-
Robert:
Agnes przewróciła oczami tylko ale w żaden sposób się nie opierała. Charlotte usiadła tylko obok uśmiechając się lekko. Za dużo czasu spędziliśmy na tym okręcie... Za dużo... Rzekła marudnie panienka.
Adalbert:
Na drodze spotkałeś jakąś śmiertelnie wystraszoną kobietę w płaszczu z zarzuconym kapturem. Obok jest jej bułany koń. Nie widzisz jej twarzy praktycznie, rozpoznajesz tylko po posturze że to kobieta. Siedzi na ziemi, w błocie...
-
Robert
Nie marudź tyle kochanie... - odparł jej z uśmiechem wskazując skinieniem głowy na nogi Agnes...
-
Charles de Tournemire
Być może... A o czym to chciałabyś porozmawiać? - odparł jej, zastanawiając się co się tak gapi na niego...
-
Spytko
Westchnął ciężko Doskonale pamiętamy iże pomogłeś nam w potrzebie i nie trza nam tego przypominać. Po prostu miałem nadzieję odwzajemnić się czynem bardziej godnym rycerza, ale skoro akurat takiej przysługi potrzebujesz mości Oswaldzie, to uznaj ją za wykonaną. Mimo że jedno łgarstwo może nie okazać się wystarczające. Może masz coś innego niż oręż, coś co przed bitwą jeden druh może poprosić drugiego o zwrot osobie bliskiej jego sercu, gdyby cało nie wyszedł z kabały? Jakiś medalion, pukiel włosów, czy wstążkę którą Ci podarowała? Dziwnym może się zdać owej damie, iże miast pochować tak dzielnego rycerza wraz z Jego bronią, sam ją dzierżę.
-
Spytko, Katarina:
Dziękuję pani Katarino za te słowa - odparł Oswald i ukłonił się lekko, po czym zwrócił do byłego Bożogrobcy - myślisz, że to dama mego serca? Może to tak wyglądać ale nie... Chociaż mam coś innego, po czym mnie rozpozna - rzekł, wyjmując jakąś dziwną, złotą monetę. Nigdy takiej nie spotkaliście ani nie słyszeliście o takiej. Ma wygrawerowany prosty krzyż, oraz napisy - na górze Chastelneuf, a na dole - Foix.
Robert:
Charlotte położyła się po prostu na nogach Agnes i zamruczała, przymykając oczy...
Charles:
O grzechu... Co muszę zrobić, żeby Bóg mi wybaczył moje grzechy? Sama spowiedź wystarczyła?
-
Charles de Tournemire
Sama spowiedź nigdy nie wystarczy. Podstawową rzeczą jaką trzeba sobie uświadomić jest to, że wszyscy jesteśmy grzeszni. Jako ludzie mamy skłonności do popełniania złych rzeczy i nic na to nie poradzimy. Nie oznacza to jednak, że jesteśmy zawsze usprawiedliwieni z tego co uczyniliśmy. Trzeba również starać się być tym lepszym człowiekiem i sługą Boga... Życie jest jakby wstępem, bardzo krótkim etapem, w którym to my musimy wykazać się, czy jesteśmy godni dostąpić wieczności, czy też nie. Za wszelkie starania Bóg nam pobłogosławi.
-
Charles:
Ale ja się staram... Tylko nie zawsze mi wychodzi - stwierdziła Aurora, wzdychając ciężko.
-
Charles de Tournemire
Zaczyna się zawsze od małych kroków. Będą wzloty i upadki, ale sam fakt tego, że się starasz jest tu istotny... Poświęć się modlitwie przynajmniej raz na jakiś czas, wyraż swój żal za grzechy i skruchę, a możesz i nawet poprosić Najświętszą Matkę, Boga czy jego Syna o pomoc. Pamiętaj tylko, że i od razu po jednej modlitwie nie staniesz się świętą osobą czy kimkolwiek takim, oni tylko mogą naprowadzić Cię na właściwą drogę.
-
Nie bedę przeszkadzał Pani, widzę żeś w źałobie.
-
Adalbert
Co się stało niewiasto? Spytał, zatrzymując się. Czemu siedzisz w tym błocie? Wstań, nie brudź swego płaszcza i nie wystawiaj się na choroby.
-
Spytko
Wyciągnął dłoń po monetę Kim jest owa dama i gdzie trza podróż odbyć by do Niej dotrzeć? Daleko to od ziem Pani Agnes? Skoro to nie była dama Twego serca, ani za taką się nie uważa, co mamy Jej rzec iż prawiłeś o Niej?
