-
Anna de Loiret
Zaszczytem było mi cię poznać panie, ileż to wyrzeczeń wymaga bycie... Sobą... Powiedziała cicho do siebie patrząc na odjeżdżającego rycerza. Po chwili rzekła do ojca, już głośniej - wiesz tatusiu, że Christophe pokonał Zielonego Rycerza w pojedynku? Wysadził go z siodła włócznią. Czasem ciężko mi uwierzyć, że on nie jest szlachcicem.
-
Christophe Leroy
Dziękuje, panie... Zaszczytem było służyć Tobie - odpowiedział Tankredowi, dodając jeszcze po słowach Anny - Oraz zielony rycerz rzekł, iż jeżeli kiedyś dostąpie zaszczytu napicia się z świętego Graala to on już nie stanie mi na drodze...
-
Nie Aniu, Christophe nie jest szlachcicem, ale ma wielką szansę takowym zostać, jeśli powróci stary ład i o szlachectwie nie tylko majątek i koligacje będą stanowić, ale także rycerskie czyny w służbie Pani Jeziora. - oparł Tankred.
-
Anna de Loiret
Uśmiechnęła się do Christophe'a i ojca, po czym otworzyła medalion z podobizną swoją oraz brata, ukazując go Tankredowi. Ojcze, jest twój, weź go... Rzekła ze smutkiem w głosie, nie bardzo chcąc przestawać nosić Rolanda przy sercu.
-
Tankred wziął medalion i zawiesił go sobie na szyi.
Liothannea podeszła do arcykapłanki - Mam resztę trunku który nieco wzmacnia siły, jednak osłabionej osobie może zaszumieć mocno w głowie.
Morgiana przyjęła poczęstunek - Zaryzykuję, muszę mieć siły by odnaleźć swego chowańca. A i konno jechać, jeśli ktoś mi wierzchowca użyczy.
- To są moje konie, jeden z nich Trzmiel się zowie, a drugi Motyl. Wybieraj Pani, zaszczytem będzie dla mnie, gdy zechcesz wziąć któregoś. Ja na drugim będę podróżował. - stwierdził Tankred.
-
Anna de Loiret
Chodź ojcze, pomogę ci dosiąść konia. A gdzie zostawiłeś Ważkę? Chciałabym się z nią zobaczyć, ona nam po mamusi pozostała...
-
Aniu, w głowę się uderzyłaś, jak ja mam dosiąść konia, jak chodzić nie mogę? A o Ważkę spytaj się Aratheny, pod Jej opieką była. Chyba wymieniła Ją za Twego Lubego. Mam tylko nadzieję, że to była opłacalna wymiana.
-
Anna de Loiret
Ach, zapomniałam o nodze - odparła z głupawym uśmieszkiem. Eeee... O co chodzi z tą Ważką i wymianą? Spytała zdezorientowana.
-
Alessio
Eeee?Że co?Wymiana,za mnie?Jaka wymiana? Jaka Ważka? O co do cholery może chodzić? Choć może lepiej nic nie mówić żeby nie miała problemów....
-
Arathena
A Ważka... Ważki już nie ma... Niestety wasz koń. Jak to powiedzieć? Arathena nie chciała robić przykrości Ani słysząc, że to pamiątka po jej matce, ale wiedziała też, że prawda prędzej czy później i tak wyjdzie na jaw. Zresztą była tu też Arcykapłanka Pani Jeziora, a ta zapewne dobrze wiedziała co się dzieje koło jej świątyni.
Wasz koń poległ.. Odwaga jej zapewne dorównywała jej Właścicielce i żywię nadzieję, że obie teraz galopują po zielonych łąkach i są szczęśliwe razem. Stałą chwilę w milczeniu, nie bardzo wiedząc co może powiedzieć. Sama żywiła ogromna sympatię do zwierząt i jej również było przykro z powodu jej straty, mimo, ze nie okazywała tego na zewnątrz...
