-
Catherine
Westchnęła ciężko i w końcu postanowiła zagaić do młodszej siostry całując ją czule w głowę i mówiąc - Kochanie nie złość się,mogła byś go obrazić gdybyś weszła boso,nie możemy sobie na to pozwolić na samym początku....Obiecuję że pozwolę Ci je zdjąć najszybciej jak to będzie możliwe....
-
Catherine:
Obrazić? Od kiedy to widok bosej dziewczyny jest czymś obraźliwym? Panie Tristanie, rycerzom to przeszkadza? Spytała zdenerwowana mocno Adela, na co rycerz odparł - nie, skąd, miły to widok dla oka, zwłaszcza przy urodzie takiej jak twoja lub twej siostry, młoda panienko.
-
Catherine
Aż jęknęła na jej słowa i odparła ze smutkiem - Ale nie wypada wejść boso do czyjegoś domu,zwłaszcza gdy przychodzimy z taką sprawą....Proszę Adele,już teraz jest mi bardzo trudno i się denerwuję,nie dokładaj mi zmartwień.... - gdy skończyła spojrzała na Tristana ze złością w oczach, która zdążyła już zająć miejsce tuż obok wciąż obecnego smutku
-
Catherine:
Adela westchnęła ciężko a Tristan dodał - wybacz panno Catherine, ale czasem patrząc na wasze piękno ciężko myśleć racjonalnie. Panienko Adelo, twa siostra ma rację, chodź myślę że twój przyszły mąż będzie się radował z twych zwyczajów.
-
Catherine
Na jego komplement westchnęła tylko i szepnęła do siostry - Wiem ze tego nie nienawidzisz,naprawdę to wiem,ale nie prosiła bym o to gdyby to nie było bardzo ważne,proszę zrób to dla mnie i wytrzymaj w nich choć chwilę i nie obrażaj się na swoją Cathy która wcale nie chce robić Ci na złość....
-
Catherine:
Oj wiem siostrzyczko... Ale będziesz musiała mi wynagrodzić tą mękę hihi - Adela zachichotała przytulając się.
-
Catherine
Wynagrodzę Ci to kochanie,obiecuję.... - rzekła tuląc ją mocno do siebie,całując czule w kark i chowając głowę w jej włosach
-
Kresijana
Życzcie mi powodzenia. Powiedziała cicho po czym podeszła pospiesznie do księżnej. Zdjęła swój kaptur odkrywając nienagannie zaczesane włosy i ukłoniła się powitalnie. Piękna pogoda na przejażdżkę Pani. Proszę wybaczyć mi moją śmiałość Pani, ale Wy musicie być księżną... Twa nieporównywalna uroda Cię zdradziła...
-
Catherine:
Po chwili dotarliście do sporego zamku, będącego siedzibą zakonu Rycerzy Stanowczego Wezwania. Zastała was zamknięta brama strzeżona przez dwóch strażników w zielonych kolczugach. Wojownicy są wystraszeni i cali spoceni, jakby coś nieźle ich przeraziło...
Kersijana:
Och... Jesteś Noldorką. Jak ci na imię? Pogoda istotnie piękna na przejażdżkę, rada bym była, jeśli byś do mnie dołączyła... Odparła księżna nieco zarumieniona od komplementu i z iskierkami w oczach.
-
Kersijana
Zawołała swego konia, który z gracją podszedł do niej. Mówią mi Kersi... To przyjaciele i bliscy mi.... ale na imię mam Kersijana.... Kersijana dosiadła rumaka. Pani... Wskazała ręką że skoro zaprosiła na przejażdżkę to niech prowadzi. Kersi była przy tym bardzo uprzejma i miła. Uśmiechała się do księżnej z nieukrywanym zauroczeniem jej urody...
-
Kersijana:
A więc będę mówiła do ciebie Kersi, jeśli pozwolisz. Ja mam na imię Anna - odrzekła księżna i ruszyła kłusem naprzód. Piękny rumak, marszałek zakonu Stanowczego Wezwania Ealdred, ponoć ostatnimi czasy poszukuje noldorskich koni... By udoskonalić naszą lariańską rasę. Po niewypale z demonicznym rumakiem, dziwię mu się, że jeszcze nie zrezygnował.
-
Kersijana
Będzie mi niezmiernie miło -Anno... Kersi wiedziała, że mówiąc na "Ty" do księżnej może balansować na linie. Jednak Księżna nazwała ją zdrobniale a elfka zaznaczyła przedstawiając się, że tak do niej mówią osoby z którymi jest blisko...