-
Robert
Westchnął tylko uśmiechając się delikatnie pod nosem,nic już jednak nie powiedział a gdy skończył masować Agnes po prostu położył się obok niej obejmując ją czule...
-
Charles:
Dziękuję za radę ojcze - Aurora nagle pocałowała Cię w policzek...
George:
Elisabeth spojrzała na Ciebie zapłakanymi oczyma, nic nie mówiąc.
Adalbert:
Jakiś przeklęty trędowaty na koniu tędy przejeżdżał! Kiedy był obok mnie zaśmiał się szaleńczo aż zleciałam z siodła... Aaauć... Boli - odparła kobieta wstając powoli z ziemi. Zdjęła swój kaptur a wtem ujrzałeś jej delikatną, piękną twarz i jasne włosy.
Spytko, Katarina:
Niedaleko, to hrabina Foix, na zachód od Tulonu w stronę Aragonii. Rzeknijcie jej jedynie, że pierwszy raz wspomniałem o niej konając na polu walki, gdy poprosiłem was o przekazanie jej wieści. Też nie lubię łgarstw, ale czasem nie mamy wyboru... Powiedział Oswald, wręczając monetę.
Robert:
Dziwnie się czuję... Nie wiem co wy kombinujecie, ale na Boga, przestańcie - rzekła zdezorientowana Agnes, widocznie nie mająca teraz ochoty na takie czułości. Albo tak sobie tylko wmawia...
-
Spytko
Skinął głową Oswaldowi i schował monetę. Chodźmy do naszych koni Katarino.
-
Robert
Zaśmiał się cicho - Przestać? Przecież nic takiego nie robimy Agnes...
-
Robert:
Wcale... Nie pozwalacie mi w spokoju pozostać w żałobie po mężu, to nie po chrześcijańsku - stwierdziła hrabina de Montmirail.
-
Robert
No tak,nie po chrześcijańsku... - odparł z ciężkim westchnięciem po czym po prostu położył się obok przestając ją obejmować...Choć nie dał tego po sobie poznać to mocno zirytowało go zachowanie kobiety,jeszcze przed chwilą dawała mu słowo a teraz zdawała się robić wszystko co w jej mocy by dalej pozostać w apatii,żałobie i smutku...
-
Robert:
Podłamana nerwowo kobieta zaczęła ronić łzy ale złapała Cię za dłoń i rzekła niemrawo - przepraszam... Ale zrozum że mi ciężko...
-
Robert
Przecież wiem że Ci ciężko,ale nam też nie jest łatwo widząc Cię w takim stanie...A mam wrażenie że Ty nawet nie próbujesz z tym walczyć mimo tego że dałaś mi na to swoje słowo niecałą godzinę temu... - odparł ściskając jej rękę
-
Charles de Tournemire
Nie rób tego, nigdy - odparł jej surowo, po czym odsunął się od niej - Dobrze wiesz, że nie wolno ci tego robić, ani mi.
-
sir George Srogi
Odszedł kłaniając się w progu, po czym udał się na burtę patrzeć na morze.
-
Adalbert
Trędowaty... Ta... Zdaje się że też go widziałem. Mocno boli? Dasz radę chodzić, pani?
-
Katarina
Ukłoniła się Oswaldowi. Zrobimy Panie jak prosisz....
Tak mężu -chodźmy...Odparła po chwili zadumy.
Mam nadzieję, że to nie obróci się kiedyś przeciwko nam. Łgać w imię dobra? dziwna sprawa....
-
Robert:
Próbuję, ale przyzwyczaj się do moich wahań nastroju. Wybacz, jeśli przysporzę ci tym cierpień, choćbym nie wiem jak chciała to jeszcze długo nie będę jak dawniej - odrzekła Agnes nie wyrywając swej dłoni.
Adalbert:
Dam radę, aauuć... I nie pani, na imię mi Sybilla, panna de Foix, wyrwałam się na przejażdżkę będąc w odwiedzinach u przyjaciół, no i Bóg mnie pokarał za samowolę - rzekła dziewczyna.
Spytko, Katarina:
Dotarliście do swoich koni.
Charles:
Och... Wybacz ojcze, to pod wpływem chwili... Odparła wyjaśniająco Aurora. W tym czasie wrócił od pani de Wayren sir George.
Sir George:
Widziałeś, jak Aurora daje całusa księdzu Charlesowi...
-
Robert
Nieco zaskoczyła go tak rozbrajająca szczerość z jej strony - Dobrze Agnes,nie przepraszaj bo wiem przez co przechodzisz...Nie chcę po prostu żebyś skończyła tak jak niegdyś ja...
