nie wiem gdzie Diane! Muszę odnaleźć!
Wersja do druku
Edward
Nie wiem, cholera, niewiele pamiętam! Straciłem swój kufer, nie wiem gdzie Diane! Muszę odnaleźć!
Dan
A szukałeś w gospodzie? Może po prostu poszła spać? - Zwłaszcza jeśli była w podobnym stanie.....
Edward
Z tej gospody nas wyrzucili oboje na rękach, więc nie sądzę - odparł.
Dan
Zatem powodzenia....,jak na nią wpadnę dam znać że jej szukałeś i się o nią tak zamartwiałeś - powiedział z uśmiechem
Edward
Ide z tobą! Muszę ją odnaleźć!
Dan i Edward:
Ruszyliście do karczmy Coragona. Zauważacie kufer należący do Edwarda, który leży właśnie przed tawerną. Niestety chyba zainteresował się nim strażnik miejski, bo właśnie postanowił iść po niego...
Edward
Stać! To mój kufer! Mam świadków! Krzyknął machając rękami i podbiegając do niego.
Dan
Tak,to prawda,ja to mogę potwierdzić - powiedział idąc w ślad za Edwardem
Dan i Edward:
Tak? To czemu go tu zostawiłeś na dobre kilka minut przed karczmą? - strażnik odsunął się od Edwarda.
Edward
Musiałem gdzieś pobiec, spowalniał mnie, załatwiłem co miałem załatwić, wróciłem po kufer, już po sprawie! Powiedział gorączkowo biorąc kufer w ręce.
Dan
Jego kufer jego sprawa - rzekł do strażnika obojętnie po czym wszedł do karczmy Coragona by to jednak u niego sprawdzić czy są wolne pokoje - U Hanny nie ma żadnej prywatności i nie podaje jedzenia ani alkoholu a u niego jest to wszystko i do tego się dość lubimy....,no i jestem przy kasie hehe
Edward:
Strażnik postawił szybko nogę na kufrze i krzyknął do Coragona:
- Karczmarzu... Ten tutaj kufer to czyj?
- Jakiegoś to klienta, co się upił i wyleciał z karczmy. Chcecie to go zabierajcie, najwyżej się zgłosi po niego do was. Ja i tak nie mam gdzie go tu trzymać.
- No... To dobrej nocy hehehe - strażnik wziął nogę z kufra i poszedł patrolować dalej miasto.
Dan:
Po wymianie zdań Coragona ze strażnikiem odpowiedział ci - Tak, mamy jeszcze wolne pokoje. Za jedną noc 20 sztuk złota.
Dan
To świetnie,zajmuję sobie jeden - powiedział z uśmiechem kładąc kwotę na ladzie - Wrócę za jakiś czas a Ty mi go tutaj potrzymaj - dodał żartobliwie wychodząc i rzucając jeszcze do Edwarda - Jak coś będę w tej karczmie a teraz jeszcze zajrzę do swojej,ekhm,znajomej....
Edward
Dobra, idź ją tam grzmocić a ja lecę swojej ukochanej szukać! Krzyknął i pobiegł do gospody, gdzie być może jest Diane...
Dan
Ehh....,nie grzmocić tylko.....,a zresztą nieważne,powodzenia... - odparł zażenowany udając się do Sophie,gdy znajdzie się przed jej domem cicho puka by w razie czego nie obudzić domowników
Edward:
Wbiegłeś do karczmy. Dalej tu siedzi pełno tych samych ludzi. Co poniektórzy z nich rzucają na Ciebie pogardliwe spojrzenia, niektórzy się uśmiechają, a niektórzy po prostu ignorują. Nie widzisz tu jednak swojej ukochanej... Może nastąpił jakiś atak nekrofili i ją porwali?
Edward:
Po kilku chwilach Sophie uchyliła delikatnie drzwi i z lekkim uśmiechem wyszła do Ciebie przed dom - Hej, Dan. Jeszcze w mieście?
Dan
Jest jeszcze piękniejsza kiedy się uśmiecha.... - pomyślał odwzajemniając uśmiech - Tak,będę wyjątkowo w nim nocował,jutro rano mam się zgłosić do Vatrasa i nie chce mi się biegać tu z farmy.....-tu zrobił krótką pauzę niemal od razu dodając - Pójdziesz ze mną na piwo? Ja stawiam....
Edward
Podszedł do karczmarza i spytał - widziałeś Diane? Tą z którą piłem?
Edward:
Nie. Odkąd stąd wyszliście nie widziałem jej na oczy. Jak ma szczęście to może nie poszła się awanturować z Wulfgarem, albo się na niego nie natknęła...
Edward
Kurwa, tylko nie to! Krzyknął i pobiegł do koszar jak błyskawica.
Edward:
Pobiegłeś do koszar. Plac treningowy jest już pusty, strażników też nie widać. Gdzie ten stary pierdziel teraz siedzi to tego nie masz pojęcia, jednak jedno ze skrzydeł budynku, to z dużą wieżą wydaje ci się dosyć obiecujące.
Dan:
Pewnie... Daj mi tylko chwilkę - odparła ci. Po chwili przygotowań wyruszyliście do karczmy Coragona. Usiedliście przy ladzie - Miejsce przytrzymane. No nic, coś podać?
Dan
Powiedziałem że idziemy na piwo...,ale może masz ochotę na coś innego? - zapytał Sophie przyjaźnie
Dan:
Hmmm... Może wino? - odpowiedziała ci równie przyjaznym tonem
Dan
Zatem podaj nam butelkę jakiegoś dobrego wina Coragonie....- rzekł do karczmarza wpatrując się z ciekawością w Sophie
Dan:
Karczmarz otworzył butelkę z winem i nalał wam go do dwóch kieliszków do wina. Samą butelkę postawił gdzieś obok.