Gdy to mówiła miała spuszczoną głowę, ale teraz ją podniosła i spojrzała w oczy Anny i jej ojca pokazując, że nie ma nic do ukrycia i żałuje tego co się stało
-
Anna de Loiret
Nie ma? Wyjąkała, a kilka łez spłynęło po jej policzkach. Nic już nie mówiąc jeszcze mocniej wtuliła się w ojca, starając się z całych sił powstrzymać płacz.
-
- Tak jak mówiłem, wymiana. Straciła jedną z rodziny i pewno pomyślała, że ktoś inny może nam ją zastąpić. stwierdził Tankred przytulając córkę.
-
Aratchena
Myślę Panie, że wasz koń jest teraz w raju wraz z Waszą Bliską. Masz rację zamieniłam ją ale to nie tak jak myślisz. Zamieniłam ją na własne życie. Chciałam ratować jak mniemałam tonącą gdy sama w topiel wpadłam. Ważka weszła do wody na ratunek, gdyż zawołałam ją i niestety z niej nie wyszła. Ale skoro traktujecie ją jak członka rodziny to masz rację. Bogowie widać zięciem chcą Wam tę stratę wynagrodzić.
-
Christophe Leroy
Czyli jakoś to przeszło... Choć myślałem, że będę musiał się tłumaczyć i omal co bym po mordzie nie zarobił. Eh... Cholerna nimfa.... - pomyślał przypominając sobie co się wtedy działo nad jeziorem, po czym powstał i osunął się nieco na bok, coby zostawić Ankę z ojcem samą.
-
Anna de Loiret
Alessio, będziesz potrafił mnie kochać tak jak ona i mi ją zastąpić? Spytała całkowicie szczerze i niewinnie.
-
Alessio
Przysłuchiwał się toczonej obok niego rozmowie a wraz z jej rozwojem docierała do niego coraz dziwniejsza prawda - Koń jako członek rodziny? A więc nie tylko ona tak uważa.....,i mój kochany teść też ma to za całkiem normalne.....Eee,no......,eee,ten tego....,ja lubię Gwiazdora,naprawdę, ale bratem mi nie jest....,nie.....,to po prostu......,nie,no nie potrafiłbym! Bogowie w co ja się wpakowałem....Trudno,teraz już i tak nie ma odwrotu,i tak bym nie potrafił żyć bez niej.... - dlatego na słowa ukochanej uklęknął przed nią mówiąc z ciężkim westchnięciem - Wiesz już przecież że Cię miłuję z całego serca....,a czy będę potrafił ją zastąpić? Nie wiem....ale zrobię co w mojej mocy,przysięgam....
-
Anna de Loiret
Uśmiechnęła się do Alessia i odpowiedziała mu - też cię kocham. Po chwili zaś spojrzała na ojca i powiedziała - Alessio obiecał mi piękną, białą pelerynkę, lutnię i czaprak dla Thilbauta, nie mam wątpliwości że będzie o mnie dbał.
-
Alessio
Jak już zostaniemy małżeństwem to jej zachcianki doprowadzą nas do ruiny....,dobra,dobra,pelerynę obiecałem,fakt,lutnię chciałem kupić ale nie obiecywałem,natomiast o tym cholernym......czymś dla konia pierwsze słyszę - pomyślał nerwowo,jednak mimo to powiedział poważnym głosem,"przypadkiem" omijając kwestię potwierdzenia nowej,poszerzonej listy zachcianek ukochanej - Eee,tak,przysięgam o nią dbać Panie.....
-
Anna de Loiret
A ja w zamian poduczę go walki mieczem, by mógł mnie bronić, gdy zajdzie potrzeba. Ale widzisz ojcze? Już się dla mnie poświęcił, zmienił swój wygląd na normalniejszy. Bo w tej Tilei to moda na noszenie się jak plebejusze jest, wiesz że szlachta nie nosi często długich włosów ani bród?
-
Tamtejsza szlachta chyba inna od naszej. Słyszałem że rzadko w polu stają. Prawda li to? spytał się Tankred patrząc na Alessio.
