-
Dan:
Żołnierz spojrzał na was z wrednym uśmiechem, zwłaszcza na Diane i powiedział - No, to czego żeście szukali na tym pobojowisku? Szacunku się nie ma i ograbiało się martwych rodaków, co? Hehe...
Vito:
- Te, Andrzej, to chyba o Ciebie chodzi hehe... - odparł brodacz
- Ja wolę kozy, wypraszam sobie... Moris?
- No mnie wrzucili tu za zrobienie burdy w burdelu, nie za nekrofilie.
- Hahaha... Z jakimi pojebańcami mi tu przyszło gnić - któryś nie wytrzymał i zaczął się śmiać wniebogłosy, a zanim cała reszta...
-
Dan
Pracujemy dla Vatrasa i przeszukiwaliśmy jedynie martwe nekromanckie ścierwa w celu znalezienia wartościowych informacji.... - powiedział chłodno mierząc go nieprzyjaznym spojrzeniem
-
Vito
KURWA MAĆ! Wydarł się na cały głos, żeby powstrzymać śmiechy. Nekrofil, czyli nekomanta, a jak nie powiecie który to, to zajebię wszystkich! Krzyknął już odrobinę ciszej, kładąc dłoń na rękojeści miecza.
-
Dan:
Jakiego Vatrasa? Ani go nie znam, ani nic mi nie wiadomo o czymś takim... No więc dobra, wyskakiwać z tego co żeście podpieprzyli hehe... No chyba że się jakoś dogadamy.
Vito:
Hehehe, co się denerwujesz tak, młody! Zresztą jak wszystkich ubijesz to i nekrofila pewnie nie dostaniesz samego hehe... Poza tym na chuj ci on? - odparł jakiś inny więzień, dalej rozbawiony...
-
Dan
Ehh,no dobra,trzymaj.... - powiedział wyjmując runy z torby,nagle jednak je upuścił i powiedział wrednie - Ups....,chyba sam musisz je podnieść.... - gdy żołnierz się schyla uderza go kolanem z całej siły w twarz a następnie poprawia butem by go ogłuszyć
-
Dan:
Cooo? Nie rób se jaj, chłopcze. Podnoś to i idziecie ze mną do pana kapitana, hehe... Tylko bez żadnych numerów - powiedział do Ciebie na początku z gniewem, a potem ponownie z wrednym uśmiechem. Najwyraźniej nie ma zamiaru schylać się po tym tekście do tych run.
-
Vito
Mam go ubić. Więc wszystko mi jedno, mogę zatem ubić wszystkich. Odparł mu z szyderczym uśmiechem.
-
Dan
Ehh,no dobra,zatem prowadź - powiedział podnosząc runy,gdy się odwróci ogłusza go uderzeniem w tył głowy
-
Dan:
Żołnierz padł na glebę ogłuszony, prosto na swą twarz - No, dobra robota. Zmywajmy się zanim jego koledzy tu przyjdą... Dalej to już problem Vatrasa jak ktoś ze skargą na nas przyjdzie - i od razu to ruszyła w drogę.
Vito:
Heh, no niech będzie. Szukaj podstarzałego dziada z trupio bladą skórą gdzieś dalej, wgłąb lochów. Tyle ci starczy. Jak zaczniesz słyszeć jakieś lamenty, wrzaski, piski, modlitwy i kazania to znaczy, że będziesz na miejscu.
-
Dan
Chodź,ominiemy farmę i pobiegniemy przez las.... - powiedział kierując się od razu w jego stronę
-
Vito
Zastosował się do rad brodacza i udał się w głąb lochu.
-
Dan:
Hmmm... No dobra. Nic nas chyba w nim nie zje - odparła i ruszyła za Tobą. Na razie jest spokojnie i niczego nie widzicie podejrzanego. Diane w międzyczasie przyglądała się swoim runom i zapytała, nieco ironicznie - Tak się zastanawiam co teraz jeszcze nam Vatras za zadanie zleci... Były walące się ściany, tunele, kopalnie i najazd oddziału nieumarłych. Może teraz nieumarły smok napadnie wyspę?
Vito:
Niezbyt dobrze czujesz się w tym miejscu. Jest tu masa więźniów, rzucającymi groźne i pogardliwe spojrzenia w twoją stronę, ale też niektórzy spoglądają na Ciebie ze strachem. Niektórzy z nich to prawdziwi mordercy czy przestępcy, zasługujący na takie miejsce jak kolonia, ale większość z nich trafiła tu za byle jakie przewinienie... Pojedynki, obraza któregoś z dupków ze straży, czy przejście po pijaku przez ulice miasta. Niektórym z nich trudno się dziwić, że znienawidzili ludzi Twojego pokroju, bo w końcu kto spędzi resztę swojego życia zapieprzając z kilofem pod magiczną barierą?