-
Spytko po polsku
Nuu Trzaskawica, nuu nie bocz się, jużem wrócił przemówił łagodnie podchodząc do swego wierzchowca. Pogładził delikatnie dłonią jego szyję. Tak wiem, pognać przed się byś chciała, ale nie czas ni miejsce na to. Zaczął czyścić sierść swej wiernej klaczy.
-
Adalbert
Może zatem odeskortuję Cię, Sybillo, by więcej takich wypadków Cię nie spotkało na drodze? I tak miałem wracać do miasta, do karczmy.
-
sir George Srogi
Z wielkim gniewem szedł szybkim krokiem w stronę Charlsa i Aurory - Niewinni?! Podróżujący?! Łamiecie śluby na statku pełnym ludzi! Wszetecznico! I ty - rzekł z przekąsem - bracie!
-
Robert:
Agnes spojrzała Ci na chwilę w oczy, nic już nie mówiąc. Po chwili zorientowałeś się, że Charlotte usnęła z głową opartą o nogi szwagierki.
Adabert:
Nie podróżuję z nieznajomymi, może więc byś się najpierw przedstawił panie? Spytała Sybilla z delikatnym, jakby kpiącym uśmieszkiem.
-
Robert
I jak tu jej nie kochać? Mam wrażenie że mogła by przespać cały dzień...Tylko dlaczego ona ciągle nie mówi mi po imieniu...Wiem że jest nieśmiała ale to już niemal miesiąc... - rzekł do "siostry" jednak jego wzrok był zwrócony w stronę śpiącej wybranki
-
Adalbert
Wybacz mi me maniery, panienko. Rzekł poważnie, ściągając hełm z głowy. Zwę się Adalbert de Toulouse.
-
Robert:
Do mnie zaczęła mówić po imieniu po roku znajomości, bądź cierpliwy. Ale nie narzekaj, dobrze wiem że to między innymi za to ją tak pokochałeś - odparła hrabina, uśmiechając się pierwszy raz od wielu dni.
Adalbert:
Nie wybaczę ci twych manier panie, jeśli wciąż będziesz uznawał się za lepszego ode mnie - odrzekła Sybilla z uśmiechem, opierając się o swojego konia.
-
Robert
Mimowolnie odwzajemnił uśmiech jednak zaraz kontynuował - Owszem,między innymi za to...Ale chciał bym żeby czuła się przy mnie swobodnie a mam wrażenie że czasem jest...Skrępowana...Co mi radzisz Agnes? Tylko nie mów już nic o cierpliwości,to nie jest moja najmocniejsza strona...
-
Robert:
Obawiam się, że skrępowana przestanie być dopiero po nocy poślubnej Robercie... Taka już jest, nieśmiała, cnotliwa i dobra, ciężko uwierzyć że ona i Boemund byli rodzeństwem, choć kilka wspólnych cech mają.
-
Robert
Westchnął wyraźnie niezadowolony z tej odpowiedzi - Na pewno niczego nie mogę dla niej zrobić? Dobrze wiesz Agnes,że ślub to bardzo odległa perspektywa,nawet nie jesteśmy zaręczeni...
-
Robert:
Odległa? Sprzedam swoją biżuterię by wyprawić wam ślub w Moulins, o to się nie martw - powiedziała zapewniająco.
-
Robert
Agnes...Nie,nie możesz to...To by było zbyt wiele...Ja...My...Znajdziemy jakiś inny sposób,żebyś nie musiała się tak poświęcać... - o ile wcześniej był zaskoczony jej szczerością to teraz deklaracja hrabiny kompletnie go zszokowała...
-
Adalbert
Wiedz, że bynajmniej nie leżało w moim interesie okazanie, że jestem lepszy od Ciebie. Rzekł schodząc z konia. To zapewne wina zmęczenia. Czy teraz przyjmiesz me przeprosiny? Spytał, stojąc już na gruncie.
-
Adalbert:
Zastanowię się - odparła kapryśnym tonem, podając Ci dłoń.
Robert:
Już ja widzę te wasze sposoby. Charlotte nie ucieszy się na wieść, że ślub odprawiacie za zrabowane wrogom złoto, bo jak rycerz może zarobić tyle, jeśli nie ma dużo ziem... Konieczne są łupy - stwierdziła z przekonaniem Agnes.
-
Robert
Westchnął ciężko po raz kolejny tego dnia,wiedział że Agnes ma rację ale nie chciał żeby pozbyła się wszystkiego co tylko miała tylko po to żeby mogli szybciej wziąć ślub... - Nie martw się Agnes,coś wymyślimy... - odparł całując ją w głowę i na powrót obejmując