-
Alessio
Tak,to prawda,najczęściej w polu stają armie najemne....,szlachta tylko jako wysocy rangą dowódcy....,do prowadzenia wojny w Tilei potrzeba pieniędzy,pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy,wokół tego prawie wszystko się u nas kręci.... - odparł szczerze nie widząc sensu w kłamstwie - Mało tego,większość naszej szlachty jest gnuśna i zadufana.....,jednak i u nas czasem wielki człowiek się trafi....,smutne jest tylko to że od razu inni Ci mniej zdolni dążą do tego by go strącić na sam dół.... - na koniec westchnął ciężko wspominając Borgię.... - Ehh,może ten Marco nie będzie taki zły?
-
Cóż i u nas nie wiadomo jak będzie to wyglądać, jeśli nie uda się odzyskać prawowitego króla. Tankred westchnął równie ciężko. A z ta nauką Aniu to nie jest dobry pomysł. Lepiej by Alessio uczył władania orężem ktoś, kto nie jest mu bliski dodał po chwili.
-
Arathena
Nie mając za wiele już do powiedzenia postanowiła przejść się kawałek w ustronne miejsce by załatwić swoje potrzeby fizjologiczne.
-
Anna de Loiret
Nawet nie mów ojcze, że może być tutaj jak w Tilei, to barbarzyński kraj i jeśli Bretonnia taka się stanie, to nie będę już miała po co żyć. Najpierw straciłam Rolanda, a teraz mam stracić Bretonnię?
-
Alessio
O nie,nie,moja droga,nie jesteśmy barbarzyńcami,to że jesteśmy inni nie znaczy że zasługujemy na to określenie....,pamiętaj że i ja stamtąd pochodzę a mnie za barbarzyńcę przecież nie uważasz....
-
Anna de Loiret
Ależ Alessio, to skutek dobroczynnego wpływu bretonńskiej kobiety na ciebie, przypomnij sobie twój brak manier gdy się poznaliśmy i musiałam cię ukarać za podłość - odparła ukochanemu.
-
Alessio
Ukarać za podłość....,też coś....,tylko z czyjej strony była ta podłość.... - mruknął pod nosem - wolę pamiętać inne chwile,na przykład uratowanie mi życia....
-
Bretonnia po prostu jest wyjątkowa na tle innych krajów. I Ci, którym leży na sercu jej dobro, walczą o to by taką pozostała - odparł Tankred.
-
Christophe Leroy
No nie, znowu...? Zaraz focha znowu strzeli panienka i tyle będzie - pomyślał giermek widząc, że znowu zaczyna się "zabawa" Alessia i Anny. Aż zbierało mu się na śmiech, lecz powstrzymał się, coby nie mieć kłopotów z nimi.
-
Anna de Loiret
To też pamiętam Alessio, zmieniłeś się, wydobyłam z ciebie tą lepszą stronę, nie tileańską - uśmiechnęła się do wybranka i wysunęła dłoń w jego stronę.
-
Alessio
I taką ją wolę.... - pomyślał odwzajemniając uśmiech,ujmując ją za dłoń i delikatnie całując w jej wierzchnią część
-
Arathena
Wróciła gdy załatwiła swoje sprawy. Podeszła do Liothannei i zapytała. Gdzie zatem się będziemy udawać teraz? I kto jedzie z nami? Pan Tankred nie wiadomo czy utrzyma się w siodle. Może znajdzie się miejsce na wozie, i chyba nie było by głupie by na nim właśnie jechał. Niby chce sam na Którymś z koni jechać ale nie wydaje mi się by było to możliwe. Zresztą wydaje mi się, że już wiem za kim Anna jest taka uparta... Ha ha ha
-
Wychodzi na to, że ojciec Anny i ten Gruby Gui z banitów. Nie wiem czy ktoś oprócz nich, jeszcze nie zapadła decyzja. odpowiedziała Liothannea w elfim.
