-
Agnes skinęła wam głową i odrzekła tylko - niech Bóg będzie z wami i pamiętajcie, strzeżcie hrabiego. Zaraz też wszyscy się rozstąpili i zrobili miejsce, wiedząc że żadną miarą nie powstrzymają zezłoszczonej żony Boemunda. Usłyszeć można szlochy na sali, pewno kobiet, które się z nią przyjaźnią. Oczy wielu rycerzy także wyrażają smutek, Rajmund zaś jakoby całkiem odpłynął...
Pani de Montmirail chwyciła miecz oburącz i przykuśtykała bliżej swego wroga. Ten zaśmiał się i runął na nią jak szalony. Agnes w ostatniej chwili jednak uniknęła ciosu z trudem odskakując. Zacisnęła zęby z bólu, gdy stanęła na zranionej stopie. De Montrose widząc to wykonał kolejny atak, przyjęty przez kobietę na miecz Bertranda. Zaczęli się wzajemnie atakować, sparowywać uderzenia przez jakiś czas, w końcu Gawain ciął hrabinę tuż pod piersią, straszliwą ranę jej zadając. O mało nie upadła, przeciwnik przebiegł za jej plecy. Spojrzała na Bertranda i Roberta, wydaje się że mimowolnie zakręciły się w jej pięknych oczach łzy. Jednak chwilę później wyprostowała się i zasypała Gawaina gradem zabójczych cięć, przed którymi ledwo się wybraniał, udało mu się też ciąć Agnes w prawą dłoń. Zajęczała z bólu, lecz zrobiła coś, za sprawą czego cała sala okazała niemal na głos swe zdziwienie - przerzuciła brzeszczot ze zranionej ręki do lewej i uderzyła na de Montrose'a z góry, aż ten wypuścił swój miecz z trudem ratując nędzny żywot. Od razu chwycili go Oswald z Baldwinem, zabierając ze środka sali, zaś pani de Montmirail osunęła się na ziemię krwawiąc...
-
Robert
Agnes - wykrzyknął i rzucił się do niej - szybko dawajcie materiały na opatrunki i zimną wodę bo nam tu z ran zejdzie - i natychmiast zatamował obiema dłońmi krew cieknącą z najgorszej rany
-
Bertrand
Pobladł na twarzy, podbiegł do Agnes ratowanej już przez Roberta i spytał zdenerwowany wręcz nie wiedząc co się dzieje Panie, pomóc może w czym? Rany tamować, na stół ją przenieść, cokolwiek?
-
Robert
Ranę najgroźniejszą ja tamuję ale przenosić jej nie można bo tylko stan to pogorszy,sprowadź Waść jakiegoś cyrulika dobrego i dajcie no jakie bandaże na te rany i wodę co by je przemyć,ino chyżo! - ostatnie słowa niemal wykrzyczał
-
Bertrand
Tak zrobię rzekł, po czym udał się do hrabiego i spytał z troską w głosie Panie, gdzie tu medyk na zamku jakowyś? widać było jak drżą mu ręce.
-
Medyka, chyżo! Wykrzyczał hrabia, po chwili jakiś pacholik pognał niczym strzała, by znaleźć medyka. Rajmund po tym uklęknął przy was, nad Agnes i wyraźnie zasmucony zaczął wpatrywać się w jej oblicze, a Oswald zaraz przybiegł z powrotem i chwycił ją za dłoń. Robertowi ledwie udaje się powstrzymać krwawienie, z oczu pani de Montmirail płyną łzy, widać że wielce cierpi.
Ale wnet na salę wpadł Godwyn Bjornsson niosąc na rękach córkę hrabiego Aurorę, krzycząc - Boże drogi panienkę Aurorę Niemiec zhańbił!
-
Bertrand
Gunter?! Jakoś zniknął, ale że córkę hrabiego zgwałcił?! Niee, to nie może być prawda! To nie może być prawda! krzyknął już na głos.
-
Arden
Co ty pleciesz. Przysięgam na Boga że sama go gdzieś ciągnęła.!
-
Robert
Panowie tu nam działaś trzeba! Wykrwawi się zanim ten medyk tu przybiegnie! Gdzie ta woda i bandaże! - krzyknął kompletnie nie zwracając uwagi na wykrzykującego jakieś słowa Godwina które docierały do niego jak przez mgłę
-
Bertrand
Usiadł na krześle i zaczął wpatrywać się w kamienną podłogę. Stracił na chwilę kontakt z rzeczywistością, nie słyszał służby, gości, nie zwracał na nic uwagi, pogrążył się w swych myślach. Panie Boże, powiedz mi, czemu wszyscy, którzy są mi drodzy umierają na mych oczach? Czemu kobieta w której się zakochałem zdaje się mnie zwodzić i bawić się mym kosztem? To jest to, co dla mnie przygotowałeś? To kara za życie jakie wiodłem? Przybyłem tutaj, do Twego domu, do Palestyny, by walczyć w obronie Twojego imienia, oraz żeby uciec od problemów. Jednak na miejscu spotkały mnie jedynie gorycz i smutek, oraz nowe problemy. A może to wszystko na moje własne życzenie? Zbaw mnie Panie. I powiedz mym rodzicom, jeśli są tam z Tobą, żeby się nie przejmowali moim losem, bo jutro i tak dopełnię swego żywota. Nie odtrącam ich, chcę jedynie żeby nie martwili się także po śmierci. Niech zwrócą wzrok na swe pozostałe dzieci. Łza mimowolnie spłynęła mu po policzku lecz szybko ją otarł ręką, żeby nikt tego nie dojrzał.
Po chwili wyciągnął z mieszka, w którym trzyma pieniądze, zawiniątko, list napisany piękną kaligrafią, przez kobietę niż duchownego prędzej. Bertrand nie potrafił czytać ni pisać, próbował się tego nauczyć, kiedy był jeszcze dzieckiem, lecz te wszystkie, okropne znaki zlewały się w jedną całość... Treść tego pisma znał jednak na pamięć.
Drogi Bracie
Zapomnijcie o mnie. Zapomnijcie, że jestem Waszym bratem. Mówcie innym że zawsze było Was sześciu, a ten najmłodszy, Bertrand, zmarł przy porodzie. Nie jestem godzien, by tytułować się synem tych samych rodziców, którzy spłodzili Was. Nie szukajcie mnie, i nie odpisujcie na ten list. Ugośćcie jeno mego służącego, który go dostarczy, a potem wypuśćcie go w pokoju.
Bertrand