Adriano
A więc jest jeszcze trochę czasu. Chodźmy po konie i jedźmy do Grobu Pańskiego.
Wersja do druku
Adriano
A więc jest jeszcze trochę czasu. Chodźmy po konie i jedźmy do Grobu Pańskiego.
Spytko:
A jam ci pomógł, panie? Jam tylko się pobawił z patriarchą - odparł Boemund i się zaśmiał.
Robert:
Agnes się wtuliła w Ciebie mocno, płacząc dalej. Po kilku chwilach z komnaty wyszedł medyk, mówiąc do was po łacinie. Niestety... Panna Charlotte zapadła na grypę najpewniej. Musiała się zarazić jakiś czas temu, ale dopiero tej nocy dało to o sobie znać... Będę podawał jej codziennie wywary z ziół, a wam pozostaje modlić się, by ozdrowiała... Teraz wszystko w rękach Boga.
Charles:
Godwyn już dochodzi do wyjścia z kaplicy, chyba nie jest z tych, co stają się agresywni po pijaku. Już zacząłeś myśleć, że poszło gładko, ale w pewnym momencie rycerz przewrócił się na jedną z ław, zniosło go bowiem w bok.
Adriano, Katarina:
Przygotowaliście swe konie, są gotowe do jazdy. Katarina jednak dostrzegła, że jej klacz jest wyjątkowo niespokojna. Siodłanie jej było ciężkie, nie mówiąc o zakładaniu ogłowia. Wierzga co chwila, jakoby rozgniewana.
Bertrand:
Dopiero, gdy zostałeś sam, znalazłeś czas na przemyślenia... I dopiero zdałeś sobie sprawę, że właśnie zdobyłeś miłość swego życia, choć wydawało się to niemożliwe. W jednym łożu z taką pięknością...
Robert
Na słowa medyka wtulił się w nią jeszcze mocniej i wydusił z siebie - Czy jest coś co możemy dla niej zrobić po za modlitwą?
Robert:
Tak, być przy niej i wspierać ją, niechaj wie, że ma dla kogo żyć - odparł medyk.
Robert
Pokiwał milcząco głową wciąż wylewając morze łez w ramię Agnes.....
Katarina
łooo... Błyskawica...... spokojnie...łoooo...
Możesz mi pomóc? coś mnie się wydaje, że......
O Boże... Ona chyba wyczuwa.... Mam nadzieje, że się mylę ale ona jest prawdziwym arabem... Na nic teraz skąd ja mam, ale jeśli się nie mylę wyczuwa swoje stada...
Prędko musimy znaleźć konstabla.... Pomóż mi panie go szukać powinien już wracać z moim rycerzem od patriarchy.... proszę czas nagli.....pomóż mi...
Robert:
Uspokójmy się oboje, ona chyba jest silniejsza od nas - rzekła Agnes ocierając Ci łzy i siląc się na serdeczny uśmiech. W międzyczasie medyk ukłonił się i odszedł.
Bertrand
A jednak możliwe... Ale no właśnie - zdobyłem, czy nie? Może tylko chwilę słabości miała, odskoku w bok szukała? Cóż, zobaczym co dalej będzie...
Spytko:
Roześmiał się po słowach konstabla i skierował Trzaskawicę do cytadeli. Ma zamiar zaspokoić tam swój głód zanim ruszy po odbiór hełmu i tarczy.
Charles de Tournemire
Wstaniesz ty tam, czy już nie kontaktujesz? - zapytał go, jednocześnie zaczął się rozglądać za kimś kto mógłby go stąd wynieść, albo pomóc chociaż...
Robert
Może masz rację - odparł również ocierając jej łzy a słaby uśmiech pojawił się na jego twarzy po chwili jeszcze raz ją przytulił mówiąc - Cieszę się że Was spotkałem, wiedz że kocham Was obie,każdą na swój sposób i już na zawsze masz we mnie przyjaciela...... - pocałował ją jeszcze w czoło i dodał - Idź się odziej,ja z nią posiedzę
Robert:
Dobrze, dziękuję - odparła Agnes i udała się do swej komnaty. Ty zaś wróciłeś do Charlotte, widok jest taki jak poprzednio... Z tą różnicą że panienka leży na boku i dłonią delikatnie gładzi wianek leżący obok niej.
Charles:
Na zewnątrz przez otwarte drzwi widzisz Oswalda, mówiącego coś do swego rumaka. Godwyn zaś ani drgnie, jest tak zachlany że kompletnie stracił przytomność.
Bertrand:
Do komnaty wpadła nerwowo Agnes i zaczęła się ubierać. Po jej twarzy widzisz, że jest bardzo smutna i przed chwilą płakała.
