-
Edward:
No to chyba jasne, że nie kopiąc, gryząc i skacząc - warknął Wulfgar nie chcąc nawet słuchać tego co mówisz.
Vito:
Ano nie mówił. Jak Hanna nic nie wie to jeszcze może u Coragona się zatrzymał, a jak nie to gdzieś poza miastem...
Techniczny:
MG umiera pod biurkiem xD
-
Edward
Nie gryzłem! No i nie takie jasne, liczy się pomysłowość, taktyka, zręczność, sprawność i takie tam...
-
Vito
Dzięki. A jeszcze ten drugi, były kwatermistrz, Bernard ma na imię, czarne włosy, broda, podstarzały, też w skórzanej zbroi, jego nie widziałeś?
-
Edward:
Kapitan zamachnął się nagle zdzielając się w twarz płazem miecza. Zabolało to dość mocno i cofnąłeś się na kilkanaście kroków do tyłu. Chyba już nie chce się bawić w kotka i myszkę... Ustawił się w pozycji bojowej oczekując twojego ruchu.
Vito:
On? A nie wiem, ostatnio go tu nie widywałem, choć zazwyczaj przychodził tu wieczorami. Pewnie siedzi w swojej chacie, gdzieś niedaleko Ignaza chyba mieszka.
-
Edward
Łoojajajaaaaa gwałcą! Wykrzyczał lecąc do tyłu. Dobył w końcu swój kordelas i zaczął podskakiwać niezbyt wysoko, czekając aż Wulfgar na niego ruszy. Zamierza unikać ciosów i w końcu atakować go kiedy straci impet.
-
Vito
No to tyle, jeszcze raz dzięki za pomoc. Udał się najpierw do karczmy Coragona, w poszukiwaniu tego Victora.
-
Edward:
Pierwszy cios udało ci się ledwo ominąć, lecz twój atak w jego kierunku nie powiódł się i zostałeś znokautowany przeogromnie silnym, jak i bolesnym ciosem. Opadłeś bezwładnie na ziemi, niemalże nieprzytomny, zdany na łaskę kapitana Wulfgara...
Vito:
Udałeś się do karczmy. Ruch z rana nie jest tak ogromny jak to bywa popołudniu czy wieczorami, więc z dostaniem się do właściciela przybytku raczej nie będzie problemu. Widzisz jak przygotowuje on jakieś dania przy kuchni, a jego pomocnica przyjmuje zamówienia przy stolikach.
Dan:
Widzisz jak Edward desperacko próbuje się bronić i zadać jakiś cios kapitanowi, lecz ten w walce nie dorównuje nawet do pięt kapitanowi. Ledwo co walka się zaczęła, a po kilku sekundach tajemniczny nieznajomy pada nieprzytomny blisko twych stóp. Wulfgar chowa miecz do pochwy i bez najmniejszego okazania jakiegokolwiek wysiłku, zadowolenia czy też satysfakcji z walki odparł - Żaden zuchwalec z portowego rynsztoku nie będzie sobie stroić ze mnie żartów.
-
Vito
No i znowu oklepana formułka... Ale przynajmniej lepsze to, niż stanie tyle godzin przy bramie. Ekhm, wybacz karczmarzu, mam kilka pytań...
-
Vito:
Em... Tak, o co chodzi? - spytał zaskoczony karczmarz, choć nie odrywający się nadal od garów.
-
Vito
Szukam takiego jednego... Victor ma na imię, nosi skórzany pancerz, płaszcz z kapturem, uzbrojony w długi miecz i kuszę, nie jest z miasta. Nie zatrzymał się może u Ciebie?