-
Charles de Tournemire
Więc czemu dałeś się jej utulić? Żywisz do niej coś więcej, czy też jedynie czyhasz na nią? Wszak Godwyn o czymś tam gadał, chociaż po nim to się mogę spodziewać tylko głupot... Zwłaszcza po tym bluźnierstwie i łażeniu za mną po mieście - nadal wpatrywał się w rycerza, a w jego głosie brzmiała pełna powaga.
-
Bertrand
Nie czyham na nią, zakochałem się prawdziwie... Czy wykorzystałem akurat jej chwilę słabości?
-
Charles de Tournemire
Westchnął i odparł mu - Skoroś zakochany to nie uczyniłeś nic złego, ale też i nie powinieneś zakłócać spokoju, jak i jej jak i konstabla, wszak jeśli wpadniecie to najprawdopodobniej byłby wstanie gonić Cię i na drugi koniec świata. A przynajmniej dopóty kroczy po tych ziemiach... Z nią wypadałoby również porozmawiać - spojrzał na niego ze wzrokiem sugerującym, by właśnie się tam udali.
-
Bertrand
Jest jeszcze jedna rzecz... Z jednej strony wyznałem jej to co czuję, lecz odtrąciła mnie, powiedziała, że być może kiedyś umiłuje mnie jak brata, a z drugiej strony wychodzi to obściskiwanie, zapraszanie do łoża, kuszenie... Nie wiem szczerze co o tym myśleć.
-
Charles de Tournemire
A może sama nie wie co ma o tym myśleć, albo i zauroczyła się w Tobie, rycerzu? Nie ma co nad tym się zastanawiać... Wszak ona tylko zna na to odpowiedź. Zaprowadzisz mnie panie do jej komnaty?
-
Bertrand, Charles:
Gdy zapukaliście do drzwi komnaty pani de Montmirail, ta po chwili wam je otworzyła, opatulona w koc. Zadziwiła się nieco z tej wizyty, spojrzała na was pytająco milcząc.
-
Charles de Tournemire
Witaj, pani. Możemy porozmawiać? - odparł jej, ówcześnie skinął jej głową na powiatanie
Techniczny
Kapłan przy Agnes i Berciu gada po francusku
-
Bertrand, Charles:
Możemy, wejdźcie i spocznijcie - odpowiedziała wciąż ze zdziwieniem na twarzy, odsuwając się od drzwi, wpuszczając was do środka. Zamknęła je, gdy tylko weszliście. Widać teraz, iż musieliście wyrwać ją ze snu, bo porusza się i mówi dość niemrawo.
-
Charles de Tournemire
Skinął jej głową w podzięce, po czym wszedł do pokoju i usiadł na wolnym krześle, po czym spojrzał na nią i odezwał się - Cóż... Pan Bertrand de Toulouse powiedział mi prawdę co się tak naprawdę wydarzyło tamtej nocy... Domyśliłem się i tak, iż to nie chodziło o zmianę bandaży. I chociaż to nie ma sprawa to i jako kapłan nie mogę stać obojętnie z boku i patrzeć, aż w końcu by to mogło pójść za daleko i skończyć się tragicznie. Dlatego więc pytam - czy coś czujesz do pana de Toulouse, pani?
-
Bertrand, Charles:
Agnes usiadła na swym łożu i z uwagą przysłuchiwała się słowom księdza. Gdy skończył mówić, spojrzała ze złością w oczach, zza zasłony swych czarnych włosów na Bertranda. Po tym znów na Charlesa, rzekła sięgając zza łoża po swój miecz - gdybyś nie był duchownym, zapłaciłbyś za swe słowa... Tak robi ksiądz? Gnębi załamaną kobietę? Bo przytuliła się do człowieka, którego uważała do tej pory za przyjaciela?!
-
Bertrand
A więc przyjaciele tulą się do siebie w łożu, szepcą sobie do ucha i wzdychają namiętnie? W takim razie zaiste dziwna przyjaźń nas łączyła. rzekł, po czym wyszedł z komnaty.
-
Charles de Tournemire
A czy ja gnębię? Czy ja jestem wszechmogący i wiem, kiedy mogę o tym mówić, by nie urazić drugiej osoby? Choć i tak obiecałem nikomu o tej sprawie nie mówić? Choć jeśli tak me słowa są odbierane, a z dobrej woli chciałem pomówić z wami obojga to i widzę, że nie jestem tu mile widziany... A me życie ponownie będzie wisiało na włosku...? - odparł jej poważnym tonem widząc, jak wyjmuje miecz i się wydziera na niego, wtem powstał i wyszedł szybko z komnaty i powiedział do rycerza - Eh... Uznałem, iż z nią mogę o tym wszystkim porozmawiać, a okazuje się, iż nie... Nie wracajmy nigdy więcej do tego tematu, ani ja nie powiem nikomu o tym wszystkim, zgodnie z Twą prośbą panie... - powiedział do niego w miarę cicho, choć trzymał dystans, coby go w gniewie nie uderzył.
