-
Robert:
W takim razie myślenie pozostaw mi, dobrze? Bo póki co, to nie masz żadnego sensownego pomysłu. Przypominam o charakterze Charlotte, łupy wojenne nie popłacą - rzekła wtulając się. Udało Ci się zaangażować ją w jakąś sprawę, dzięki czemu chyba zapomniała na tę chwilę o troskach.
-
Robert
Dobrze Agnes,niech Ci będzie...- odparł z uśmiechem - Hmm...Ale ona przecież nie musi wiedzieć ze to z łupów wojennych...Zawsze mogę jej powiedzieć że to z jakiegoś pojedynku albo co...
-
Robert:
Agnes sięgnęła z łóżka po swój miecz, leżący na podłodze tuż przy nim. Westchnęła i przycisnęła go do swego ciała nie wyjmując z pochwy. Rękojeść przyłożyła do swych ust oraz przymknęła oczy...
-
Robert
Agnes...Kiedy Charlotte ma urodziny? - zapytał nie komentując w żaden sposób jej zachowania
-
Robert:
Uwierzysz mi jak powiem, że 25 grudnia? Spytała z uśmiechem, dodając zaraz - Boemund opowiadał mi, że był przy jej narodzinach. Przez jakiś czas śmiał się nawet, że kiedyś będzie świętą...
-
Robert
Chrząknął,spojrzał na śpiącą ukochaną i rzekł nieco nerwowym głosem - To już zaraz...A...Z czego by się najbardziej ucieszyła? Chciał bym się oświadczyć w jej urodziny ale to przecież nie prezent...
-
Robert:
Coś, co będzie zawsze albo często przy niej, co będzie jej o tobie przypominać. Czaprak? Amulet, kolczyki?
-
Robert
Ah,czyli klasycznie...No dobrze... - odparł wyraźnie zamyślony - Ciekawe tylko jak ja za to zapłacę,za 30 monet nawet kolczyków nie kupię a co dopiero amulet albo wykwintny czaprak...I jeszcze przecież za coś będzie trzeba kupić jej obrączkę...
-
Robert:
Albo napisz pieśń dla niej - zaproponowała z uśmiechem.
-
Robert
Nieomal nie wybuchnął głośnym śmiechem,jednak szybko się opanował nie chcąc budzić ukochanej ze snu - Może mam ją jeszcze wykonać? Jeśli chcesz żeby Charlotte mnie rzuciła to powiem Ci że był by to wielki krok w tą stronę... - odparł żartobliwie
-
Robert:
Masz donośny i piękny, męski głos. Brak ci wiary jedynie... Nie mów, że nie śpiewałeś z innymi jak jechaliśmy pod Montgisard. Ja sama ledwo się powstrzymałam, ale nikt mnie wtedy usłyszeć nie mógł - odrzekła.
-
Robert
Nie śpiewałem...Myślałem wtedy o Was... - odparł poważnie - I wierz mi Agnes...Sztuka nigdy nie była moją mocną stroną,przecież wiesz jak fatalnie tańczę...To że Cię nie podeptałem w Trypolisie to był naprawdę cud...
-
Robert:
Jesteś rycerzem ale głównie od tej wojowniczej strony mój bracie. Będziesz musiał też nauczyć się innych, nie mniej ważnych rzeczy. Nie czujesz tego podniecenia, kiedy zewsząd słyszysz donośny śpiew swoich kompanów, ruszających do walki? Potrafisz się powstrzymać, by nie śpiewać razem z nimi?
-
Robert
Nie,nie czuję tego...Zwykle wtedy myślę o innych rzeczach...Jedyne momenty kiedy śpiewałem razem z wszystkimi to były rycerskie popijawy hehe...I wiesz przecież że próbuję się uczyć tańca i francuskiego ale nie jest do łatwe...
-
Techniczny
Z uwagi na całkowity brak czasu na kompa muszę zrezygnować z gry. Nie mam pojęcia kiedy by taki stan rzeczy mógł się zmienić.
Przepraszam za kłopot i dziękuję wszystkim za grę.
-
Adalbert
Ujął delikatnie jej dłoń i odprowadził ją do jej wierzchowca.
-
Spytko:
Usłyszałeś znad pokładu jakąś awanturę...
