-
Malacath:
W porządku. Czekam na... rozkazy - odparł zwyczajnym tonem - Ciekawe jak daleko to wszystko zajdzie... I co to mnie czeka z tą panienką. Czuję, że nie będzie to zbyt miła podróż , zwłaszcza dla moich uszu. I jeszcze to deszcz zaraz spadnie. Hmmm... Właśnie. Jatu... Ciekawe co tam moja "zdobycz" mogłe mieć przy sobie?
-
Arstan, Hallbjorn:
Tak... Tyle to my wiedzieliśmy - rzekł rycerz Lwa, który wydawał się dowódcą wszystkich. Ty - wskazał na Arstana - tnij bachora, gdy wsioch choć raz się zapulta. A ty prostaku, gadaj czemu Gryfy nagle znów stają do walki i kto nimi przewodzi! Chłop wystraszony zaczął mówić - uchowali ostatnią następczynię tronu, wywodzącą się z pendorskiego rodu królewskiego. Ma na imię Beatrice, ta dziewka ma z 16 czy 17 lat. Samymi zakonnikami dowodzi rycerz o imieniu Archibald, jakaś demoniczna, czerwona poświata bije mu z oczu.
Hehe, wystarczy chwilę pogrozić i śpiewa jak ptaszek. Zróbcie z nim co chcecie - powiedział rycerz Lwa. Zaraz ruszamy do lasu na poszukiwania, trzeba znaleźć tą całą Beatrice. Hej! Pamiętajcie, że może być powabną dziewką! Niech to doda wam motywacji hehe.
Malcolm, Malacath:
Hmm... Ale dalej nie zaproponowałeś panie żadnego sposobu na odkupienie winy... Rzekła Rita, próbując powoli wstać.
-
Arstan
Zrobiliśmy co mieliśmy zrobić, teraz se pojedziemy w swoją stronę jak było umówione
-
Malcolm
Nachylił się i podał kobiecie rękę by pomóc jej przy wstawaniu.
-
Hallbjorn
Rób jak chcesz Arstan, ale ja jestem ciekaw co będzie dalej - powiedział z dziwnym uśmiechem na twarzy
-
Malacath:
Mogę zaoferować swój miecz i łuk na przykład, pani, coby to odkupić moje winy - rzucił.
-
Arstan, Hallbjorn:
Zamknij mordę i łap 500 denarów zaliczki, dostaniesz kilka razy tyle po załatwionym zadaniu a może ci się poszczęści i dopadniesz się do łona naszej Betty hehe - rzekł rycerz Arstanowi rzucając mu sakiewkę. A chłopa i bachora w końcu mordujecie czy nie? Bo parę kobiet i dwóch staruchów się ostało i przepędzę ich jak coś by nie patrzyli hehe.
Malcolm, Malacath:
Rita podała dłoń rycerzowi spoglądając na niego uroczo. Ten poczuł przypływ mocy zbierającej się w jego męskości za sprawą dotyku delikatnej skóry panny. Nawet wyobraził sobie, jak jej dłoń spoczywa na... Mieczu. Natomiast Malacathowi odparła - przyjmuję panie, zwłaszcza twój miecz. Widzę, że jest eeee... Spory. Hihi.
Catherine:
Po pół godziny Adela zaczęła coś gadać przez sen nerwowo, jakby w panice...
-
Arstan
No dobra przekonałeś mnie po czym w oszczędnych ruchach zabił chłopa
-
Hallbjorn
biorę młodego - po czym wyprowadza wymach toporem na dzieciaka
-
Catherine
Ćśśś,już dobrze.... - wyszeptała mocno ją przytulając i głaszcząc uspokajająco
-
Malacath:
Tak, spory... Zanim to odjedziemy to pójdę sprawdzić czy to mój ustrzelony Jatu miał coś ciekawego przy sobie... Więc zaraz wracam - odparł normalnym tonem, nie zwracając uwagi na ten "żarcik" tejże kobiety. Zabiera przy okazji swojego konia i prowadzi go do martwego koczownika i przeszukuje go.