-
Bertrand, Charles:
Ksiądz usłyszał gorzki płacz Agnes, gdy tylko wyszedł z komnaty. Dogonił wnet Bertranda. Gdy skończył do niego mówić, obaj napotkaliście zmierzającego z przeciwnej strony Boemunda, który jak zwykle idzie krokiem dumnym, z dłonią opartą na rękojeści miecza. Pozdrowił was skinięciem głowy, zatrzymując się. Klecho, będziesz wraz z innymi duchownymi błogosławił naszych rycerzy, gdy w bój wyjeżdżać będą. Ale zaraz... Słyszycie? Jakoby kobiecy płacz...
-
Charles de Tournemire
...Tak, usłyszałem go właśnie i nagle napotkałem Ciebie, panie... - odparł mu starając się ukryć zaskoczenie i zarazem strach... Boże Święty... Tylko nie on. Zaraz tam wejdzie, ujrzy ją całą zapłakaną, a wtem od razu pożegnamy się z życiem. To chyba koniec, mój Panie... Choć może to i część Twego planu, bym pożegnał się z ziemskim światem, a dołączył do Królestwa Niebieskiego? Albo jeśli taka twa wola, to i do... piekła.
-
Bertrand
Westchnął i odparł załamany z rezygnacją To przeze mnie ten płacz, panie. Nie chciałem tego, ale to przeze mnie płacze. Nie chciałem do tego dopuścić. Naprawdę. To nie wina duchownego jego puść wolno, on nic nie zrobił, ja za to jestem na Twej łasce.
-
Bertrand, Charles:
Chwycił was obydwu, Bertranda za tabard a kapłana za habit, oraz mocno przytrzasnął do ściany, aż grzmotnęło. Coście jej zrobili bydlaki - wysyczał przez zaciśnięte zęby, patrząc na was z furią w oczach.
-
Charles de Tournemire
Mimo strachu i bólu przy przywaleniu nim o ścianę odezwał się. Spojrzawszy najpierw na Bertranda powiedział - Panie... To szlachetne, co powiedziałeś, lecz nie rób tego... Nie poświęcaj się bez żadnej winy dla mnie, lecz chyba już czas o wszystkim powiedzieć - od razu po tym spojrzał konstablowi prosto w jego oczy, starając się zapanować na strachem odparł mu - Pani Agnes płacze dlatego, iż doszło do spięcia między nami. Gniewem się uniosła, wtem pan Bertrand wyszedł natychmiast z pokoju oburzony jej słowami, które oznaczały, iż zrywa z nim przyjaźń... Ja wyszedłem od razu za nim, ówcześnie przekazując jej kilka słów, które być może dały jej coś do myślenia... Bądź zostały rozwiane na wietrzę. A dotyczyło to wszystkiego tamtej nocy. Bandaży nie miał pan Bertrand zmieniać, a pani Agnes wcale nie spała, ale też i nie dopuściła się zdrady wobec Ciebie, od razu uprzedzając. Ja chciałem dopomóc w tej sprawie jakoś, coby nie poszło to wszystko za daleko i abyś nie zabił tegoż rycerza któregoś razu, jednak i me słowa i ma chęć pomocy ją rozzłościły. Zresztą... Jeżeli me słowa nie są dla Ciebie przekonujące konstablu, to niech i Twa luba opowie ci swą wersję wydarzeń. A jeśli nie to cóż... Domyślam się co masz zamiar zrobić, ale zanim to miałbym ostatnie życzenie - o modlitwę przed śmiercią.
-
Bertrand
Mi już wszystko jedno, jeśli uznasz to za stosowne to ukróć mego żywota panie, tak czy tak przywitają mnie w piekle... W każdym razie to co powiedział zakonnik to prawda...
-
Bertrand, Charles:
Boemund puścił was obydwu, z jego twarzy można wyczytać iż jest całkowicie zmieszany. Czemu Agnes zerwała z tobą więzy przyjaźni? Spytał Bertranda.
-
Bertrand
Chyba dlatego, że powiedziałem dokładnie ojcu - wskazał głową na Charlesa - o tym co się wczoraj wydarzyło w mojej komnacie.
-
Bertrand, Charles:
A co się dokładnie wydarzyło? Gadajże chyżo pókim spokojny!
-
Bertrand
Opowiedział cały przebieg wydarzeń tak jak księdzu wcześniej.
-
Bertrand, Charles:
Głupcze, kiedy ona szukała u ciebie wsparcia, ty pobiegłeś do klechy!? Pewno myślałeś, że cię ubić będę chciał? Zatem masz mnie za nieczułego łotra? Powiem ci coś, w czasie ostatnich chwil swego żywota, nie ma dla mnie radośniejszej nowiny niż ta, że Agnes znalazła kogoś, komu może ufać i do kogo może się przytulić. Ale kubłem zimnej wody jest, iż tak bardzo pomyliła się w swym osądzie! Odpowiedział konstabl.
-
Spytko po polsku:
Obudził go jakiś hałas dobiegający z korytarza. Pocałował Katarinę i gdy usłyszał podniesiony głos konstabla wstał z łoża by się odziać. Chyba naszego dobrodzieja słyszę więc wyjdę do niego. I tak go miałem zamiar szukać.
