-
Adriano, Bertrand:
Wypadliście z komnaty Agnes z zamiarem ratowania hrabiego, biegniecie ile sił w nogach. W końcu gdy dotarliście, Bertrand dobył miecza i wpadł do komnaty Aurory... Niestety zbyt gwałtownie... Zastaliście tam dwóch rycerzy, którzy na widok tego jak wbiegacie szybko dobyli oręża i przygotowali się do walki. Nie widać nigdzie Rajmunda ani Aurory.
Robert:
Oswald wyszedł z komnaty, nie wiadomo gdzie ani po co. Agnes widząc, że nie zamierzasz jej pomóc sama sobie wzięła swe buty jeździeckie i zaczeła przyodziewać. Zabronisz dosiaść konia hrabinie? Spytała z lekkim uśmiechem.
-
Robert
Hrabia może zabronić Hrabinie - również odparł z uśmiechem i powiedział już poważniej - Agnes nie pozwolę Ci stąd wyjść, nie będę patrzył jak cierpisz a potem umierasz - rzekł wstając i biorąc klucz do komnaty, zajmuje miejsce przy drzwiach i mówi - Pokieruj mnie a dam radę, ale Tobie narażać się znów nie pozwolę
-
Robert:
Nie pokieruję, możesz iść za mną, ale jak mnie nie przepuscisz to jest większe prawdopodobieństwo że hrabia zginie w zamachu, a nigdy bym nie darowała i sobie i tobie, jeśli zaprzepaściłabym szansę ocalenia go przez baczenie na własny ból - rzekła podchodząc do drzwi - odsuń się Robercie.
-
Robert
Niech szlag trafi Twój upór - rzekł poirytowany determinacją kobiety,waląc pięścią w ścianę z bezsilności - i znowu będę musiał Cię ratować,ehh, ale widzę że nie odpuścisz,chodźmy zatem ale po drodze wezmę jakiś materiał żeby Ci rany przewiązać dodatkowo.
-
Robert:
Agnes zaczęła się chichrać i odparła wychodząc z komnaty- twa troska jest mi miła, ale czasem musisz we mnie uwierzyć, jakoś de Montrose'a pozbawiłam oręża. Najpierw sprawdzimy czy konie w stajni osiodłane, a potem pojedziemy do warty przy bramie, by nikogo z miasta nie wypuszczała.
-
Robert
Burknął coś pod nosem co brzmiało jak zgoda ale widać było że dalej jest zły na upór i lekkomyślność Agnes,po drodze do stajni na wszelki wypadek kazał pachołkom przynieść czystą tkaninę.
-
Robert:
Dotarliście do stajni, choć sporo wam czasu się zeszło, bo Agnes kuśtykając nie mogła zbyt szybko iść. Jest koło północy, na dziedzińcu ani w stajni nikogo nie spotkaliście. Twój rumak stoi spokojnie, od razu wyczuł Twą obecność. To on? Jak ma na imię? Spytała Agnes.
-
Robert
Tak to on,mój najwierniejszy przyjaciel,tyle potyczek wspólnie ze mną stoczył a przy tym jest mądry,szlachetny i nieustraszony,nigdy mnie nie zawiódł a na imię ma..... jak Twój mąż Agnes, sądząc z opowieści można powiedzieć że jest podobny do swego imiennika - rzekł patrząc na nią ze współczuciem ale nie mógł jej kłamać w żywe oczy co do imienia konia - I tak by się wydało prędzej czy później
-
Robert:
Piękny Percheron, konie z Francji i Fryzji są wspaniałe, takoż silne co i urodziwe - rzekła, po czym delikatnie zbliżyła dłoń do szyi konia. Parsknął wprawdzie nieco się denerwując, ale za dotknięciem jej dłoni od razu się uspokoił, zwłaszcza gdy przemówiła do niego po francusku. Obaj nie zrozumieliście... Ale dźwięczny głos wystarczył. Przypomina Ci się scena, gdy uspokajała swojego rumaka.
-
Robert
Ponownie wykazałaś się dużą odwagą,potrafi być bardzo agresywny,ale wyczuwa kogo darzę sympatię więc i Ciebie z miejsca polubił,powiedz mi jednak,cóż to za słowa do niego wypowiedziałaś? - po czym podszedł i sam zaczął pieścić swojego wierzchowca.