Mirilian Lassi- Lśniący Liść, mój wierny druh i mój przyjaciel nie dosiądzie innej klaczy jak nordolska... Ne żebym Anno uważała się za lepszą od Ludzi, ale wytłumacz to koniowi... No chyba że ów Ealdred będzie na tyle szalony by osobiście spróbował wytrząsnąć nasienie z rumaka... Kersi zaśmiała się na swój żart obserwując uważnie księżną...
-
Kersijana:
Księżna również się zaśmiała, wygląda na sympatyczną. Żebyś się nie zdziwiła, chociaż jak go znam to kogoś innego do tego zatrudni. Jeden śmiałek w czasie poskramiania demonicznego konia skończył z... Wiesz czym, w gardle. Udusił się. Jak wyjedziemy z miasta, to przyspieszymy do galopu a potem do cwału, tutaj uważajmy.
Ludzie ustępują wam wprawdzie widząc księżną, a wielu nawet pochyla głowy, ale rzeczywiście lepiej zachować ostrożnośc.
-
Kersijana
Że co? Kersi w pierwszej chwili zdziwiła się zaskoczona... Mówisz, że ogier go.... Wsadził mu kuś do gardła? Kersi zakryła usta ręką by nie wybuchnąć śmiechem.
A myślałam że bojowe rumaki hoduje a wyszło niezłe ziółko... hi hi hi.... Ruszyła w tempie księżnej chichrając się jeszcze chwilę...
-
Kersijana:
Bo to istotnie był bojowy rumak, ale z charakterem takim, że rycerze ochrzcili go mianem "Pałogrzmot" - odparła Anna i zachichotała. Wyjechałyście za mury miasta, ale nie tam, skąd przybyliście z lasów uprzednio, tylko przez drugą bramę. Znaleźliście się na drodze wiodącej wgłąb Sarleonu, a dostrzegacie przed sobą duże, piękne, zielone równiny na których znajdują się nieliczne drzewa. Wieje dość silny, ale przyjemny w czasie jazdy wiatr, rozwiewający wasze bujne włosy. To co, mały wyścig a potem odpoczynek przy strumyku? Choć nie mam szans z noldorskim wierzchowcem - zasugerowała Anna z uśmiechem.
-
Kersijana
Nie Ty nie masz szans a Twój koń... Ale jak chcesz to możemy się zamienić... On nie zrobi Ci krzywdy.... Zobaczysz co to znaczy mieć prawdziwego ogiera pod sobą... Kersi uśmiechnęła się do Anny...
-
Kersijana:
Oj, prawdziwego konia, wierz mi że dosiadałam - odparła księżna z kokieteryjnym uśmiechem, mrugając Ci okiem. A zatem zamieńmy się - zeskoczyła ze swego rumaka i położyła dłoń na szyi Mirillia Lassi, sprawdzając jego reakcję.
-
Kersijana
Ogier popatrzył przez chwilę na Kersi, potem na Annę... Przyłożył nozdrza do jej piersi i wciągnął powietrze.... wydmuchując je Anna musiała wyczuć jego ciepły oddech.. Zaparskał przyjaźnie gładząc ją łbem po ręce... Jego mięśnie nóg napinały się jakby nie mógł doczekać się by wskoczyła na niego... By się przekonała czy faktycznie miała kiedyś prawdziwego ogiera....
Kersijana
A mówisz o tym.... No nie dziwię się... Twoja uroda jest tak doskonała, że to by było niemożliwe by się żaden nie oglądał... Kersi podała jej dłoń pomagając wsiąść na rumaka..... Gdy księżna wkładała nogę w strzemię połozyła jej drugą rękę w okolicach pupy by pomóc jej w odpowiednim momencie dosiąść konia.
-
Kersijana:
Nie przesadzaj, 20 lat temu można by tak powiedzieć, ale teraz... Mimo to dziękuję ci - odparła księżna z uśmiechem, wsiadając na konia z Twą pomocą. Bardzo wygodnie na nim... Podzieliła się na razie swym pierwszym wrażeniem.
-
Catherine
Uniosła brew ze zdziwienia i nieomal nie zaczęła się chichrać na widok dwóch trzęsących się jak osika dryblasów....Opanowała się jednak i powiedziała najbardziej dumnym głosem jakim potrafiła - Mamy sprawę do marszałka Waszego zakonu,Ealdreda Srogiego....
-
Catherine:
E...Ealdreda... S...Srogiego? Oj lepiej... Słowa strażnika przerwał głośny huk a brama do zamku zakonników rozleciała się w drzazgi, przez nią zaś przeleciała spora kamienna kula zatrzymując się dopiero na pobliskim budynku. Miało polecieć za mury Larii idioto a nie w bramę! Rozległ się wrzask. Dostrzegłaś, że bardzo ostry kawałek drewna przebił Tristanowi zbroję i wbił się w ramię rycerza, który warknął z bólu.
