-
Anna de Loiret
Tutaj obiad? Nie! To obiad dla innych, dla was obiadek szykowaliśmy w obozowisku naszym, przy strumyku, zostało tam kilku naszych, w tym jeden wspaniały kucharz! Wiesz, jak cudownie on przyrządza jedzonko? Odparła w staroświatowym. Idźcie wzdłuż strumyka a znajdziecie obóz, mówię wam, przepyszne, te tutaj mięska to nic przy tym, co dla was szykuje ów kucharz!
-
A to jedno mięso oddajcie, na którym nie trzymacie swych chudych szynek. Dobrze mieć zapas jedzenia. odparł w staroświatowym.
-
Anna de Loiret
Podjechała do Motyla i szepnęła mu coś do ucha, po czym zdjęła ogłowie. Jest wasz, kazałam mu iść za wami, gdy tylko ruszycie - rzekła w staroświatowym, oddalając się stępa od ogrów w stronę przełęczy, jeśli jej nie blokują drogi.
Od MG
+5 PD
-
Ogry przepuściły Annę, za nią ruszyła Liothannea To nie idziecie z nami do swego obozowiska? spytał się ogr w stroświatowym. Nie, musimy jechać uzyskać pomoc od króla Bretonni skłamała gładko elfka w tym samym języku. A to szerokiej drogi, tylko uważajcie na jezioro za górami, strasznie żarłoczne tam ryby bytują. Grog sporo złowił zanim mu drugi palec odgryzły, hehe odparł ogr. Faktycznie jeden z wielkoludów ma obandażowaną dłoń. Długa kampania się szykuje, oby Bordzia miał duże zapasy jedzenia dorzucił i znów zarechotał. Przejechała Liothannea i zaraz za nią Arathena, następnie Alessio i Christophe. Gdy ruszył Trzmiel, a za nim Motyl przywódca najemników dorzucił Oj, coś nieposłuszne to mięso po czym szybko wywarczał coś w dziwnym obcym języku. Rozległo się pełne przerażanie rżenie ostatniego z koni.
-
Anna de Loiret
Pognała wierzchowca do kłusa krzycząc w staroświatowym - spójrzcie tam wojownicy, jaki piękny! Wskazała jednocześnie palcem w niebo, oraz krzyknęła imię Motyl, tym razem po bretonńsku, nie zwalniając jazdy i oglądając się za siebie.
-
Rżenie rozległo się jeszcze głośniej. Anna ujrzała że Motyl przerzucony jest przez barki jednego z ogrów, tak jak czasem upolowana sarna przez barki Rolanda. Na dźwięk swego imienia szarpnął się, ale nie udało się mu wyswobodzić z mocarnego chwytu półolbrzyma.
-
Anna de Loiret
To jest więc kara dla mnie? Niechaj tak będzie, całe życie będzie mnie gryźć sumienie... Poświęciłabym teraz dla niego żywot, gdyby ojca nie trzeba było ratować. Rzekła do siebie w bretonńskim i z okrzykiem pognała wierzchowca do galopu.
-
Liothannea przyśpieszyła zrównując się z Anną i rzuciła w bretońnskim Nie miej sobie za złe, świetnie się spisałaś. Czasami trzeba coś poświęcić dla osiągnięcia celu. Zrozumiesz to w Ulthuanie.
-
Arathena
Panienko, chyba nie da się uratować tego konia już... jedyna dobra to widać że te upośledzone mięśniaki nie będą go męczyć.... Jeśli chcecie to mogę strzelic do tego co trzyma konia na barku, ale to oddalić się byśmy musieli kawałek coby nas nie dopadły te bezmózgie wielkoludy...
-
Alessio
Pognał za nią konia do galopu myśląc - Jak że bym ją chciał teraz przytulić......, nawet pomimo tego kaftana hehe, i dobrze się stało, lepiej jednego konia oddać niźli z nimi w zwadę wejść, wielcy wojownicy choć takie same żarłoki.... - zaś słysząc słowa elfki dodał - Pani Liothannea ma rację,ja.... jestem z Ciebie dumny