-
Bertrand
Paru rzeczy? Od mości Baldwina? Chybam mu za mocno przyrżnął tym kuflem wtedy i majaczy... No ale wciąż nie wiem czego ode mnie oczekujesz panie, jak już mówiłem nie wiem gdzie przebywa Twa siostra. No i czemuż żmiją ją nazywasz? Przenigdy nie nazwałbym swego rodzonego brata wężem...
-
Charles, Robert:
Nie obchodzi mnie to, muszę przy tym być, z waszą pomocą czy bez niej - odparła panienka siadając na łożu.
Bertrand:
Bo wydaje mi się, iż kłamiesz... Sam byś ją żmiją nazwał, gdyby to tobie ojca do grobu wpędziła! Zabronił jej ruszać do Jerozolimy, zabronił! Umarł z żalu o nią... Był pewny, że Agnes postrada swój żywot, zwłaszcza że wbrew jego woli, jej mąż zachęcał ją do nauki fechtunku! Ta wariatka i tak się go potajemnie uczyła już jak małą dziewczynką była, a ten jeszcze ją ku temu podjudzał!
-
Charles de Tournemire
Panienko... Jesteś obłożnie chora. Mimo, iż to ważna chwila to i w tym stanie nie możesz ruszyć się z miejsca, bo tylko Tobie to zaszkodzi. Sprowadzenie tu go odpada, za dużo ludzi. Jeżeli ktoś się wygada to kościół nie zostawi tego obojętnie. Chyba, że byś panie owinął swą lubą w jakieś koce, aby ciepło utrzymać i zanieść ją do kaplicy. Choć musielibyśmy wychodzić pojedyńczo coby nie zwrócić większej uwagi na siebie - odparł Charlotte.
-
Robert
Ehh,mówiłem już że mi kogoś przypominasz? Dobrze zatem,widzę że nie ustąpisz....., ale najpierw pomogę Ci się odziać nie chcę patrzeć jak Cię męczy chłód - powiedział do niej zrezygnowany
-
Bertrand
Jak Boga kocham nie kłamię waszmościu, nawet nie śpię w cytadeli a jedynie się w niej stołuję, pytaj strażników to potwierdzą moje słowa, że wychodzę do karczmy na nocleg co wieczór. A ojca i matkę już dawno mam w grobie i braci moich o to jakoś nie osądzam.
-
Katarina
Widząc chłód w oczach Roberta gdy jej skinął głową uczyniła bardzo podobnie.
Nie będę przeszkadzała. Rzekła sucho i udała sie do swojej komnaty.
-
Charles, Robert:
Agnes machnęła dłonią kilka razy odganiająco w stronę księdza rzecząc po francusku - wybacz ojcze, Charlotte się przebrać musi. Po tym panienka wraz z pomocą szwagierki oraz Normana, odziała się w piękną, pomarańczową suknię, która wygląda na wschodnią modłę, oraz niebieską pelerynę. Zawinęła nieco rękawy i ułożyła włosy, tak że całość opada jej przy lewym ramieniu, sięgając prawie brzucha. Możemy ruszać - rzekła wyraźnie zmęczona.
Bertrand:
Hugon spojrzał na Ciebie z gniewem w oczach, ale w końcu bez słowa opuścił salę nerwowym krokiem...
-
Adriano
Wszystko jasne jak słońce panie Spytko.
-
Spytko po łacinie:
Rad zatem jestem i żywię nadzieję, że podobnego błędu w przyszłości nie popełnisz mości Adriano. Też nie byłbyś rad, gdyby jakiś rycerz wzrok swój wlepiał w biust Twej lubej przytakując Ci wcześniej, że obyczajnie wobec Niej będzie postępował nie uchybiając Jej słowem czy czynem. Następnym razem bowiem bym musiał ostrza użyć, nie pięści. - rzekłszy to skierował swe kroki ku stajni by dosiąść Trzaskawicy i udać się po odbiór rynsztunku.
-
Bertrand
Zaczekaj, panie! krzyknął jeszcze i wybiegł za rycerzem.
-
Spytko:
W gildii płatnerskiej otrzymałeś z powrotem swój ekwipunek, przemalowany dokładnie tak, jak sobie zażyczyłeś. Wygląda jak nowy, starannie wyczyszczony, oraz też naprawiony bowiem w niektórych miejscach były wgniecenia.
Bertrand:
Czego?! Warknął rycerz.