George:
Aurora wystraszyła się bardzo Twych słów. Brat Charles odrzekł natomiast nerwowo - to ta niewiasta mnie zaczęła obcałowywać. Nie widziałeś, bracie, co czyni? Zaskoczyła mnie!
Adalbert:
Kobieta dosiadła swego konia. Czego szukasz w Tulonie, panie Adalbercie? Spytała z zaciekawieniem.
Robert:
Ja i Charlotte cię nauczymy, nie przejmuj się... Ona zwłaszcza, w jej towarzystwie ciężko by sztuka była ci obca.
-
Robert
Z trudem powstrzymał się od jęknięcia,zamiast tego skrzywił się nieznacznie- Ja też lubię sztukę...Dopóki to ktoś inny się nią zajmuje...Naprawdę Agnes,wystarczą mi już te nieszczęsne lekcje tańca ale od muzyki trzymam się z dala...
-
Spytko po polsku.
Zobaczę co się dzieje Katarino. Jak będziesz czyścić swe wierzchowce użyj nieco więcej siły, jak jam przy Trzaskawicy to czynił. Nie za dużo, by bólu im nie zadać, tylko tyle by je rozgrzać skoro miejsca by biegać nie mają. Wrócę jak się dowiem co się dzieje. Ruszył na pokład.
-
Adalbert
Szukam dla siebie jakiegoś zajęcia, jestem najemnikiem. Rzekł również wskakując na swoją klacz.
-
Adalbert:
Ahaaa... Ale wyglądasz mi na porządnego, pewnie dobrze dobierasz swych zleceniodawców? Nie rozumiem, jak niektórzy mogą mordować niewinnych w imię złota...
-
sir George Srogi
Milcz! Widziałem jedynie od samego początku jakżeś się patrzył. Do rodziny?! Chyba żeby porzucić śluby! - po czym na odlew uderzył go w twarz - w dyby pójdziesz!
-
Spytko:
Usłyszałeś słowa rycerza św. Jana oraz zauważyłeś, jak uderza księdza. Ludzie zaczynają się zbierać wokół tej dwójki, z zainteresowaniem przyglądając się sytuacji.
Sir George:
Ale, ale jakie dyby! To przez tą ladacznicę, winno się ją na stosie spalić! Ryknął ksiądz. Aurora zasłoniła usta na chwilę i rzekła - ale to on mnie mamił! Mówił mi, że nie składał żadnych ślubów i tylko udaje księdza, by mieć utrzymanie! Obiecywał mi dobrobyt i miłość!
Robert:
To lepiej coś wymyśl, żeby Charlotte się nie obraziła hihi.
-
Spytko
Załatwcie to po cichu, wrzaskami jeno konie płoszycie. Jeszcze sobie krzywdę jakowąś zrobią rzekł głośno, po czym obrócił się na piecie i wrócił do żony.
-
Adalbert
Staram się jak mogę, by dobrze ich dobierać. Ciężkie mamy czasy i nierzadko trzeba chwytać się tego co dają...
-
Robert
Mam nadzieję że mnie po prostu zrozumie i da mi święty spokój z nauką śpiewu czy grania... - odparł zgodnie z prawdą delikatnie głaszcząc Agnes po włosach
-
sie George Srogi
Skoro żadne z was do winy się nie przyznaje, tedy czas na Sąd Boży! Ty - wskazał na jakiegoś pachołka - pójdź po koksownik i obcęgi, niech się dzieje wola Boża.
-
Spytko:
I co się dzieje, mój miły? Spytała Katarina, wykonując Twoje poprzednie polecenie.
George:
Pachołek szybko przyniósł Ci potrzebne rzeczy. Niech się dzieje wola Boża! Usłyszałeś okrzyki ze strony załogi.
Robert:
No miejmy nadzieję... Możesz ją zabrać z moich nóg? Chciałam nimi trochę poruszyć bo już mnie mrowić zaczęły... Tymczasem słyszysz jakieś okrzyki na zewnątrz.
Adalbert:
Czego konkretnie, na przykład? Spytała dalej wielce zaciekawiona Sybilla.
-
Robert
Oczywiście...I zaraz chyba będę musiał kogoś obić bo ją inaczej wybudzą...Cholerny plebs... - powiedział poirytowany hałasem z zewnątrz po czym delikatnie podniósł ukochaną i ułożył ją na łóżku troskliwie okrywając
-
Spytko po polsku
Nic takiego Ukochana, jeno mości George przyłapał księdza z Aurorą. Jakiś Sąd Boży chce im sprawić, bo jedno zgania na drugie winę.