-
Malcolm
Gdy jeździec D'Sharu się oddalił, spytał się Rity. A więc dokąd mamy Cię odprowadzić, jaśnie pani?
-
Erilla
Czekaj! powiedziałam w końcu Ja mogę wyssać ci tą ranę
Mam nadzieję, że nikt w pobliżu nagle się nie pojawi, gdy będę to robić, bo widok może być co najmniej dziwny - przemknęło mi przez głowę, gdy siadłam przed Kersijaną i dałam jej znać by podała mi swoją nogę.
Techniczny
Jbc. posty będę pisał wieczorami raczej, około 19-20, bo wcześniej i później zajęty jestem :F
-
Kersijana
Już miała wybierać flakonik, gdy nagle z zamyślenia wyrwały ją słowa Erilli. Dziękuję, nie miałam śmiałości prosić....Nie znam Cię prawie wcale....Wyciągnęła jednak stopę w kierunku jej rąk.... Odrobinę tylko, rana nie jest głęboka i w porę opaskę sobie założyłam. Już czuję jak noga jest zdrętwiała.... Upewnij się tylko czy aby ty nie masz jakiejś rany na ustach byś przypadkowo się nie zaraziła. Bo inaczej to ja będę musiała Ci ranę wyssać.... zaśmiała się w duchu. Mimo, ze podejrzewała iż ta rana to nic wielkiego to istniał jednak cień niepewności i zdenerwowania....
Kersi Spokojnie czekała aż łuczniczka wyssie z rany odrobinę krwi i możliwy jad... Gdy już jest po wszystkim, ubiera się..... Dziękuję jeszcze raz. powiedziała zakładając sobie opatrunek.... Co za miła dziewczyna i jaka rozważna, zachowała się jakby od zawsze umiała leczyć ludzi....
Jak myślisz, daleko do miasta mamy? Niepokoi mnie ten dziwny wojownik o mowie i oczach węża....
-
Catherine:
Dziewczynka po chwili się zbudziła, mimo tego iż próbowałaś uspokoić jej sen czułym dotykiem. Wygląda na to, że przyśnił jej się koszmar, jest zalana potem a wyraz twarzy mówi o tym, że wciąż się boi i nie bardzo orientuje, czy to była rzeczywistość czy sen...
Malcolm:
Do Larii panie, do ojca. W ogóle, to było straszne! Tych Jatu było czterech, jeden mi powiedział, żebym mu się oddała to daruje mi życie. To ja mu na to, że moja cnota jest dla rycerza, a ten że on jest rycerzem. Odpowiedziałam więc, że tylko dla tego rycerza, który mnie pokocha, a on mi, że mnie kocha! Nie wytrzymałam, zastrzeliłam go z łuku i zaczęłam uciekać przed trzema pozostałymi. Parszywe dranie! Rzekła do Ciebie Rita bardzo zaaferowana swoimi przeżyciami.
Malacath:
Jatu nie mieli przy sobie żadnych pieniędzy. Możesz jednak zabrać do połowy wypełnione kołczany, dwie małe tarcze i lekkie szable, oraz misiurki.
Arstan, Hallbjorn:
Jak coś, to Hebanowe Rękawice i Vansskerry załatwili tą wioskę hehe, ostatnio paru lordów zaczyna się burzyć przeciwko Ulrykowi i nam, jak się dowiedzą że to my stoimy za spaleniem tego sioła to całkiem będzie szum hehehe - rzekł zakonnik dosiadając rumaka.
-
Catherine
Cśśś,spokojnie,jestem przy Tobie maleńka,to tylko zły sen,tylko zły sen.... - powiedziała łagodnie,tuląc ją do siebie jedną ręką a drugą sięgając po bandaż i delikatnie ocierając jej czoło... - Sen który pewnie niedawno był jawą bo wiem co jej się przyśniło....,biedna dziewczyna....
