-
Kersijana:
Anna spojrzała na Ciebie wciąż cierpiąc od zadanej rany, która się nie zagoiła. Mimo to zdaje się, że ocaliłaś jej życie. Nie był warty twych łez... Jęknęła z trudem.
Catherine:
Dobrze Cathy dobrze, postaram się kochanie, postaram się... Ocalimy mamę - odparła Betty łapiąc Cię za obydwie ręce. Tymczasem rycerze dosiedli koni, są gotowi, z nimi jest też Rita i Margaret.
-
Catherine
Ucałowała ją w policzek i dosiadła konia mówiąc do zebranych - Ruszajmy,nie ma chwili do stracenia! - i poganiając konia do jazdy w stronę wieży więziennej,jednak mimo powagi sytuacji cały czas ciekawiło ją jak właściwie działa pierścień jej ukochanej opiekunki,dlatego skupiła na nim całą swoją wolę i spróbowała rzec w myślach siostry - Wszystko będzie dobrze Betty,tylko zaufaj mi i bądź silna....
-
Kersijana
Nie był Anno, ale to nie zmienia faktu że go zamordowałam... Wyznacz dowódcę bo w tym stanie nie możesz Swego Wojska do bitwy prowadzić.. I chyba się na tym nie znasz, ale musisz wiedzieć kto jest Ci lojalny... Kersi z trudem mówiła ale. Lothiriel jest pod strażą. Twój mąż wysłał by ją zakuli... Ty wiesz, że mówiłam szczerze o sojuszu,, Anno jeszcze nie jest za późno...
-
Catherine:
Pierścień nie zalśnił, a Betty nie zwróciła kompletnie uwagi na to, co chciałaś jej przekazać więc raczej nie wyszło... Dotarliście szybko do sporego placu, na którym znajduje się wysoka, kamienna wieża strzeżona przez czterech zbrojnych. Zatrzymaliście się w zasięgu ich wzroku.
Kersijana:
Wiem... Kersi... Ja niczego nie dam teraz rady... Jęknęła Anna nie mając siły nawet mówić. Pani, możemy pomówić chwilę? Spytała Nelda.
-
Kersijana
Nie mogła spojrzeć w oczy dziewczyny... Spodziewała się wszystkiego teraz... Tak?... odpowiedziała wstając i odchodząc kawałek od łóżka rannej Anny
-
Catherine
Zatrzymała przed nimi swojego wierzchowca i rzekła władczo,dłoń opierając na rękojeści miecza - Czy przed chwilą do tej wieży przewieziono noldorską szlachciankę?
-
Catherine:
Nie twoja sprawa ruda suko - burknął żołnierz, co mu się nie opłaciło bo Beatrice słysząc to bardzo szybkim ruchem wydobyła Anor z pochwy i wbiła go w twarz nieuprzejmego żołdaka... Reszta strażników odsunęła się ze strachem. Nikt nie będzie obrażał mojej siostrzyczki! Krzyknęła zezłoszczona Betty.
-
Catherine
Zszokowało ją to co uczyniła jej siostra jednak nie dała tego po sobie poznać i postanowiła zagrać kartą Betty której niespodziewanie puściły nerwy - A więc?Jest tu czy nie?!Odpowiadać bo podzielicie jego los!
-
Catherine:
Jest jest, wyglądała jakby zdechła! Nie ruszała się w ogóle! Odparł jeden z wystraszonych żołdaków. Ludzie na placu tymczasem odsunęli się od was ze strachem.
-
Catherine
Zeskoczyła z konia i od razu gdy znalazła się na ziemi dobyła miecz,wieści o stanie Lothiriel wprawiły ją w tak wielkie zdenerwowanie że z furią zdzieliła płazem nieszczęsnego żołdaka i niemal biegiem udała się do drzwi więziennej wieży,każda chwila w której cierpiała królowa była jak by jej samej ból zadawali....
-
Catherine:
Za Tobą wbiegła Betty, Margaret, Rita i Ealdred. Dotarłyście do krętych schodów prowadzących w górę... Na nich jest świeża krew, tak jakby ciągnęli Lothiriel po podłodze zranioną częścią ciała. Usłyszałaś też krzyk... Kobiecy krzyk, pełen bólu i cierpienia, nie masz wątpliwości że to głos Twej opiekunki.
-
Catherine
Pobiegła pędem w stronę z której dobiegł krzyk a oczy zaszły jej łzami,czuła że zaraz wybuchnie od gniewu który zbierał się w niej od momentu kiedy dojrzała ową wizję....