Przyglądałeś się więźniom i w końcu dotarłeś do celi nekromanty. W tym czasie chyba mówił coś do innych więźniów, choć gdy tylko Cię zauważył przerwał i spojrzał na Ciebie z obojętnością - Czyżby to już po mnie sama śmierć przyszła? Czy to może mój kat? Kto wie... Ale cóż to zmienia, gdy mój władca i bóg stoi u waszych bram. Uwolni mnie i ocali on z waszych szponów, a w nagrodę będę żyć u jego boku po wsze czasy, aż do końca świata...
-
Dan
Jak się ziści będzie na Ciebie hehe.... - powiedział, jednak nie było mu do śmiechu, nie chciał nawet wyobrażać sobie takiej wizji,cały czas prowadzi Diane bezpieczniejszym szlakiem,zagłębiając się w las na tyle głęboko ile to będzie konieczne by się ukryć,ani kroku dalej,cały czas zachowuje przy tym czujność....
-
Vito
Zamknij pierdoloną mordę. I nie nawracaj tych skurwieli. Wyciągnął miecz z pochwy, a lewą ręką przekręcił powoli klucz w drzwiach. Otworzył je i ostrożnie, zachowując czujność wszedł do środka, z mieczem w pogowiu, żeby się na niego nie rzucił z jakąś łyżką w łapie, czy innym potencjalnym narzędziem zbrodni.
-
Dan:
E tam, zrzucę wszystko na Ciebie jak coś się stanie i tak... Ale chyba jednak smoka raczej nie mamy co się obawiać. Podobno już dawno paladyni je wybili - odparła ci Diane, podążając dalej za Tobą. Nagle ujrzałeś w oddali jakąś postać. Jest to młoda, piękna kobieta. Wygląda ci na farmerkę. Krąży to ona i kroczy wśród drzew, krzewów i liści, przyglądając się okolicy. Nieco smętnie, ale i z jakimś swoistym spokojem? A przynajmniej nie wydaje ci się, by była jakoś bardzo przestraszona. Diane zatrzymała się i przyglądała się jej zza drzewa - Kto to znowu u licha... Baba na grzyby poszła, gdy na farmie armia nieumarłych szalała? Heh...
Vito:
Jakbym mógł ich nie nawrócić na jedyną, słuszną wiarę? Zresztą... Chyba im się ona podoba. Innos? Beliar? Adanos? Oni im nie dadzą wolności, tego czego pragną... Bóg ognia ustawi wszystko pod swoją batutą i szeregiem przykazań, za które będzie karać gorzej aniżeli to Rhobar i wszyscy poprzedni władcy razem wzięci. Beliar? Cóż to za życie w wiecznej męce i cierpieniu, ku chwale aroganckiego i dbającego tylko o siebie bóstwa? Gorzej aniżeli to robaki w prochu udeptane... - nagle przerwał i dodał zaraz - A może i ty pragniesz wysłuchać mych słów? Po cóż to od razu mnie zabijać... Mogę nawet ukazać ci mego pana i jego wielkie plany... - odparł, przyglądając się Tobie z niepokojącym spojrzeniem.
-
Dan
Nie wiem,może jest niespełna rozumu....,zaraz się przekonamy - odszepnął jej i zaczął iść w jej stronę wciąż jednak zachowując ostrożność,gdy zbliżył się wystarczająco powiedział już głośno - Przepraszam panienko,ale lepiej wracaj na farmę,te lasy nie są bezpieczne zwłaszcza dla kogoś tak bezbronnego jak Ty....
-
Vito
Och tak? Opowiesz mi? Spytał jakby zaciekawiony, lecz nie czekał na odpowiedź, uderzył za to z całej siły głowicą miecza w szczękę nekromanty, z zamiarem co najmniej złamania jej, albo sprawienia, by nekrofil się przewrócił. Miał już dość tego dnia, uciekł z niewoli, musiał zakończyć swój związek z Anabelle i jeszcze ten popierdol na górze, w mieście go wkurzał. Swą złość postanowił wyładować na tym jegomościu...
-
Dan:
Co...? Nie... ja nie chcę znowu... Kim wy jesteście?! - odparła przerażona, ledwo to nawet wymawiając te słowa. Cofnęła się nerwowo kilka kroków do tyłu...