-
Malcolm
Ja też jestem rycerzem... Nie no, co ja gadam, to tylko zauroczenie, nie mogę sobie pozwolić na nic głupiego... Nie zaprzątaj sobie tym więcej głowy, pani, ich już nie ma... Czemu podróżujesz samotnie po tych ziemiach?
-
Catherine:
Wystraszona Adela położyła dłoń na Twej szyi, nic nie mówiąc. Chyba pora powoli ruszać, dostrzegłaś czarne chmury zbierające się na północy, warto znaleźć schronienie do czasu aż lunie deszcz.
Malcolm:
Wyjechałam na przejażdżkę, a tu spotkałam tych łajdaków... No dobra może nie przejażdżkę, pokłóciłam się z ojcem i powiedziałam mu, że jestem już dostatecznie samodzielna by wytrzymać kilka dni sama w dziczy. On się zgodził, ale zastrzegł, że zabije każdego rycerza, którego sobie jak to ujął... "przygrucham" hihi. To ruszamy do Larii?
Malcolm, Malacath:
Spadają pierwsze krople deszczu, niedługo zacznie się ulewa. Wieje coraz silniejszy wiatr.
-
Catherine
Maleńka,pora w drogę - powiedziała łagodnie,głaszcząc ją po policzku po czym powoli wstała i delikatnie wyswobodziła się z jej uścisku - Kurna,przyczepiła się do mnie jak rzep,ehh....,za dobra jestem i tyle.... - i znów narzekając w myślach zaczęła zbierać swoje rzeczy,gdy skończy ponownie bierze "rzepa" na ręce i dosiada wraz z nim swojej klaczy....
-
Malcolm
No dobrze zbierajmy się, zaraz lunie. Masz jakiś płaszcz od deszczu, pani?
-
Catherine:
Adela po chwili milczenia, odezwała się drżącym głosem - Catherine... Naszą wioskę spalili za to, że wspieraliśmy i utrzymywaliśmy kontakt z... Rycerzami Gryfa i królewną Beatrice, która jest prawowitą następczynią pendorskiego tronu. Jej stronnicy mają duży, ukryty w lesie obóz... Wiem gdzie, może tam się udamy?
Malcolm:
Nie, mam tylko tą pelerynkę... A już jestem trochę podziębiona i gardło mnie boli przy mówieniu jakbym za głę... Jakbym była chora.
-
Malcolm
Jakbym za głę- co, hę? Żarciki... Ciekawe co dalej z tego wyniknie... Sheila! Klacz podeszła do rycerza a ten wyjął z tobołków swój niebieski płaszcz. Ubierz go, pani. Jest za duży ale przynajmniej nie będzie Ci zimno i nie przemokniesz aż tak bardzo.
-
Malcolm:
Rita odwróciła się plecami i spytała - założysz mi go, panie?
-
Malcolm
Oczywiście. Rzekł uśmiechając się nieznacznie. Rozłożył płaszcz i narzucił go jej na ramiona.
-
Malcolm:
Zapomniałeś o broszy, panie - powiedziała łagodnie, nie odwracając się, tylko spoglądając kątem oka na Ciebie.
-
Catherine
Ale po co?Chcesz się mieszać w jakąś kolejną wojenkę bogaczy i szlachciców co za nic mają takich jak my? Gdzie byli Ci rycerze kiedy....,ehh....,chodzi mi o to że powinnyśmy się trzymać od tego z daleka....- powiedziała kładąc jej dłoń na ramieniu i spoglądając ze współczuciem w jej oczy
-
Malcolm
Widząc, że kobieta nie ma zamiaru się odwracać, spojrzał na broszę zza jej ramienia, sięgnął do niej rękami i zapiął ją.