-
Catherine:
Wbiegliście na samą górę już nieźle zdyszani. Po otwarciu drzwi prowadzących do wielkiej komnaty, rzuciło się na was dwóch zbrojnych, których bez problemu pokonaliście... Wtem dostrzegłaś Lothiriel, przywiązaną do wysokiego, żelaznego pręta wyrastającego z podłogi. Jej sukienka jest zdarta z lewej strony, a na piersi ma ścięty płat skóry, który przed chwilą jeden z katów posypywał solą. Drugi kat wrzyna się jakimś kolczatym, namoczonym sznurem w jej prawą nogę tuż pod kolanem.
-
Catherine
Wyszarpnęła sztylet z pochwy i z dzikim okrzykiem runęła na pierwszego z katów,stojącego bliżej niej,najpierw zdzieliła go płazem w czoło by zachwiać jego równowagą a następnie z całej siły potęgowanej furią wbiła mu sztylet prosto w przyrodzenie i z satysfakcją patrzyła jak osuwa się na ziemię wyjąc z bólu. Nie napawała się jednak tym widokiem zbyt długo bowiem dość szybko przypadła do królowej i przez łzy wyjąkała - Przepraszam,zawiodłam,przybyłam za późno....Co mogę zrobić? Jak Cię z tego uwolnić? - co chwila też przybliżała do niej drżące ręce i je cofała,z jednej strony chciała jak najszybciej ją uwolnić z drugiej wiedziała że zrobienie tego w nieumiejętny sposób zada jej jeszcze więcej bólu....
-
Catherine:
Na drugiego z katów rzuciła się Beatrice obalając go na ziemię i od razu, po zakręceniu młynka mieczem odrąbując mu głowę z wściekłym okrzykiem. Podbiegła też do niego Margaret i kopnęła w prącie z całej siły.
Cathy córeczko... Nie zawiodłaś... Kochanie moje... Szepnęła Lothiriel wylewając wiele łez ze swych oczu, nie ma jednak siły płakać. Ealdred przeciął pęta królowej, a ta wpadła wówczas w Twe ramiona bezwiednie.
-
Catherine
Wzięła ją na ręce najdelikatniej jak potrafiła i wyjąkała przez łzy - Niech ktoś ją czymś okryje.... - nawet nie dostrzegła kto to zrobił,jednak nagle czyjeś ręce okryły nagą pierś jej ukochanej opiekunki,gdy to sie stało tylko chlipnęła nosem wciąż wylewając morze łez i powoli zaczęła iść w stronę wyjścia szepcząc - Jeszcze tylko trochę,uleczę Cię na zamku Twym pierścieniem,tylko musisz mi powiedzieć jak....
-
Catherine:
To Betty okryła swoją matkę i złapała ją za rękę przerażona. Połóż mnie gdzieś tu na chwilę, muszę odpocząć - szepnęła Lothiriel, z uśmiechem dodając - jesteście takie dzielne, moje córeczki...
-
Catherine
Czy to na pewno dobry pomysł by odpoczywać w tym ohydnym miejscu? - zapytała przez łzy jednak mimo to zatrzymała się i spojrzała na nią swym załzawionym obliczem
-
Catherine:
Muszę chwilę, połóż mnie, proszę... Odszepnęła i zajęczała z bólu.
-
Catherine
Załkała gorzko i ułożyła ją zgodnie z życzeniem,starając się by miała najwygodniej jak to możliwe w tym miejscu,dręczyło ją tyle pytań jednak postanowiła że zachowa je na później by nie obciążać jej dodatkowo....
-
Catherine:
Beatrice usiadła przy was i drżąc, złapała tak Ciebie jak i Lothiriel za ręce. Królowa poprawiła Twe włosy powoli, odgarniając te, które zaszły Ci na twarz i znów wsunęła swą dłoń do Twojej.
-
Catherine
Mocno uścisnęła jej dłoń i ucałowała ją czule,jednak z najwyższym trudem trzymała język za zębami,kilka razy zdarzyło jej się otworzyć usta ale zawsze w ostatniej chwili je zamykała,tuż przed zadaniem pytania....
-
Catherine:
Ciekawa jesteś, jak działa moc pierścienia, prawda skarbie? Spytała cicho, patrząc Ci w oczy.
-
Catherine
Przytaknęła jej głową i zaraz rzekła równie cicho - Też...,ale równie bardzo tego dlaczego Ci to zrobili....Ale już dobrze,możemy o tym pomówić później,jak będziesz się lepiej czuła....
-
Catherine:
Lothiriel wzięła Twą dłoń w obydwie ręce i uniosła delikatnie Twój palec z pierścieniem. Noldorowie są uczuciową rasą, cenią miłość nade wszystko... Jeśli więc chcesz przemówić komuś w myślach, pomyśl o wszystkich, których kochasz, niech twe myśli nie zahaczą o nic innego, tylko o nich... Szepnęła.