Robert
Charlotte....,widzę że już lepiej się czujesz - zaczął siląc się na spokój,podszedł do niej i głaskał tak przez chwilę jej ramię po czym powiedział uśmiechając się do niej słabo lecz szczerze- czy mógłbym rozczesać Twe piękne włosy a potem umieścić na nich wianek? Są bardzo potargane..... - gdy skończył pogłaskał ją jeszcze bardzo czule i delikatnie po policzku
Bertrand
Co się stało Agnes? Czemu płakałaś? spytał z troską w głosie, widząc ją wchodzącą do komnaty.
Charles de Tournemire
Pięknie... - powiedział marudnie pod nosem, po czym udał się od razu do templariusza. Gdy do niego podszedł i zapytał - Mam do Ciebie prośbę, panie... Mógłbyś mi pomóc wywlec tego upitego rycerza z kaplicy? Wszak wszystko było dobrze i na me krzyczenie i obelgi zareagował, dopóty nie zniosło go na bok i nie wywrócił się na jedną z ław... A teraz tam leży zapity z flachą w ręku i nawet nie reaguje.
Robert:
Charlotte uśmiechnęła się nieco, co jest pokrzepiającym widokiem. Za łożem jest skrzynia, w niej znajdziesz szczotkę do włosów - odparła cicho.
Bertrand:
Charlotte zachorowała na grypę, biedna bała się że umiera, ja też się wystraszyłam... Ale medyk rzekł, że może ozdrowieć, idę jej potowarzyszyć - odpowiedziała Agnes.
Charles:
Oswald wybuchnął śmiechem i odrzekł - Godwyn widzę w formie, jak zwykle. Serwienci! Zabrać stamtąd pana Bjornssona i zanieść go do jego komnaty! Co ojcze, ciężko z nim wytrzymać? Hehe.
Bertrand
Idź zatem, ja rozejrzę się po mieście. Chyba że chcesz, bym Ci towarzyszył?
Robert
Widząc uśmiech na jej twarzy również się uśmiechnął już szerzej po czym wyjął grzebień ze skrzyni siadając za nią na łożu i bardzo delikatnie ustawiając do pionu, jedną ręką ją podtrzymując a drugą starannie i powoli rozczesując jej włosy, gdy skończył ułożył ją na łożu całując w czoło i nakładając wianek zmierzył ją wzrokiem i powiedział - Mój Ty aniele......, chcesz żebym Cię przykrył?
Robert:
Sama nie wiem, czy jest mi zimno, czy ciepło... A tak mi wygodnie na tej kołderce... Mruknęła cicho i się wtuliła w poduszkę, przy okazji kuląc się i dłonią delikatnie gładząc sobie jedną nogę, od łydki do kostki.
Bertrand:
Nie, nie ma potrzeby... Idź więc na miasto, miłego dnia Bertrandzie - odparła Agnes wychodząc z komnaty.
Charles de Tournemire
A daj panie spokój... - skomentował z akcentem, który miał wskazywać na to, iż zgadza się z nim - Cóż, w każdym razie dziękuję za pomoc. Gdyby nie stracił przytomności to znając życie i o ironio losu doznałby oświecenia i rozpoczął poszukiwania wina mszalnego.
Robert
Moja miła pozwolisz......? - powiedział delikatnie ujmując ją za nogę którą sobie pieściła i zaczynając bardzo powoli ją masować wypatrując jej reakcji
Bertrand
Opuścił cytadelę i odebrał Guillaume'a ze stajni. Podjechał także do jednego ze strażników i rzekł do niego po łacinie. Wybacz panie, że w służbie Ci przeszkadzam, lecz czy mógłbyś wskazać mi drogę do najbliższego zakładu płatnerskiego?
Charles:
Na Godwyna jest najlepszy sposób, jak zaczyna mleć ozorem i zaczepiać, to trzeba mu hardo odpowiedzieć, równie ostro dogryzając. Nie obrazi się, on tego oczekuje hehe - rzekł Oswald.
Robert:
Oblicze Charlotte nieco się rozchmurzyło, widać po niej, że dajesz jej teraz wielką przyjemność. W międzyczasie do komnaty weszła Agnes w pięknej, czerwonej sukni i swojej białej pelerynie. Na nogach ma swe buty jeździeckie. Usiadła przy was na łożu, spoglądając na nogę panienki, którą masujesz. Widzisz? Już nie tylko ja ci je będę głaskać - uśmiechnęła się do Charlotte.
Bertrand:
Jeden ze strażników wskazał dokładnie drogę do gildii płatnerskiej. Nim wyjechałeś z cytadeli, już po zabraniu swego konia, dostrzegłeś Oswalda z Templariuszami, którzy najwyraźniej dopiero przybyli. Pan de Chastelneuf rozmawia z księdzem Charlesem.
Robert
Widząc że pomaga Charlotte w ten sposób choć na chwilę zapomnieć o chorobie kontynuował delikatne pieszczoty mówiąc do Agnes z lekkim uśmiechem - Wybierasz się gdzieś moja droga?