-
Catherine:
Ale nie rozumiesz... Ona jest inna. Jest dobra, szlachetna, okazuje serce tym, którym w żyłach nie płynie błękitna krew... Ona dała nam nadzieję... Nadzieję na lepszy Pendor Catherine. To ta nadzieja sprawiła, że wszystko straciłam a... Ale wciąż wierzę... Rzekła Ci Adela a w jej oczach pojawiły się łzy.
Malcolm:
Dziękuję - mruknęła Rita i oparła się wygodnie o Ciebie.
-
Malcolm
To nic takiego... Pozwolił kobiecie się na nim jeszcze chwilę opierać. W końcu jednak rzekł. Chodźmy, pani, zaraz się rozpada na dobre.
-
Catherine
Westchnęła ciężko,przytulając ją do siebie i myśląc gorzko - Wszyscy oni są tacy sami,jaka nadzieja?Dla mnie nigdy jej nie było....,młoda jest i głupia to i dała się nabrać i uwierzyła w jakieś bajeczki.Ciekawe gdzie była ta dobrotliwa królowa kiedy mordowano jej rodzinę,pewnie ucztowała albo przymierzała nowe sukieneczki przy oklaskach swoich głupich jak kłoda dworek....I co ja mam teraz niby zrobić?Nie chcę tam jechać,nie chcę i tyle....- nie chciała jednak męczyć Adele swoim podejściem dlatego powiedziała cicho - A skąd Ty niby wiesz gdzie jest ten obóz,hmm? - ledwo zdążyła ugryźć się w język i nie zaczęła na głos monologu który przed chwilą prowadziła ze sobą w myślach....
-
Catherine:
Byłam tam już raz... Catherine proszę cię jedźmy tam, nie będzie dla nas lepszego miejsca. Uwierz mi, że ona jest szlachetną kobietą i na pewno nam pomoże - odparła Adela.
-
Catherine
Już to widzę....,dobra,zrobię to i odwiozę Cię tam ale potem ruszę w swoją stronę,skoro tak bardzo chcesz,nie dla mnie takie rzeczy.... - odparła markotnie wsiadając na konia wciąż trzymając ją w rękach i tuląc do siebie - Zatem mów jak mam jechać....i niby w jakiej sprawie tam byłaś?
-
Catherine:
Nie! Nie zostawiaj mnie, nie zostawiaj! Krzyknęła Adela wtulając się mocno i wybuchając płaczem.
-
Catherine
Kurwa!Ehh....,i co ja najlepszego narobiłam?!Wychodzi na to że jesteśmy na siebie skazane.... i na tą głupią pindę z koroną przy okazji.... - pomyślała poirytowana po czym westchnęła ciężko i odparła zdenerwowanym głosem - Dobrze,już dobrze!Nie zostawię!Obiecuję!A teraz prowadź i mów po co tam byłaś?
-
Arstan
Inaczej byś śpiewał jakby tu więcej było moich braci zakonnych, ale zemszczę się jakiem Arstan
-
Catherine:
Jedź w tamtą stronę - Adela wskazała palcem w głąb lasu za Larią, gdy otarła swe łzy. A zabrała mnie tam raz pewna Noldorka o imieniu Lothiriel, gdy byłam ciężko chora trzy lata temu. Podała mi jakieś lekarstwo... Po którym na następny dzień byłam już zdrowa.
-
Catherine
To się robi coraz gorsze....,jeszcze elfów tam brakowało.... - pomyślała i zaczęła jechać w kierunku wskazanym przez dziewczynkę i będąc wciąż w kiepskim nastroju nic już nie powiedziała....
-
Catherine:
Czemu się smucisz... Cathy? Spytała dziewczynka spoglądając na Ciebie.
-
Catherine
Cathy?Niech Ci będzie,mogę być i Cathy....,i nie udawaj głupiej,przecież wiesz czemu....
-
Hallbjorn
dosiada wierzchowca i rusza za rycerzem