-
Catherine
Dobrze,spróbujmy.... - wzięła głęboki oddech i spojrzała w jej oczy,zgodnie z radą skupiła się na niej i swych siostrach,starała się znaleźć odpowiedzi na to jak może ją uzdrowić i czemu to ją spotkał taki straszny los....
-
Catherine:
Po chwili pierścień zaczął lśnić błękitem, poświata jednak nie jest tak silna jak u Lothiriel, gdy korzysta z jego mocy, a Ty nie dostrzegłaś żadnej wizji. Widocznie coś jeszcze pominęłaś...
-
Catherine
Zrobiła się delikatnie czerwona i do swych myśli dołączyła jeszcze Margaret ponawiając próbę....Za pierwszym razem najwyraźniej wolała pominąć coraz bardziej problematyczną i zawikłaną dla siebie sprawę....
-
Catherine:
Pierścień wreszcie potężnie zabłysnął błękitem, a Ty ujrzałaś upragnioną wizję... Dostrzegłaś Kersijanę rozmawiającą z jakąś ciemnowłosą kobietą w strojnej komnacie. Po tym zaś człowieka w czarnym płaszczu biegnącego ile sił w nogach, a następnie tego samego człowieka mówiącego coś księciu... Wizja dobiegła końca, poczułaś delikatny ból głowy i większe zmęczenie, niż dotychczas.
-
Catherine
Jej oczy znów zapłonęły ogniem,zacisnęła wolną dłoń w pięść i warknęła jedynie - Kersijana....Wiedziałam że nie można jej ufać....
-
Catherine:
Co się stało córeczko, coś ujrzała? Spytała Lothiriel przytulając Ciebie i Beatrice.
-
Catherine
Ona....Ona chyba wydała Cię jakiejś kobiecie,księżnej sądząc po ubraniu i komnacie w jakiej były....Podsłuchiwał to wszystko człowiek księcia który od razu mu o wszystkim doniósł,na tym wizja się urwała.... - rzekła cicho głosem pełnym gniewu jednak mimo to chętnie się do niej przytuliła i przymknęła na chwilę oczy
-
Catherine:
Co!? Jak mogła... Jęknęła Betty a jej łzy zaczęły kapać na twarz matki. Lothiriel westchnęła ciężko i rzekła - nie myślcie teraz o tym córeczki... Najważniejsze że znowu jesteśmy razem. Dziękuję wam że przybyłyście...
-
Catherine
Nie mogłyśmy Cię zostawić,wolała bym umrzeć niż Cię porzucić....Najważniejsze teraz byś wyzdrowiała,tą szmatą nie ma co sobie zawracać głowy....I tak bardziej nam nie zaszkodzi.... - wyszeptała a jej gniew dzięki obecności opiekunki nieco zelżał,działała na nią niezwykle kojąco....Zaczęła ją jednak niepokoić inna sprawa,jeśli zwykła wizja zmęczyła ją tak bardzo to uleczenie ran może ją nawet zabić.... - Później będę się tym martwiła....
-
Catherine:
Wiem, córeczko wiem... Odszepnęła Lothiriel. Betty tymczasem zabójczo poważnie spytała - mamo, czemu oni ci solili ranę, chcieli cię zjeść? Noldorka westchnęła ciężko...
-
Catherine
Chcieli zadać jej jeszcze więcej bólu niemądre Ty moje kochanie.... - rzekła ze smutkiem patrząc na siostrę,przypomniało jej się jak zabiła tego chamowatego żołdaka przed wejściem jednak uznała że nie będzie mówić o tym Lothiriel - Przynajmniej póki co,najpierw sama z nią pomówię,a po co ma się smucić i denerwować....
-
Catherine:
Sprawdzę - Betty z ciekawską miną wstała, wzięła pojemniczek z solą i nasypała sobie na rozcięty palec. Ałaaaa! Krzyknęła.
-
Catherine
Spojrzała na nią z politowaniem i stwierdziła cicho - Zupełnie jak dziecko,wszystko musi dotknąć,wszystkiego spróbować,ehh....
-
Catherine:
Ałaa ajajaj... Jęknęła jeszcze Betty i uklęknęła przy was, pokazując Ci zraniony palec z niewinną miną i słodkimi oczkami.
-
Catherine
Ale kochane dziecko.... - rzekła nareszcie pozwalając sobie na delikatny uśmiech i wyciągnęła do niej rękę by się przytuliła,przez chwilę korciło ją by znów użyć pierścienia jednak pamiętała słowa królowej a i sama nie chciała opadać z sił,przynajmniej póki co....