-
Catherine
Zapowiada się ciekawa rozmowa.... - pomyślała i już miała odpowiedzieć strażnikom gdy nagle brama poszła w drzazgi a potężny kawał drewna nieomal nie zabił jej "męża",podjechała do niego i obejrzała dokładnie jego ranę patrząc jak by tu mogła mu pomóc - Margaret,skarbie,znasz się na uzdrawianiu?Ja nie jestem w tym najlepsza....Och,jak bardzo by nam się teraz przydała Lothiriel....
-
Catherine:
Żartujesz? To mężczyzna, nie tknę go! Ale nie wyjmuj tej drzazgi z niego, trzeba go jakoś ułożyć i wezwać medyka. Na pewno na zamku jakiegoś mają - odparła obojętnie Margaret, a Tristan zaciskając zęby z bólu spojrzał w Twe oczy...
-
Catherine
Westchnęła ciężko i aż przewróciła oczyma,po czym zsiadła z konia i odparła - No tak,zapomniałam.... - nie namyślając się zbyt wiele wzięła konia Tristana za wodze i zaczęła go powoli prowadzić by nie naruszyć za bardzo rany w drugiej dłoni trzymając wodze swej klaczy - Grrr,co za idiota!Już ja sobie pomówię z tym Ealdredem!
-
Catherine:
Przed wami do zamku wjechała kłusem Adela na Twej klaczy, jak widać szybko opanowuje podstawy jeździectwa. Gdy i Ty dotarłaś na dziedziniec z Tristanem, zauważyłaś sporą katapultę na nim. A przy nim jakiegoś rycerza w zielonej zbroi płytowej, z obnażonym mieczem, próbującego dorwać jednego z sierżantów zakonu. Sierżant stoi za katapultą, która odgradza go od rycerza, obydwaj co chwila ruszają to na lewo to na prawo, by zatrzymać się i znów wrócić do pozycji wyjściowej. Chodź no tu patałachu, zaraz sobie pomówimy! Wrzasnął, zapewne Ealdred.
-
Catherine
Adele,podtrzymaj go proszę by nie spadł.... - rzuciła nie odwracając się i zmierzając gniewnym krokiem w stronę marszałka zakonu,czuła że stopniowo wzbiera w niej złość jednak póki co zatrzymała się bez słowa obok rycerza który najprawdopodobniej był Ealdredem i z rękami założonymi na piersiach patrzyła na niego z ogniem w oczach.
-
Catherine:
Adela zsiadła z Twej klaczy i podeszła do Tristana, przytrzymując, wedle swego rozumowania - przyszłego szwagra. Ealdred zaś na Twój widok zatrzymał się i obmierzył Cię wzrokiem uważnie. Ktoś ty? Warknął. Dostrzegłaś, jak przerażony sierżant wymyka się ukradkiem do wnętrza zamku z dziedzińca.
-
Catherine
Słucham?!Drogi panie,tak możesz się zwracać do swoich ludzi a nie do mnie!Nie dość że o mało nie zabiłeś jednego z moich towarzyszy swoimi durnymi zabawami z katapultą to jeszcze na mnie warczysz! - krzyknęła dając ujście zbierającej się w niej złości,dopiero po chwili do niej dotarło że zbyt dyplomatyczne to to z jej strony nie było.... - Trudno,wiedziały jaka jestem,było mnie nie wysyłać z misją do jakiegoś buraka i kretyna na dodatek!
-
Catherine:
O! Spójrzcie rycerze i sierżanci! Oto wreszcie ktoś, kto nie okazał się cipencją, jakie co chwila ostatnio do mnie lgną! Dziwne tylko, że kobieta okazała się bardziej wojownicza od mężów hehe. Stwierdził ze szczerym uznaniem w głosie Ealdred, a jeden z rycerzy krzyknął - na pewno lepsza ona niż ten... Jak mu tam, z Ravensternu, co go demoniczny rumak wygrzmocił!
-
Catherine
Zrobiła wielkie oczy a cały gniew zastąpiło kompletne zaskoczenie,co jak co ale takiej reakcji z jego strony sie nie spodziewała,prędzej tego że znów na nią warknie....,otrząsnęła się jednak i kontynuowała stanowczym głosem - To prawda że niektórzy mężowie są takowymi tylko z wyglądu....Jednakże przejdźmy do ważniejszych rzeczy niż dyskutowaniu o męskich jajach bądź ich braku u co poniektórych....Panie mój towarzysz się wykrwawia,potrzebuje natychmiastowej pomocy medycznej z Twojej winy,a ja nie przyjechałam tu by dawać popisy swojej wojowniczości i odwagi lecz by z Tobą pomówić o sprawie najwyższej wagi....