-
Sir George Srogi
Przeżegnał się - Ta oto tutaj dwójka, dopuściła się paskudnego przestępstwa przeciw prawu Bożemu i ludzkiemu! Ona oskarża tego tutaj Charlsa o wszetectwo, złamanie ślubów zakonnych i wyrzeczenie się zakonu. On oskarża ją o rozpustę i atak na jego osobę. Żadne nie chce się przyznać. - wskazał na koksownik z obcęgami - Bóg tylko jeden wie które ma rację, a tylko człowiek czystej duszy będzie przez Niego chroniony. Każde z was weźmie w ramach próby rozżarzony węgiel i pokaże go na widok wszystkich na otwartej dłoni. Tylko tak możemy dojść do prawdy! Czy możemy zaczynać? - demonstracyjnie przegrzebał w koksowniku i wyjął czerwony węgiel pokazując go wokół.
-
Robert:
A tak w ogóle to... Dziękuję ci za wszystko. Za to że mnie nie zostawiłeś - szepnęła Agnes, patrząc Ci w oczy.
Spytko:
Ach... To nie ma sensu rzeczywiście, mój kochany, nad tym się rozwodzić. Może miast tego zaniesiesz mnie do kajuty i...? Katarina mrugnęła okiem.
George:
Tak! W imię Boga, niechaj się stanie jego wola! Rozległy się okrzyki zadowolonej z rozrywki załogi. Toż to barbarzyństwo! Krzyknął ksiądz, a wystraszona Aurora zaczęła ronić łzy.
-
Robert
Nie masz za co dziękować,jakże mógł bym zostawić swoją siostrę? - rzekł z uśmiechem całując ją czule w policzek po chwili jednak kolejny ryk załogi zburzył jego dobry nastrój i dodał nieco poirytowany - Zaraz wracam,sprawdzę tylko z czego ci durnie tak się cieszą...
-
Adalbert
Na przykład zleceń z góry skazanych na porażkę, pokładając jednak nadzieję w Bogu, że się uda. Tak nabawiłem się choćby tego. Rzekł pokazując palcem bliznę na twarzy. Pan mnie jednak wysłuchuje i chroni od śmierci.
-
sir George Srogi
Które z was chce zacząć? A może przyznacie się? Jeśliś pewny swego, chwyć ten węgiel - wyciągnął ku niemu obcęgi, czekając czy się zgodzi.
-
Spytko po polsku
Wziął żonę na ręce i ruszył do ich kajuty. Trza by było poprosić naszą suzerenkę o pozwolenie na wyruszenie do Foix. Może Tobie będzie łatwiej je zdobyć od Pani Agnes bez podawania prawdziwej przyczyny czemu nam tam mus jechać.
-
Robert:
Dotarłeś na pokład widząc odbywający się Sąd Boży.
Spytko:
Spróbujemy razem, mężu, wszak to nasze wspólne zadanie, czyż nie? Spytała z uśmiechem Katarina. Po chwili doniosłeś ją do kajuty.
George:
Kapłan zaczął odsuwać się od Ciebie przerażony... Nie, nie! Wrzasnął.
Adalbert:
Dziewczyna uśmiechnęła się serdecznie. A więc pod dobrą pieczę trafiłam na czas powrotu do miasta. Taki przystojny rycerz jak ty, panie, z pewnością ma już wybrankę?
-
Robert
Co tu się dzieje do cholery? - rzekł mocno zaskoczony widokiem jaki zastał na pokładzie
-
Sir George Srogi
Czyli przyznajesz się żeś się sprzeciwiał zasadom zakonnym?
-
Spytko po polsku
Odwzajemnił uśmiech Prawdę prawisz, spróbujemy razem. Położył żonę na koi i ułożył się obok Niej. Po prostu żem dumał, że łatwiej to osiągniesz tocząc z Nią rozmowę jakie czasem toczą jedna kobieta z drugą. Po prawdzie to wystarczy nam nawet pozwolenie na podróż do Tulonu, lub odłączenia się na kilka dni jeśli będziem przez niego przejeżdżać. Trza tylko wymyśleć dobrą przyczynę, ale to od mości Oswalda dowiemy się z czego słynie ów Tulon.