Na polanę powrócili banici niosący po pełnym bukłaku. Wraz z nimi przyszedł Mały Hugo z beczułką oraz wiadrem wody, które postawił obok Alessia, oraz jakiś elf o dziwnej fryzurze. Gruby i bardzo długi osełedec związany jest rzemieniem na środku gładko wygolonej czaszki. W jednym uchu ma zawieszone trzy kolczyki. Zamiast miecza u jego pasa wisi sejmitar. Obcy niesie dwa zwoje elfiej liny, na oko dwa razy mniejsze od tego, który miała Arathena.
-
Arathena
Widząc elfa z liną podeszła do niego. Tylko magią da się przeciąć tą linę. Spojrzała na nią a potem na Elfa.... Zwą mnie Arathena Czarna Wdowa, a to był prezent za.... Nie ważne... Wyciąga rękę po swoją własność, ale nie jakoś nieuprzejmie, a raczej w celu zbadania czy ów Elf odda ją jej czy raczej coś będzie chciał w zamian, albo czy w ogóle raczy ją oddać czy uważa że ona należy już do niego...
-
- Widocznie mój oręż magiczny - odpowiedział w elfim, ale z jakimś takim chrapliwym akcentem, wyciągając dłoń do jednego ze zwojów liny, pewno by go zdjąć z ramienia. Mnie zwą
- Zdrajca! krzyknęła Liothannea w elfim i runęła na niego błyskawicznie dobywając miecza i tnąc obcego, który jednak zdążył odskoczyć dobywając dziwnego sztyletu o podwójnym ostrzu. Drugi cios elfki udało się mu zblokować owym łamaczem mieczy. Liothannea wypuściła oręż z dłoni i sięgnęła po nóż. Banita w tej samej chwili odrzucił swój dziwny sztylet z utkwionym w nim mieczem królewskiej córki i rzucił się na nią szczupakiem obalając na ziemię.
Reszta banitów natychmiast napięła swe łuki.
-
Arathena
Widząc co się dzieje doskoczyła szybko do szamotających się elfów ale nie rozdzielała ich jeszcze. Bardziej swym ciałem zakrywała ich przed napiętymi łukami banitów. Przyklęknęła tyłem do Liothannei i nieznajomego, i podniosła obie ręce w geście by łucznicy zaniechali strzału...
-
Jeden z banitów nerwowy był bardziej, zdążył już wystrzelić. Bertrand także. Albo jest świetnym łucznikiem, albo jesteście świadkami cudu, bo udało mu się ustrzelić strzałę, tuż przed czołem Aratheny.
Nie strzelać! wydarł się Bertrand I ani kroku naprzód! Łapy przy sobie!
Techniczny:
- 1PP Arathena
+ 1PO Arathena
-
Arathena
Rzuciła Bertrandowi spojrzenie pełne wdzięczności, i zdziwienia....
-
- Ano zdradziłem rozległo się za plecami Aratheny męskie warknięcie w elfim. Alem nie sądził, że wiedźma ma aż tak długi łapy by skrytobójczynię aż tutaj za mną przysłać.
- Nie służę żadnej wiedźmie, jeno królowi feniksowi. odwarknęła w tym samym języku Liothannea.
- Temu atakujesz kogoś kto wrogiem Czarnej Arki?
- Pomyliłam się, a teraz złaź w końcu ze mnie.
Bertrand skinął Arathenie głową, po czym otarł swe czoło ręką.
-
Alessio
Odetchnął z ulgą widząc jak Bertrand ocalił życie ich przewodniczki - Nie ma to jak rodzina w komplecie - ironizował w myślach widząc całe zajście i spięcie między elfami - A Arathena jak zwykle jest nadgorliwa,ciekawe kiedy ją to do grobu zapędzi....,oby nigdy bo i ja ją zdążyłem co nieco polubić....- szybko jednak otrząsnął się z zadumy i zabrał za robienie opatrunku mówiąc do Arcykapłanki i Tankreda - Panie,Pani,zaraz będziemy zaczynać,tylko przydał by mi się jakiś drugi miecz do wbicia w ziemię aby Pana nogę na nim oprzeć,ja ze swoim nie mam problemu....,ale to wciąż jeden miecz za mało....,jacyś ochotnicy do użyczenia?