Dan
To proponuję toast za Twoją nową pracę - powiedział z uśmiechem unosząc kielich do góry
Dan:
Za moją nową pracę - odparła z uśmiechem również unosząc kielich do góry, po czym wzięła łyk wina.
Dan
Nie pił tak delikatnie jak Sophie tylko od razu opróżnił cały kielich i niemal od razy go napełniając - Wiesz....,dawno nie spotkałem kogoś takiego jak Ty,tak się troszczysz o swoją matkę,nie zostawiłaś tego strażnika samemu sobie mimo że go nie znałaś i pewnie za strażą nie przepadasz,ciekawe czym mnie jeszcze zaskoczysz?
Dan:
Cóż, zobaczysz w swoim czasie - uśmiechnęła się do Ciebie i znowu wzięła łyk wina - A ja pierwszy raz spotykam kogoś tak dobrego jak ty... I jakby nie było minął ledwie dzień, a ty już zrobiłeś dla mnie tak wiele...
Vito:
Obudziłeś się cały zalany potem w duszącym i palącym gorącu na czerwono-złotym dywanie, znajdującym się na jakiś schodach. Pierwsze co widzisz to wnętrze wielkiej świątyni bądź pałacu, w której przeróżne ogniste stworzy przyglądają się Tobie z balustrad, balkonów i empor. Wszystko jest przyozdobione różnorakimi ornamentami, napisami, rzeźbami, czy to posągami ze złota, srebra i innych szlachetnych kruszców. Zza olbrzymich okiennic budynku widzisz ciemno-czerwone niebo, z którego sypie się żar i popiół. Nie masz pojęcia gdzie jesteś, ani co się dzieje. Czujesz jedynie wielki strach, który przeszywa całego Ciebie.
Dan
Nie potrafiłem inaczej,po tym jak poznałem okoliczności Twojej poprzedniej pracy.... - powiedział z westchnięciem błądząc gdzieś wzrokiem i lekko czerwieniając bowiem przypomniał sobie że siedzi przed nim dziewczyna która go tego samego dnia go masowała na pewno tego nie chciała....
Dan:
Nie wspominajmy o tym po prostu więcej... - odparła Sophie i dopiła swoje wino.
Dan
Tak,masz rację przepraszam.... - powiedział wciąż nie ruszając drugiego kielicha,nie chciał się za bardzo urżnąć,w końcu jutro czekała go praca a i przed Sophie nie wypadało pić do nieprzytomności....- Pomóc Wam się spakować,jutro? O pomoc w przeprowadzce nie pytam bo to nie podlega dyskusji....
Vito
Ja pierdole, no to nici z wyzwolenia. No chyba że sam Innos mnie posłuchał i wezwał przed swe oblicze?... pomyślał z nadzieją, choć wiedział że tak się nie stało. Powstał z dywanu na równe nogi, ale nie szedł po schodach ani w górę ani w dół, czekał na rozwój wydarzeń.
Edward
No nie! Schował się już! Na pewno se trzepie do obrazka Innosa! Arrrgh... Chrzanić, to dla ciebie Diane! Krzyknął i wbiegł do jednego ze skrzydeł budynku.
Edward:
Wbiegłeś i zastałeś Wulfgara siedzącego na fotelu przed kominkiem. Ten odwrócił się słysząc jakieś hałasy i najwyraźniej ostro wkurzony wydarł się i wstał kładąc dłoń na rękojeści miecza - A ty tu czego?!
Vito:
Poczułeś, iż ktoś za Tobą stoi. Odwróciłeś się raptownie i ujrzałeś samego boga ognia we własnej osobie, choć ledwo go widzisz, ponieważ jego święty ogień niemalże Cię oślepia. Siedzi na swym olbrzymim tronie, w asyście wojowników przypominających paladynów, a w swej prawej dłoni trzyma pozłacany, przepiękny miecz. Surowo na Ciebie spogląda, nic nie mówiąc.
Vito
Przysłonił twarz ramieniem, gdy światło go oślepiło, zaraz jednak uświadomił sobie z kim ma do czynienia, upadł na kolana pochylając głowę przed samym Innosem, nie odzywając się. Nie był godzien zaczynać rozmowy nie będąc zapytanym.
Edward
Spokojnie! Szukam pewnej wojowniczki o imieniu Diane, ładna, jasne włosy, była tu? Spytał, w razie czego gotowy do ucieczki.
Edward:
Nie! Won mi stąd, bo zaraz nie skończy się tylko na pobiciu jak poprzednim razem - kapitan wyjął miecz i zaczął iść z nim w twoim kierunku.
Vito:
Po tylu latach ignorowania mnie, nie oddawania mi należnej czci, oraz popełniając obrzydliwe grzechy przeciwko mnie, ośmielasz się teraz prosić mnie o pomoc? - odparł Innos potężnym głosem, w którym brzmiał gniew, i od którego zadrżały mury i ziemia.
Dan:
W porządku... A co do pomocy w pakowaniu się to byłoby miło.
Vito
Ja... Wybacz, o panie, poczułem się bezsilny, byłeś mą jedyną nadzieją... odparł mu nie podnosząc głowy, teraz jeszcze bardziej wstydził się spojrzeć w jego oblicze.
Dan
Uśmiechnął się tylko i zapytał biorąc butelkę do ręki - Dolać Ci?