-
Katarina (polski)
Znowu musimy ubierać się w pośpiechu? Harmider taki jakby, Boemund Agnes na zdradzie przyłapał...
-
Spytko po polsku:
Wtedy pewno słyszeli byśmy śmiertelny wrzask ubijanego kochanka rzekł przywdziewając kolczugę. Chwycił miecz i przypasując go rzucił Gotowaś sprawdzić co się dzieje?
-
Katarina(polski)
Zawiązała juz sznureczki przy bluzce i ubrana odrzekła.. Tak, chodźmy....
-
Spytko:
Otworzył drzwi komnaty przed Lubą i przepuścił ją przodem bacznie wpierw lustrując korytarz czy jakieś niebezpieczeństwo na nim nie czyha.
-
Bertrand
Tak, myślałem, że będziesz chciał mnie ubić. A co innego miałem sobie pomyśleć, kiedy wyważyłeś drzwi mej komnaty, i wbiegłeś do niej z mieczem? Nie miałem Cię jednak za nieczułego łotra, widziałem przecież jak bardzo ją kochasz i że chcesz dla niej jak najlepiej. Pozwól mi pójść ją jeszcze przeprosić i odejść...
-
Bertrand, Charles:
Nie odchodź, przeproś ją ale nie odchodź od niej, jeśli w istocie jesteście sobie drodzy - odparł Boemund znacznie łagodniejszym tonem.
Katarina, Spytko:
Na korytarzu ujrzeliście po chwili Boemunda, Bertranda oraz Charlesa rozmawiających ze sobą po francusku. W międzyczasie, a konkretnie odkąd wyszliście z komnaty, słyszycie też kobiecy płacz, dośc przytłumiony.
-
Katarina (łacina)
O Boże, czy prawdę wykrakałam? chwyciła się za usta z przerażeniem... Widząc Konstabla i Bertranda.
Przypomniała sobie Co opowiadał o Bertrandzie Godwyn......
Czy coś Waszej Małżonce się stało? Mości Panie gdzie ona????? Krzyknęła z przerażeniem
-
Bertrand
Wszedł na powrót do komnaty, uklęknął przed Agnes i ujął ją za dłoń, jeśli mu pozwoliła. Nie płacz Agnes, proszę Cię. Nie mogę patrzeć na to, jak cierpisz. Przepraszam Cię, że księdzu wszystko powiedziałem. Chciałem z nim tylko porozmawiać, rozwiać jego wątpliwości i poprosić o dyskrecję, a on wymyślił byśmy przyszli obaj do Ciebie... Znów Cię zawiodłem i znów o to proszę, ale wybacz mi.
-
Bertrand:
Kobieta spoglądała na Ciebie swymi zapłakanymi oczętami, gdy przemawiałeś, pozwoliła się też ująć za dłoń. Popatrzyła tak jeszcze przez chwilę, aż w końcu rzekła - wybaczam, jak Bóg przykazał, ale... Chciałabym, by nasze rozmowy i czyny zostawały między nami....
Charles, Katarina, Spytko:
Nic jej, pewne nieporozumienie wynikło, nie lękaj się panno Katarino, już wyjaśnione - odparł konstabl po łacinie. Tymczasem usłyszeliście głośne podśpiewywanie po łacinie:
Wchodzi kuśka do piczki
I wnet z ciasnej dziureczki
Wyskoczy potomek młodej dzieweczki! Ha!
Dostrzegliście chwiejącego się Godwyna, zmierzającego w waszą stronę. Niefortunnie dla niego, gdy skończył śpiewać swą niezbyt twórczą pioseneczkę oraz był na skrzyżowaniu korytarzy, zniosło go na sąsiedni i usłyszeliście ciężki grzmot oraz wykrzyczane jakieś głośne słowo w nieznanym wam języku...
-
Spytko po łacinie:
Akurat żem zmierzać miał do Dobrodzieja. Pytanie mam jedno i prośbę.
-
Charles de Tournemire
Znowu ten chlejus. Wiedziałem, że wróci do cytadeli zapity... Byleby mnie nie widział, bo mnie prześladować znowu będzie - skomentował ten żałosny widok.
-
Bertrand
Przyrzekam Ci, że pozostaną. odpowiedział, po czym ucałował ją w wierzch dłoni.
-
Charles, Katarina, Spytko:
Zatem mów śmiało panie - rzekł Boemund do polskiego rycerza, uprzednio zaśmiawszy się na widok Godwyna.
Bertrand:
A więc... Utulisz swą przyjaciółkę na zgodę? Spytała Agnes, nieco rozchmurzona.
-
Spytko po łacinie:
Rzekłeś iż czas ruszyć do Francji nam będzie gdy dokonasz swego żywota, zatem pewno wasalami Pani Agnes będziemy. Powiadomiłeś już Ją o tej propozycji którą nam złożyłeś Panie?
-
Bertrand
Ależ oczywiście że utulę. rzekł uśmiechając się, i obejmując Francuzkę.
-
Katarina
Uspokoiły ja słowa konstabla, i nie mogła opanować się by nie uśmiechnąć się słysząc Godwyna.
Starała się w skupieniu wsłuchać w rozmowę Spytka z Boemundem....