-
Catherine:
Dobrze, przedyskutujemy to przy obiedzie, zaraz każę coś przyrządzić i zanieść do mej prywatnej komnaty, gdzie porozmawiamy. Medyka dla tego rycerza! Wrzasnął Ealdred, a po chwili przybiegł człowiek w fartuchu z dwoma pacholikami. Zdjęli ostrożnie Tristana z siodła i ułożyli na noszach.
-
Catherine
Dziękuję panie - odparła po raz pierwszy się do niego uśmiechając,już miała wrócić do swej klaczy i reszty towarzyszy kiedy odwróciła się i znów zagaiła - Jest jeszcze jedna sprawa....,moja mała siostra nie cierpi chodzić w butach,nie będziesz miał panie nic przeciwko by je zdjęła i poruszała się po zamku boso?
-
Catherine:
Ealdred zaśmiał się i odparł - nie, moja Rita też często tak chodzi, nie mam nic przeciwko. Adela ucieszona przytuliła się do Ciebie mocno obejmując za szyję. Dziękuję że pomyślałaś o mnie siostrzyczko...
-
Catherine
Skinęła mu w podzięce głową z uśmiechem i wzięła siostrę na ręce mówiąc - Jakże mogła bym o Tobie zapomnieć?Obiecałam Ci coś,prawda? - i zetknęła się z nią nosami po prostu ciesząc się jej bliskością i tym że wbrew obawom dość łatwo jej poszło.... - Chyba nigdy nie zrozumiem tego człowieka,warknął na mnie a zaraz momentalnie....polubił? No nic,dziwne to,ważne że najtrudniejsze za nami hihi
-
Catherine:
Adela mruknęła również ciesząc się z bliskości. Idziemy odwiedzić jeszcze twojego rycerza? Mam nadzieję, że nic mu nie jest... Rzekła niegłośno, a Margaret zdjęła dziewczynce buty i obie się do siebie uśmiechnęły.
-
Catherine
To nie mój rycerz ale możemy się przejść żeby jakoś zająć sobie czas.... - odparła odwzajemniając ich uśmiechy,nie miała za złe Margo że nie chciała go dotykać i mu pomóc,nie mieściło jej się w głowie kastrowanie mężczyzn ale i rozumiała to że się ich szczerze brzydziła....- Tak już ją po prostu wychowano,nie będę nią gardziła tylko dlatego bo pochodzi z kraju z dziwnymi obyczajami....
-
Catherine:
Oj tam, jeszcze nie twój - odparła Adela przekomarzająco. Po chwili dotarłyście do niewielkiej sali, gdzie zaniesiono Tristana. Musiałyście trochę poczekać, nim was dopuszczono do niego po skończonym opatrywaniu jego rany. Rycerz leży w samych spodniach i butach na łożu, z obandażowanym ramieniem. Drzazga jest już usunięta. Spojrzał na Ciebie i rzekł cicho, z wyraźnym bólem - dobrze cię widzieć, moja pani...
-
Kersijana
Popatrzyła na nią zdziwiona... Dwadzieścia lat temu to byłaś dziecięciem...Uśmiechnęła się gdy księżna powiedziała o wygodzie na koniu. Gdy będziemy cwałować daj mu się samemu prowadzić. wtedy poczujesz co to jest wolność i.... To jest lepsze niż najbardziej wyrafinowany seks... zresztą zaraz sama się przekonasz. Kersi pogłaskała rumaka księżnej i wsiadła na niego.
-
Catherine
Cśś,nie mów nic,tylko leż i wypoczywaj....Nie masz Ty szczęścia mości Tristanie.... - skomentowała jego stan,a dodatkowo mając w pamięci to jak się dostał do niewoli i jak go w niej traktowano,westchnęła ciężko i dodała - Napijesz się wody?
-
Kersijana:
Anna roześmiała się na Twe porównanie i skinęła Ci głową. Ruszyłyście po tym obie cwałem przed siebie. Księżna puściła wodze, zamknęła oczy i zawierzyła całkowicie Twemu rumakowi, który ją dostojnie i z gracją poniósł... Zaczęła Cię sporo wyprzedzać, choć ku Twemu zdziwieniu jej lariański rumak również jest bardzo szybki.
Catherine:
Chętnie, miła panno... Odparł Tristan, patrząc na Ciebie cały czas.