Vito:
Nie złamałeś jej, lecz nekromanta z bólem poleciał na ścianę, wypluwając krew ze swoich ust. Ten jednak zaraz rzucił się na Ciebie, boleśnie wgryzając ci się w szyję, próbując zwalić Cię z nóg i wyrwać miecz.
-
Dan
Spokojnie,nie zrobimy Ci krzywdy.... - powiedział łagodnie,unosząc obie ręce do góry i chcąc jej tym samym pokazać że nie ma złych zamiarów
-
Vito
Spróbował przebić pierś nekromanty mieczem, zanim wytrącił mu go z ręki.
-
Dan:
Farmerka stanęła pod drzewem i zaczęła się wam ze strachem w oczach przyglądać. Na razie milczy... Drżą jej ręce ze strachu i opiera się nerwowo. Chyba jest w jakimś szoku sądząc po jej reakcji i stanie.
Spokojnie... Nie jesteśmy wrogami - Diane również powiedziała łagodnie chcąc ją uspokoić.
Vito:
Siły niemalże się równoważyły i jak na podstarzałego maga był całkiem silny. Nie udało ci się przebić jego piersi, a ten nie zdołał wytrącić miecza z twej dłoni ani Cię powalić. Szarpanina trwała dalej na dobre, aż że to w końcu nekromanta odrzucił Cię na jedną ze ścian i zaczął uciekać w stronę wyjścia.
-
Dan
Co się stało?Może możemy Ci jakoś pomóc? - powiedział uśmiechając się przyjaźnie a ręce wciąż trzymając na widoku z dala od broni
-
Vito
O Ty chuju! Krzyknął, rzucając się w pogoń za nim. Stara się dosięgnąć go mieczem.
-
Dan:
N... Nie wiem. Nie pamiętam zbyt wiele... Tylko jakiś ludzi, krzyki, a potem tylko ten las... - odparła z drżącym głosem.
Vito:
Przebiegając obok jednych z cel jeden z więźniów złapał Cię za rękę, w której trzymałeś swój miecz, próbując ci go odebrać i przyciągnąć Ciebie bliżej krat - Ty nigdzie nie idziesz... Zdechniesz tu razem z nami.
-
Dan
Masz jakąś rodzinę?Albo dom gdzie można Cię odprowadzić? - zapytał choć obawiał się że zna odpowiedź na swoje pytanie....
-
Vito
Wypierdalaj... Rzekł wykręcając mu rękę, żeby puścił, i pobiegł dalej, trzymając się teraz z dala od krat.
-
Dan:
- N... Nie wiem... - odparła.
- Jak masz na imię? - spytała spokojnie Diane.
- Lucia... Chyba Lucia.
- Lucio... Nie mieszkałaś na farmie?
- Może... Ale... Ja nie chce tam wracać, nie chce...! - odparła najemniczce, unosząc się nerwowo.
Vito:
Więzień po po kilku sekundach puścił Twoją rękę i ruszyłeś dalej. Na twoje szczęście nekromanta był częściowo ranny, przez co był zarazem wolniejszy i nadrabiałeś dzięki temu stracone przez siebie sekundy. Oboje wybiegliście wprost na plac ćwiczebny. Nekromanta spojrzał na Ciebie pogardliwie, jak i z bólem, utrzymując dystans między wami i powiedział - A gdzież to Twoi towarzysze, co? Czyżby już stali się przekąską dla demonów i nieumarłych?
-
Dan
Dobrze,już dobrze,zrozumieliśmy - powiedział unosząc uspokajająco ręce - Zatem chodź z nami do miasta,tutaj zostawać nie radzę....
-
Vito
Nie odpowiedział mu, tylko od razu rzucił się na niego z mieczem, gdy przystanął by mu dogryźć.
-
Dan:
Skinęła ci głową i ruszyła za wami. Sądząc po minie Diane niezbyt podoba się jej ten pomysł prowadzenia jej do miasta, a ty czujesz na swoich plecach niezbyt przyjemne spojrzenie tej kobiety... Po tych wszystkich wycieczkach zauważyłeś, że macie już popołudnie. Masz jeszcze kawałek dnia przed sobą, ale domyślasz się na co ten czas poświęcisz... Zapewne na bieganie dla Vatrasa po całej wyspie.
Vito:
Mimo tego, iż nekromanta był przyszykowany na Twój ruch został trafiony przez Twój miecz. Chyba nabijanie się ze wściekłego strażnika nie było zbyt mądre... Po krótkiej walce nekromanta padł ranny przed wejściem do koszar. Jeden ruch i będzie już po nim... A może i warto coś z nim jeszcze zrobić? Zemścić się jakoś na tych gnojach dla własnej przyjemności?