-
Bertrand
I co zamierzasz, jak już ją znajdziesz, panie? Zawleczesz ją do domu? Wyklniesz? Myślisz że to przywróci życie Twemu ojcu? Uważasz że będzie zadowolony, widząc z zaświatów jak jego dzieci toczą ze sobą wojny?
-
Spytko po łacinie:
Doskonała robota mistrzu, dam złotą monetę więcej za tak piękne dzieło rzekłszy to polski rycerz zapłacił dziewięć złotych monet zamiast wymaganych ośmiu i ruszył z powrotem ku cytadeli.
Techniczny:
Kasy tyle zostało co ostatnio podawałem, zapłacił tyle co mu oddała Katarina.
-
Bertrand:
Hugon zacisnął zęby ze złości, ale widocznie się też zamyślił przez chwilę. Tak, zawlekę ją do Montmirail, a raczej do tego co z niego pozostało i pokażę jej, co się teraz tam dzieje! Niech zobaczy ruiny swego domu! Gdy tylko Burgundowie dowiedzieli się o śmierci ojca, od razu wyruszyli na wyprawę, zostawiając za sobą jedynie śmierć i pożogę! Niech patrzy na to, niech patrzy!
Spytko:
Dotarłeś z powrotem do cytadeli, szybko się zeszło w tę i z powrotem. Ujrzałeś pędzącego z kaplicy Oswalda de Chastelneuf, który zamknął za sobą drzwi przedtem. Zmierza w stronę wejścia do wnętrza cytadeli.
Adriano:
Widzisz to, co Spytko.
-
Bertrand
Obawiam się że nie będziesz musiał jej zmuszać. Tak czy tak wracać do Francji w niedalekiej przyszłości chciała...
-
Spytko po łacinie:
Zsiadł z klaczy rzucając wodze stajennemu. Zaopiekuj się nią dobrze. Ruszył do komnaty Katariny, przypadkiem podążając w tym samym kierunku co Oswald.
-
Katarina
Usiadła na brzegu łóżka. Zaczęła rozczesywać swe włosy i je układać.
Nie wiedziała jak ma się zachować. Ten niefortunny żart z zakładem nie spodobał się nikomu i jej samej tez szczerze mówiąc nie był w smak. Charlotte zaniemogła i nijak teraz ją przepraszać. Pana Roberta tez by wypadało przeprosić, ale na miłość boską nie teraz gdy zmartwiony jest jej zdrowiem. Rozumiała jego postawę wobec niej choć miała nadzieję, że mimo wszystko nie będzie jej okazywał aż takiej niechęci. Widocznie drzazga urazy mocno ukuła go w jego dumę...
-
Bertrand:
Rycerz westchnął i choć dalej jego głos hardy, to ton nieco łagodniejszy... A powiedz mi... Jak ona się miewa?
-
Adriano
Ruszył do Cytadeli sprawdzić co się dzieje. - I tak nie mam nic do roboty...
-
Bertrand
Jest jej bardzo trudno... Boemund, jej mąż, zachorował na trąd. Kler unieważnił ich małżeństwo. No i przez ostatnie trzy dni otrzymała wiele ran, głównie powierzchownych, choć jedna, mieczem w pierś zadana, jest dosyć poważna... Ale jakoś się trzyma, to silna kobieta.
-
Spytko:
Przekraczając próg cytadeli zatrzasnął jej wrota nie oglądając się za siebie by sprawdzić czy przypadkiem nikt za nim nie podąża.
-
Bertrand:
Boże... Powiedział Hugon, wygląda jakby cała złość na siostrę mu przeminęła. Naprawdę... Naprawdę nie wiesz, gdzie ona jest?
Spytko, Adriano:
Polski rycerz zatrzasnął przed Adrianem wrota cytadeli... Zamknięte od środka, nie puszczą od zewnątrz, jako że główny cel tych drzwi to jak najdłużej powstrzymywać najeźdźców...
-
Bertrand
Westchnął ciężko. Wiem gdzie jej komnata, ale nie wiem czy w niej teraz przebywa, chodźmy, zaprowadzę Cię do niej panie...
-
Adriano
Ja to mam dzisiaj szczęście...