Bertrand
Ujrzawszy Charlesa i Oswalda podjechał do nich i skinął obojgu głową na powitanie. Niech będzie pochwalony. Przepraszam ojcze, że wplątałem Cię w tamtą sytuację i omal życia przeze mnie nie postradałeś... W każdym razie, w związku z tamtym wszystko już jest w porządku, sprawa została wyjaśniona. Dogłębnie wyjaśniona.
Robert:
Nie, czemu sadzisz że gdzieś się wybieram? Spytała Agnes.
Robert
Bo tak pięknie i strojnie wyglądasz a do tego masz buty do jazdy - odparł jej z uśmiechem jednak patrzył już na Charlotte, gdy uznał że wymasował jej jedną stopę ucałował ją delikatnie i zabrał się za drugą dodając - Któż jest tym szczęśliwcem?
Charles de Tournemire
W sumie racja... Po dwóch razach w końcu się odczepił... - odparł Oswaldowi, gdy zaś zobaczył Bertranda skinął mu również głową, a po wysłuchaniu odparł - Nic się nie stało. To nie Twoja wina, panie. Zresztą... Powinienem się chyba spodziewać, iż sytuacja się zrobi napięta... W każdym razie dobrze, że się w końcu wszystko wyjaśniło - dodał po cichu do Bertranda - A na oczy pannie Agnes mogę się pokazywać, czy już nie bardzo?
Robert:
Wy oboje, nie zamierzam dziś ruszać się stąd ani na krok - odparła kobieta. Charlotte tymczasem westchnęła nieco od pocałunku.
Bertrand po cichu
Zdaje się, że bardziej na mnie była obrażona niźli na Ciebie, więc chyba raczej możesz.
Charles de Tournemire
Czyli nic nie wiadomo... Choć ostatnio to i mieczem mi groziła, więc mam wątpliwości czy zaznam spokoju, czy nie... - odparł cicho.
Bertrand po cichu
Zaznasz, nie martw się, nie poruszaj jednak póki co tego tematu przy niej, Agnes przeżywa teraz ciężkie chwile, gdyż jej szwagierka, Charlotte, poważnie zachorowała... po czym dodał głośno Ekhm, no ale nie szepczmy w towarzystwie, widzę panie Oswaldzie, że wojsko zakonne ze sobą przywiodłeś. Czy coś wiadomo na temat ruchów armii Saladyna? Jak daleko od nas są? Kiedy możemy spodziewać się bitwy?
Robert
Na jej słowa uśmiechnął się szczerze, zaś Charlotte wymasował starannie drugą nogę,ucałował w tym samym miejscu po czym powiedział - Na chwilę Was zostawię i pójdę po coś do jedzenia i picia, życzycie sobie czegoś? No i muszę przynieść sobie jakieś przenośne posłanie....
Charles de Tournemire
Stał jedynie i przysłuchiwał się rozmowie, nie miał nic do dodania.
Katarina
Cały czas starała się uspokoić Błyskawicę... Co ci damo? gładziła ja po szyi i po boku.... No.... już dobrze,,, dobrze,,,,
Bertrand, Charles:
Co chwila dostajemy raporty od szpiegów i zwiadowców, że nasze małe twierdze są atakowane przez zagony, a armia Saladyna stoi pod Blanchegarde, nie wiem co z tamtejszym zamkiem. Może upadł, a może i się trzyma... Belvoir zaś saraceni zdobyć szans nie mają, stoją tylko pod murami. A bitwa? Niebawem, wierz mi że niebawem. Odrzekł Oswald, przechodząc na francuski.
Robert:
Wody bym się napiła - odrzekła Charlotte. A ja wina - dodała Agnes, kładąc się koło Charlotte, gładząc przyjaciółkę po dłoni, nóg swych na łoże nie położyła, nie chcąc zabrudzić pościeli butami.
Adriano, Katarina:
Klacz uspokoiła się pod wpływem dotyku szlachcianki...
Bertrand po francusku
A nie wiesz czy... czy pan Baldwin z Ibelinu przybył już do miasta?
Robert
Dobrze,niedługo wrócę - powiedział uśmiechając się do nich po czym zamówił do ich izby jeden porządny obiad dla siebie i dwa nieco lżejsze posiłki dla dam wraz z karafką wina i wody by następnie udać się po koc i poduszkę z własnej komnaty.
Bertrand, Charles:
Jeszcze nie przybył, ale niedługo winien zawitać do Jerozolimy - odparł Oswald.
Robert:
Wróciłeś ze swym posłaniem do komnaty Charlotte, kobiety nic się nie odzywają, Agnes dalej leży obok przyjaciółki, głaszcząc ją po dłoni.
Bertrand
Dobrze, bo mam z nim jedną sprawę nie rozstrzygniętą... No nic, wybaczcie mi mości panowie, muszę jeszcze odwiedzić gildię płatnerską. Zatem do zobaczenia, z Bogiem. rzekł, po czym skinął głową i podążył do zakładu wskazanego przez strażnika. Oby żaden Żyd go nie prowadził...