-
Vito
Wbił ostrze w jego pierś, przyszpilając go do ziemi i przekręcił je, by upewnić się, że dobije pieprzonego nekromantę. Pierdolony biegacz, uciekać się zachciało... Wyrwał miecz z jego ciała i wrócił na plac wisielców, by pomóc pozostałym.
-
Dan
Jeżeli znowu wyśle mnie na drugi koniec wyspy to....,i jeszcze na jakąś wariatkę musieliśmy trafić,oczywiście choć raz nie mogłem spotkać normalnej,przyjaznej dziewczyny.... - pomyślał z poirytowaniem idąc w stronę miasta i co jakiś czas niespokojnie obracając się za siebie
-
Vito:
Ubiłeś kilka trupów wraz ze swymi towarzyszami. Sytuacja wygląda już dużo lepiej bez tego nekromanty, z którym walczyliście wraz z kapitanem, lecz nadal musicie przeciwstawić się reszcie pozostałych nieumarłych, która została na rynku. Słyszysz, że w innych częściach miasta również trwają zamieszki... W końcu z małą odsieczą przybyło do was kilku kolejnych strażników, wspomagając was w walce z martwymi trupami. Jeden z nich podszedł do Ciebie i powiedział, nieco przestraszonym głosem. Wygląda ci na jednego z nowych rekrutów... Zapewne robi teraz za chłopca na posyłki, bo walczyć ani to nie potrafi, ani nie ma nawet na to odwagi - Ty jesteś Vito, tak...? Kapitan powiedział, byś udał się do niego do dzielnicy rzemieślników. Ma dla Ciebie jakieś zadanie... To tyle...
-
Vito
Gdzie konkretnie? Czeka w jakimś zakładzie czy co?
-
Vito:
Obok zakładu Bospera widziałem go po raz ostatni. Stamtąd wydawał rozkazy i odpierał z kilkoma ludźmi ewentualne ataki... Tylko tyle wiem.
-
Vito
Udał się do wskazanego miejsca, starając się unikać głównych ulic, by nie natknąć się na truposzy.
-
Vito:
Dotarłeś do ulicy mistrzów. Strażnicy i królewscy rycerze walczą tu z jakimiś dziwnymi, skrzydlatymi stworzeniami. Mają to one wiele rogów, wielkie pazury, oraz łapy, z których niekiedy zostają wyrzucone potężne kule ognia. Nie mają one jednak nóg. Część z nich jest czerwona, a część fioletowo, czarno zielona... Te drugie wydają ci się być o wiele bardziej odrażające, a zarazem przerażające niż te pierwsze bestie. Zmierzyłeś krótko sytuację wzrokiem i ujrzałeś kapitana, walczącego ze swymi ludźmi tuż obok wejścia do górnego miasta z tymi kreaturami. Pytanie czy chcesz ryzykować życiem, czy jednak wspomóc swojego dowódce...
-
Vito
Kurwa nie takie zapałki się łamało... Powiedział pod nosem chcąc dodać sobie otuchy, bo sam niezbyt wierzył w to co mówił... Dobył miecza i ruszył wspomóc kapitana.
-
Dan:
Diane chyba wykrakała... Może nie tyle co, iż nekromanci sprowadzili tu smoka, ale tyle o ile nad miastem unosi się czarna smuga dymu. Najemniczka spojrzała na Ciebie z niewinną miną - Ops... A może to tylko taki malutki pożar? Może Vatras postanowił odwiedzić Czerwoną Latarnie czy coś...? Dyskryminacja i te sprawy... - i jak gdyby nic ruszyła przed siebie z bronią w ręku... Tak jakby nie przejmowała się tym wszystkim. Natomiast dziewczyna za wami sprawiała wrażenie, jakby chciała zawrócić i zacząć biec w przeciwległą stronę... Chociaż woli się chyba trzymać was niż wracać do tego lasu.
Vito:
Nieco mu pomogłeś, lecz Twoja broń była praktycznie niczym... Zwykłą wykałaczką w porównaniu do demona, czy broni królewskiego wojska, która coś mogła im zrobić. Zamiast tego chyba tylko go podjudziłeś i zwróciłeś uwagę jednego z nich na siebie. Demon buchnął ogniem ze swej paszczy prosto w Twoją twarz, usmalając ci ją i wypalając trochę włosów. Chyba to był znak, żebyś szykował się na śmierć...
-
Vito
No chyba jednak tej nie złamię... Uskoczył w bok, chowając się między zakładami i uciekając w boczne uliczki.