-
Robert
Cudownie wyglądasz - powiedział głaszcząc ją po ramieniu, po chwili dodał równie łagodnie - zaniosę Cię,musisz swe siły oszczędzać
-
Charles, Robert:
Norman wziął ukochaną za ręce i począł ją nieść , za nim ruszyła Agnes z księdzem. Po chwili spotkaliście Bertranda idącego w waszą stronę z jakimś czarnowłosym rycerzem, o bujnych wąsach... Hugon... Wyjąkała ledwo kobieta. Siostro! Krzyknął wojownik i chwycił ją za rękę. Idźcie, idźcie i powiedzcie Boemundowi, że zaraz dołączę - rzekła Agnes.
Katarina:
Nagle rozległo się głośne walenie do drzwi.
-
Bertrand
Pan Hugon znalazł mnie w jadalni, dowiedziawszy się uprzednio w Trypolisie, że jestem Twoim znajomym...
-
Robert
Dobrze,prowadź ojcze - powiedział do duchownego rzucając jedynie Agnes dziwne spojrzenie zaś pytania na później zostawiając
-
Charles de Tournemire
Spojrzał na Hugona oraz Agnes z lekką podejrzliwością, wszak jej reakcja była dosyć... interesująca - zaczął podążać w kierunku kaplicy nie chcąc dłużej tu zabawiać.
-
Katarina
Wzięła krzesło czy tam taboret czy ewentualnie ryczkę w rękę i podeszłą do drzwi... Z impetem je otwierając zamachnęła się tym czymś co w ręce miała..W ten łeb się pierd......
Techniczny
Nie dokańczam specjalnie bo nie wiem kogo za drzwiami zobaczęxD
-
Bertrand, Charles, Robert, Spytko:
Spotkaliście się na korytarzu wiodącym do wyjścia z cytadeli. Robert dalej niesie Charlotte na rękach, ta dalej gorączkuje.
Katarina:
Ło Matko Boska i Jezusie Nazareński! Wykrzyknął Oswald, który to przed chwilą pukał w drzwi odskakując gwałtownie w tył.
-
Katarina...
A to Ty panie.... Wybacz... Myślałam, że to sam diabeł po mą dusze przyszedł... Wejdź proszę... otwarła szerzej drzwi i odłożyła krzesło na ziemię...
Co Cie sprowadza?
Jej głos był już trochę bardziej spokojny, choć nadal była zdenerwowana...
-
Robert
Chyba byłem zbyt chłodny dla Twej lubej Panie - powiedział do Spytka - przebaczyłem jej jak obiecałem ale wciąż mi z tyłu głowy ten zakład niefortunny siedzi.....,zajrzę do Was po tym wszystkim,dobrze?
-
Spytko po łacinie:
A cebula pomogła? I po czym wszystkim?
-
Robert
Wybacz Panie, nie mogę tego zdradzić......, i jaka znowu cebula? Niestety nie mieliśmy okazji porozmawiać
-
Katarina:
Oswald śmignął Ci niemal przed nosem wchodząc do komnaty jak najszybciej, zachowując pełną ostrożność i wbijając na chwilę wzrok we wszystkie dobre do bicia rzeczy, jakie się tu znajdują. Konstabl Boemund prosił, byś poszła ze mną do kaplicy, sprawa zwłoki nie cierpi... Chciał, byś przybyła z ukochanym.
-
Spytko po łacinie:
No Katarina miała Wam powiedzieć, że sok z cebuli polanej miodem szybko na nogi stawia. A i bańki nie zaszkodzą. Ale pewno zbyt chłodno Ją Panie potraktowałeś skoro tego nie rzekła. Nic to, idę sprawdzić co u Niej, do obaczenia później.
-
Robert
Dziękuję,spróbujemy wszystkiego co może pomóc mojej Charlotte, i najwidoczniej tak, teraz trochę tego żałuję ale sam rozumiesz....,zatem do zobaczenia - gdy rycerz oddalił się nieco zapytał Bertranda który podążał za nimi - A Ty Bertrandzie drogę zgubiłeś? Czy w jakimż to celu za nami podążasz?
-
Bertrand
Hę? Głuchyś? Agnes do konstabla kazała nam spieszać. No to spieszamy, czyż nie?
-
Katarina
Widząc jak się rozgląda.. Oj nie chcecie chyba powiedzieć panie, że lękacie się niewiasty....
Mój rycerz do płatnerza się udał, ale nie pozwólmy by Pan Boemund musiał czekać skoro to takie ważne....
Odziała się tam w co miała ściągnięte wcześniej... Ruszjamy zatem...